Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

królom dzięki za łazienki

detale

Chemia:

raporty unknown

królom dzięki za łazienki



doświadczenie: tak


set&setting: jak na okoliczność pierwszej komunii co najmniej





przymierzałem się do tego 2ci od dobrych 2 tygodni, zależało mi na dzieleniu wrażeń z zaprzyjaźnioną kocurą bo wiem że niedaleko pada 2ci od mdma, głupio bym się czuł łasząc i ocierając o jakiegoś kumpla-pijaka :) . zażyłem coś koło 12mg przyjemnie gorzkawego roztworu w przyjemnie gorzkawym soku grejfrutowym, kocura podobnie, ale jest jej o 1/3 mniej niż mnie. różnicę kompensował fakt że ja zażyłem fenetylaminkę na pusty żołądek, a kocura po treściwym śniadaniu. pół godziny później żółty warszawski autobus wiózł nas w stronę przygody a ja już czułem lekkie tchnienie entuzjazmu. pogoda była wstrętna - plus parę stopni, prawie zmierzch, mżawka na przemian z deszczem, moja ortalionowa kurta, nie wyciągana od daaawna z niepranego od daaawna ortalionowego plecaka po zmoknięciu zaczęła walić zgonionym psem, ale właśnie wkraczamy na teren łazienek. zastanawiam się, czy te ciary na plecach to od chłodu, czy od wchodu, nachodzą mnie na przemian fale gadatliwości i niemego zachwytu, czuję się lżejszy, wyższy, może nawet lewituję, dzielę się spostrzeżeniem z kocurą ale ta przytomnie zauważa że przecież schodzimy ze skarpy i przed (i pod) sobą mamy dachy łazienkowskich pałacyków więc wrażenie jest oczywiste i nie ma się czym jarać. oczywiście wokół zero ludzi, bo tylko idioci i narkole w taką pogodę łażą po parkach, już po ciemku próbujemy sobie wkręcać że jest groźnie i że w mroku czychają na nas niewinne za dnia wiewiórki i mrowie innego podstępnego ptactwa, np pawie które "gdzieś tu muszą być". niebo nisko zawieszone, stalowe, na wodzie cienki lód, na lodzie mnóstwo kaczek - nieruchomych, przyczajonych. do tego wszystkiego jeden strażnik, wypatrzyłem też pawie - skurczybyki siedziały wysoooooko na gałęziach drzewa, dziwny to był widok i na pewno nie halun, zachodziłem w głowę, jak takie wielkie nieruchawe ptaszyska dostały się tak wysoko, ale zaraz zajęła nas sprawa rzeźb-latarni. wokół łazienkowskiego bajora z krwiożerczymi (na szczęście pod lodem) karpiami stoją rzeźby satyrów zwróconych twarzami w jedną stronę. kamienni kolesie ewidentnie mieli na brodatych mordkach obawę albo ciekawość. poszliśmy w stronę, w którą spoglądali i natknęliśmy się na pałac myślewicki. przed wejściem posążki jakichś cherubinków, żadna rewela, ale jedna z rzeźb u wejścia nas zaskoczyła - mężczyzna miał gładkie owalne skrzydełka jak trzmiel z kreskówki. obok stała tabliczka z aroganckim tekstem: pałac myślewicki zamknięty dla zwiedzających do odwołania. informacje: dział oświaty 621 82 12. trza było iść dalej. natknęliśmy się na popiersie eugeniusza kwiatkowskiego. spodobała mi się jego spiżowa facjata, wyrazista, mięsista, organiczna, miałem wrażenie że uśmiecha się ćwierćgębkiem, w miarę jak tę jego minę komentowaliśmy, wiedziałem dobrze że swoimi gadkami śmieszymy kwiatkowskiego a ten robi wszystko, by nie dać tego po sobie poznać i zachować kamienną twarz. eugeniusz był dzielny - wewnątrz niego się gotowało, a na zewnątrz był chłodny i niewzruszony. wewnętrzną walkę eugeniusza zdradzały jednak ciężkie krople potu na skroniach i polikach, eugeniusz zaczynał pękać. wiedzieliśmy, że jeszcze minuta, jeszcze słowo komentarza, a eugeniusz eksploduje śmiechem. daliśmy mu spokój. uderzamy w górę, kocura czuje zapach piwnicy, niuchamy i patrzymy na boki, faktycznie - są tu świeże cegły i wszechobecne wilgotne drewno. dalej gazowe latarnie - mam ochotę się na nie powspinac i pobawić zaworkiem, ale miejska straż sie kręci w pobliżu więc daję spokój. wchodzimy do knajpki. pluszowa muzia, pluszowe kanapy, mnie też już jest pluszowo, zamawiamy gorącego grzańca i zimny sok. facet podaje grzańca - szklany kubek ze sterczącym rulonem cynamonu płonie niebieskim płomieniem. jestem w pozytywnym szoku, mam ochotę poprosić barmana o "małą gaśniczkę" ale płomień w końcu gaśnie i już się nie boimy. gorące wino pachnie mocno, czuję jak spływa do żołądka, czuję jak "wsiąka" w śluzówki, razem z ciepłem rozchodzi się po ciele. czuję mrowienie na plecach, chłodne ciary przemykające wzdłuż ciała. owszem, przyjemne. wdechy sprawiają przyjemność. obraz robi się ciepły, błyszczący, wygładzony. podobny efekt daje "smart blur" w fotoszopie. dominuje czerwień, brąz, pomarańcz. jest baaardzo przytulnie. znam to z mdma. ale czymś zupełnie nowym było "trzęsienie podłogi". knajpka jest pod ziemią i nie ma w pobliżu żadnych torów, poza tym pytałem kocurę czy czuje to samo. nie czuła. a ja czułem fale "trzęsień ziemi". do tego muzyka - gruwi gruwi dżazi fąki, tańczą biodra klaszczą rąki, nie wiedziałem czy lepiej popaść w błogostan z kocurą przy boku czy wstać i gibać się do muzi. popadłem(śmy) sobie :) .





miałem też parcie na rozmowę, na mówienie, opowiadałem o różnych rzeczach, rozpoczynałem różne wątki, rzadko kiedy miewałem tyle do powiedzenia. potem dłuuugi spacer po mieście - różnych ludzi mijaliśmy, w tym spory odsetek ŁADNYCH. raz się ubawiłem na widok sympatycznego MANEKINA na wystawie - sylwetki plastikowej panny z mnóstwem smukłości, opiętych przyodziewkiem z interesujących czarnych materii. co chwilę zdejmowałem i zakładałem czapkę - fajny był moment odczucia na gorącej głowie uderzenia chłodu. źrenice miałem szerokie, dłonie - wilgotne. w drodze powrotnej zaszliśmy do małej knajpki na zupę pomidorową - daaawno nie jadłem w knajpie tak dobrej zupy. także dlatego, że był to mój pierwszy posiłek tego dnia :) . po powrocie czułem zmęczenie, np oczu - jak po długim siedzeniu przed kompem. zasnąłem bez problemu.





był to jeden wielki lajcik - stary zniszczony narkol od którego dostaliśmy pierwsze darmowe działki dwaci narzekał, że ilość rzędu 15mg za ostro działa na jego zryte giebeelem i warszawskim powietrzem zwoje. kocura przez wrodzoną kocią ostrożność zażyczyła sobie połowę tego co ja, ja zaś oszacowałem optimum i wziąłem tyle, co kocura. było fajnie, hurra hura!





ja tam nikogo nie namawiam, ale jakbym kiedyś nie trafił na hajperrila i nie został narkolem, to kieedyś, potem, na łożu smierci, plułbym sobie w brodę że zmarnowałem życie!

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media