Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

the first experience-gałka i nie tylko

detale

raporty unknown

the first experience-gałka i nie tylko


Doświadczenie: gałka 1 raz (oprócz tego marihuana, amfetamina, ectasy, alkohol)

Nazwa substancji – gałka muszkatołowa (a także marihuana i alko)

Dawka- 2 opakowania całej (niezmielonej) gałki po 13 g, przyjęte oczywiście doustnie





Myśl o kupieniu i wypróbowaniu na sobie gałki muszkatołowej zaświtała w mojej głowie głównie z dwóch powodów. Pierwszym z nich była chęć spróbowania innego niż zioło daru natury, a do tego w tym okresie byłem, lekko mówiąc, w dość kiepskiej sytuacji finansowej. Szybkie czytnięcie kilkunastu artykułów na Neuro Groove i byłem przekonany- może być ciekawie. Trzeba było załatwić jakoś gałkę w postaci niezmielonej. W pierwszej chwili nie wiedziałem, gdzie się udać, ale ziom zaproponował wizytę w Tesco…Tak, to był dobry pomysł, gdyż 26 g kosztowało koło 3 zyli. To się nazywa interes- pomyślałem.



Jakoś koło 19:00 skołowaliśmy odpowiedni ekwipunek (tarkę, kartkę papieru, kubek a także napój cytrynowy itp.) i z racji tego, że w domu mógłbym mieć przypał, udaliśmy się do piwnicy. Wyposażonej w sracz, mógłbym dodać. Po opróżnieniu pęcherza byłem gotów do konsumpcji. Rozpoczęliśmy rytuał kruszenia gałki od zajarania małej liości ziółka- kilka machów z solidnego szkła ze „sprzęgłem” nastroiło nas pozytywnie do roboty, hehe. Kruszymy, kruszymy…a tu nagle wałek, trzeba było zwinąć interes i odbić w jedno miejsce. Nie byłem zbyt narajany myślą, że wypicie magicznego napoju jeszcze bardziej oddali się w czasie…w końcu, do diabła, trzeba nieco poczekać na efekty. Szajse ! Ale nic to, załatwiliśmy sprawę i postanowiliśmy zaatakować kwadrat, ale nie mój, tylko ziomka.



Chwile się rozgościłem i mówię- Cholera, trzeba się zabrać do roboty ! Tak więc idziemy do kuchni, ja wsypałem zmieloną gałkę do kubka, a kumpel wrzucił pozostałe kulki do maszyny, którą wyjątkowo trafnie określił mianem Miksera. Strzał w dziesiątkę ! Moja gałeczka została elegancko zmixowana. Do standardowego kubka poleciało ok. 25 g miału, co zajęło około połowę objętości szklanki. Wziąłem w jedną łapę wodę, w drugą kruszec i hop siup na kanapę. Od tego momentu postaram się zachować chronologię wydarzeń jednocześnie opisując jak było.



20:15 – Decydujemy się rozpocząć degustację. Ziomek postanawia spróbować pierwszy. Ciekawy jego reakcji, zgadzam się. Płyn był dość rzadki i wcale nie wyglądał tak paskudnie jak można usłyszeć. Kumpel przechylił i hardo stwierdził, że nawet nie chce popity. Pora na mnie. Podobna reakcja- nawet mnie nie wykręciło, weszło naprawdę gładziutko.



20:24 – Powoli zbliżam się do drugiej połowy kubka, hehe. Jest dobrze. Niestety po chwili patrzę i widzę gęstszy „osad” na dole. Może być ciężko. Wypiłem i od razu wiedziałem, że się nie myliłem- zrobiło się mdło i mnie wykręciło. Na szczęście miałem pod ręką popitkę i szybko zacząłem łapczywie pić. Po ziele jeszcze miałem silne uczucie, że czas zwolnił.



20:30 – Gałka wypita. Na osłodę poszedł „drink” – troszkę rumu z napojem cytrynowym. Z początku wątpiłem, że coś takiego będzie smakować. Ba, byłem pewien że ziom, który zaczął ową miksturę spijać po wirze stwierdzi, że to jednak nie był dobry pomysł. Ale jako, że miałem ochotę na jakiś alko, to bez problemu wypiłem ile trzeba. A nie było tego mało…hehe…



20:40 – Ale ten czas się dłuży…czekam w napięciu na efekty działania gałki. W międzyczasie wypiłem znów napój + rum, tyle, że w mniejszej ilości (nieco). Świat zaczyna lekko wirować.



20:45 – Jestem już tak zniecierpliwiony, że nie mogę usiedzieć na miejscu. Nie wiedziałem, co dokładnie wywołało taki stan- alkohol czy może jeszcze nawet leciutki zjazd po trawce. W każdym razie postanowiłem wbić się na taką śmieszną maszynę do ćwiczeń. Chociaż dla mnie była ona zupełnie jak jakiś zmodyfikowany kombajn- ciężko to wytłumaczyć, ale ciekawie było na nią wsiąść i pobujać się w moim stanie.



20:55 – Ziomal nie mógł już tak po prostu storpedować mojej idei wykorzystania reszty zawartości butelek z jego barku w celu ich spożycia, hehe. Nalał do dużej szklanki rumu, Martini, bimbru i napoju w mniej więcej, jednakowych proporcjach. Chlup !- i już czuć to miłe grzanie na żołądku. Postanowiłem sobie usiąść i czyms się zająć.



21:05 - Niby nic ciekawego się nie dzieje, ale czuje lekki klimat po alkoholu. Pisanie smsa do laski zajmuje mi dziwnie nieco więcej czasu, hehe. Nagle kumpel stwierdza, że raz się żyje, i postanawia wytankować wraz z wodą cały zapas gałki w swoim domu !! Łoj !! Ale jazda- myślę sobie. Wstaję- lekkie zaburzenia równowagi, jakoś jak sam to stwierdziłem „przechylało mnie na boki, tylko tak nieco pod kątem”. Wiem, dziwne, ale tak właśnie było, heh. Tymczasem kumpel zawiadomił mnie, że reszta gałki poszła. Co z tego, że sproszkowana- ważne, że dużo !! Ja za to czułem się tak jakoś lajtowo, ale inaczej niż po maryśce / alko. Nagle BUM TRZASK ziomal zaczyna się opętańczo śmiać i powtarzać donośnie że „something is not right !!” Czyżby już się zaczęło ?? Wtedy jeszcze nie potrafiłem tego określić. Kiedy ziom ochłonął, stwierdziłem, że to musiał być efekt placebo, bo po prostu na jazdę było za wcześnie.



21:14 - Wkręcił mi się flow, zacząłem po prostu gadać i nawijałem przez dłuższa chwile non-stop.

Jak po dobrej baczce. Było też tak jakoś duszno- to alkohol. Nagle nadszedł czas na napisanie smsa. Tym razem było ciężko- narąbany straciłem tę płynność ruchów i przez dłuższy czas bawiłem się telefonem. Ale tak naprawdę bardzo wkręcił mnie ten sms ( w jego napisanie). Kumpel jakoś się zamulił.



21:30 – Padła idea obejrzenia filmu. Spoko. Wybrałem „Szeregowca Ryana”. Wcześniej przyrządzona została jajecznica (chyba jedna z większych jakie jadłem w swoim życiu). Mniam mniam, gitara. Zarzuciliśmy i wtedy wreszcie powoli weszła faza- coś kopnęło mnie w łeb, byłem bardzo rozluźniony. popatrzałem nieco i po 22:00 postanowiłem wrócić do siebie na kwadrat. Ziom powiedział, że jeszcze wyjdzie z psem…wychodzimy, a tu spotykam innego ziomala ze swoja dziewczyna. Jakoś zauważyłem, że wyjatkowo fajnie mi się gada. Git. Kilka razy prawie pokładałem się ze śmiechu, kiedy mówiłem, że dzisiaj nie jarałem, tylko próbowałem gałki no i że odpaliłem „Szeregowca….”…niestety, jakoś język mi się plątał chwilami, i Ryan (RaJan) zamienił się w JaRan. Taaa, Szeregowiec Jaran, nieustraszony żołnierz…Dawno się tak nie uśmiałem. Poszło jeszcze kilka wesołych kwestii i pożegnawszy się ze wszystkimi udałem się do domu.





Wracało mi się wręcz zajebiście- czułem się jak naspidowany i dojebany jednocześnie wódką. Miałem już trudności z porozumiewaniem się. Nagle, będąc już w drodze, przypomniało mi się, że nie wziąłem kluczy ze sobą. Więc jeszcze szybciej, niemal płynąc po chodniku wróciłem po swoją własność. I nie, nie było jak w tym kawale, gdzie jeden ziomal mówi z niesmakiem do drugiego, że po jego wyjściu gdzieś zniknęły mu pieniądze…



Załatwiłem formalności i udałem się do domu. Byłem nieźle zastukany. Trochę jak po zielsku- wesoło, lajtowo plus poszerzona świadomość. Gadka szmatka z matką, prysznic i siadam do kompa. Jest już koło północy. Czuję, że działanie gałki (lekkość) wciąż trzyma, a alkohol powolutku puszcza. Czuję się po prostu ok. Nagle ziom, z którym piłem przysyła mi na gadu wiadomość, że miał i bolesny klin i haluna. Widziałem, że był dość zmulony cały czas, ale na pewno nie spodziewałem się, że mniejsza ilość gałki kopnie go tak mocno. Jak mocno ?? Poprosiłem go żeby opisał tego haluna. On zaczął zdaniem, że nie chciałby nigdy tego więcej doświadczyć, bo zobaczył coś, czego nie było. Pytam- co ? A on :



„Skrzepnięty z krwi kamień oblał mnie morską świeżością feniksa lecącego nad niebieskim niebem”



Madafaka !! Nieźle. Jak sam dodał :

”Spociłem się i tak przeraziłem tym co widziałem ze tego nawet nie zobrazują moje słowa "ja jebie"

Heh, no to fajnie. A mi za to przy kompie kilka razy nieźle zakołowało się we łbie, brrrr, ale poza tym było baaaaaaaaaardzo przyjemnie. Potężne zawroty głowy. Spoko, ale nie jakoś zajebiście.



Prawdziwe oblicze gałki poznałem jednak już w nocy. Wzorki pojawiające się w momencie zamknięcia oczu, później już nawet bez zamykania, opuchnięte powieki, czerwone jak po zielsku oczy, zajebiste zawroty głowy- to czułem. Następnego dnia było nie lepiej- od rana zawroty głowy, później bóle brzucha. Gałka puściła mnie dopiero po ponad 24 godzinach. Na szczęście, powinienem dodać, bo zjazd był naprawdę okropny.

Podsumowanie? Cóż, to co przeżyłem było dość ciężkie- zwała po gałce jest nieporównywalnie większa niż po ziele i męczy dłużej niż ciężki kac. Fakt, czułem się przez pewien czas fajnie, tzn. jakbym był lekko zjarany i najebany, ale to za mało, żeby powiedzieć, że było fajnie. Bo było zdecydowanie niedobrze- na tyle, że już nie zamierzam tego powtarzać.



Jeszcze mała porada dla chcących spróbować- mikser to najlepszy chyba „aplikator” gałki. Zmielona i dobrze popita da się znieść.











Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media