Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

yin & yang

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
Opisane w raporcie
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Niekorzystne
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Średnie

raporty żelazny_aksamit

yin & yang

Siemano. Mam dla was kolejną porcję pamiętniko-podobnych wynurzeń amatora psychonauty ^^

Będą tu opisane dwie przygody- jedna była jedwabnym spacerkiem ku przyjemności, druga bezwzględną, jakże prostą konfrontacją z cieniem i złem. Piękny przykład dwulicowego działania psychiki =)

TRIP PIERWSZY (Jasny i milutki)

Zioło miałem ładne i pachnące, myślałem iż to czyścioch. A, jak dowiemy się potem, okazuje się, że to raczej natural maczany w laboratoryjnym THC.

 

Samotnie zakurzyłem z lufy, w pokoju, łapiąc z 5 buchów rozmiarów sióstr Grycanek. Położyłem się na spokojnie w łóżeczku i począłem wnikać w stan iście nieznany, psychodeliczny bardziej aniżeli cokolwiek przedtem widziałem, a myślałem, że widziałem całkiem sporo.

Od czego by tu zacząć: No takie super-intensywne odczuwanie swojego ciała. Wiecie, że każdy detal skóry czuć, każdy dotyk, każdy ruch. No tak, macie mnie. Musiałem to przetestować w praktyce, stosując dobrą ludową metodę rozładowywania napięcia :v

Wdrapanie się na szczyt było trudne, nie powiem. Niemniej na samym wierzchołku czekała nagroda warta ręcznego maratonu-moment bycia na skrajnym punkcie zdawał się trwać nie 2 sekundy, czy mniej, jak normalnie. Trwał z 8 razy dłużej... Podzielił się na takie urywki, klatki. Dosłownie czułem zatrzymanie czasu, coś nie do opisania.

Potem wydawało mi się, że wyskakuje ze mnie wszechświat i usprawiedliwiałem się słowami "To nie ja zrobiłem, to się samo zrobiło!". Ta sytuacja przypomniała mi dawno zapomniany sen z lat młodości najmłodszej. THC ma z pewnością gigantyczny potencjał aktywowania podświadomości i najskrytszych odmętów pamięci i mimo tego, że równocześnie zabiera także pamięć krótkotrwałą, przeżycia są niezapomniane, dosłownie.

Dodatkowo miałem wariacje wizualne zarówno przy otwartych, jak i zamkniętych oczach. Już nie pamiętam, czego dotyczyły.

Klasycznie- kąpałem się w myślowym morzu błogości, było plastycznie i wesołkowato. Trochę przerażała mnie skala odczuwanego zatracania się w sobie, ale kontrolowałem tripa i cały czas różowe okulary duszy sprawiały, iż świat nasz był lepszy i piękniejszy. Każdy element miał znaczenie symboliczne. Skojarzenia ładnie się zgrywały. Panował ład, a dziecięca ciekawość nowego otoczenia pobudzała mnie do mimicznego wyrażania zadowolenia poprzez tzw. "banana na twarzy". Bo jak tu się nie cieszyć, kiedy nowy plac zabaw jest taki kolorowy i wielki? =)

Znajdywałem ciekawe aluzje, przenośnie i tematy do przemyśleń, jednak nie chciało mi się ani pisać, ani mówić do dyktafonu.

Dodatkowo nagły, zadziwiający jak na osobowość cynika i introwertyka, napływ miłości do ludzi. Zrozumienie ich emocji i powodów, dla których są wśród nas. Typowe.

Koncentracja- bardzo niska. Rozproszenie- mocne. Derealizacja- potężna. Orientacja w terenie- zerowa.

Skupiałem się na podziwianiu eksplozji danych w mózgu. Wszystko było takie nierealne, oddalone. Natomiast moje wnętrze- takie bliskie, przerysowane, znaczące. Sam trip to bite 3 godziny plus ciekawe i niestety zapomniane sny. Zejścia brak.

_________________________________________________________

Dzień potem miałem arcy trudne przemyślenia o życiu, jego nieprzewidywalności i przeznaczeniu. Kleofas niedawno stwierdził, że rzuca palenie zielska i zarzucanie w ogóle, bo chce nareszcie brać życie poważnie. I mnie tchnęły jego wynurzenia- zastanawiałem się, czy takie natrętne zgłębianie swojej nadświadomości nie jest przypadkiem próbą ucieczki od realnego świata, od odpowiedzialności za siebie. Zrozumiałem, że mocno z tym przesadzam.

Nie w sensie ilościowym, a emocjonalnym- za bardzo zafascynowało mnie odkrywanie niemożliwego. Dziś wiem, że jestem jebanym umysłowym dzieckiem, które chciało wyjść na Olimp i dać Zeusowi fujarę do polerowania. Dziś wiem, że tak naprawdę od początku nie chodziło mi o zdobywanie wiedzy, a zwykłą zabawę. Może i trochę mam w sobie z filozofa, ale więcej z marzyciela, który chce zrobić z życia sen. Bardzo przytłoczył mnie fakt tego, że fakty są takie, a nie inne. Oraz to, że nic w zasadzie nie rozumiem.

Ale wiem na pewno, że życie to życie. A sen to sen. Chciałem więc zacząć żyć realnie, jedynie, aby nauczyć się "twardo stąpać po Ziemii" i ogarniać. Zawsze rozproszony, zawsze gdzieś odlatuję myślami... nie. To muszę ograniczyć. I wiecie co? Postanowiłem przez pewien czas przystopować z ziołem!

 

A NA DRUGI DZIEŃ ZAJARAŁEM...

 

Nie jestem typem człowieka, który smaży lolki XXL dzień w dzień. Bez zioła spędziłem bite 4 miesiące, a teraz w łapy wpadło mi 2 g (?!) towaru i korzystam z uśmiechem. Ale to odrealnia jak cholera. Powiedzmy, że w świecie gdzie kluczowym żywiołem jest ziemia, ja mam za dużo powietrza... Tak więc stwierdziłem, że na jakiś czas stop w ogóle z psychodelą, żeby ponormalnieć i się zakorzenić w rzeczywistości niczym jebany dąb Bartek.

Tak więc złożyłem dla żartów deklarację kumplom. Tylko po to, by dnia następnego z przekąsem stwierdzić, że lubię łamać swoje przysięgi. Ale zarazem lubię ich dotrzymywać! A to ci dysonans! Naginanie praw własnego, krytycznego ego daje ułudę samowolki, a trzymanie się ich- bezpieczeństwa.

Kieruję się w życiu myślą, że jak nie wiesz co zrobić, posłuchaj serca. A serce głodne THC już wyznaczyło drogę. W sumie nie tyle THC, co jakiejkolwiek psychodeli. Najchętniej wjebałbym grzybole, ale nie znalazłem. Albo kwasa, ale do tego chwilowy brak finansów :v

 

DRUGI, TEN MNIEJ PRZYJEMNY TRIP:

Począłem lękać się, że jestem człowiekiem szalonym. Nie wiedziałem, czy zaprogramować fazę na dobro, czy zło. Nie wiedziałem, co mi się należy i co sam reprezentuję. Jestem dla siebie nawet- enigmą.

Rzekłem w końcu w duchu, czując się bardziej złym, aniżeli dobrym obywatelem: "Och konopio, daj mi pokutę. Chcę bad-tripa!" - notka na przyszłość- uściślaj życzenia. Nie powiedziałem kto ma mieć tego bad tripa ;c

Potem się poprawiłem na "Daj mi dokładnie to, na co zasługuję." , ale było już za póżno.... lufka się jarzy!

 

--------------------------------------------------------------
Zaczyna się jak zwykle- sielankowo. Siedzimy u Kleofasa w nowym, niewykończonym domu. Jest ciemno, świeczka z Jezusem nam wskazuje drogę XD Stosownie do temperatury odziani, chwilkę się mentalnie przygotowujemy i... idziemy rozpalać żar. Żar zielony i żar serca...

To ja zaproponowałem tego S&S, choć wiedziałem, że Kleofasowi to nie za bardzo na rękę. Znowu zachowałem się samolubnie. Rodzice Kleofasa są konserwatywni w chuj. W moim domku jaramy dość często, bo ja z kolei mam bardzo wyrozumiałe otoczenie, prócz dziadka PISowca- Mohera :) Ale jesteśmy w otoczeniu złowieszczym, a więc Kleofas boi się tak zwanego przypału. Słowo "przypał" może brzmieć trochę gimbusiarsko i sugerować wam że mam 11 lat.... ( Kto wie, czy nie mam?) aczkolwiek zdefiniuję dokładniej: Otóż rozkminy Kleofasa o tym, by nie jarać, sprowadziły go też do tego, że nie może ranić najbliższych. A gdyby się dowiedzieli, że jara, byłoby to pogwałcenie szacunku do nich i rana w kochające serca.

Szacunkowe ryzyko bycia przyłapanym spore, a niechęć do tego większa. Drzazga prosto w duszę rodziców, pomyślcie tylko. Dwoje typowych, nieco zcebulaczałych, jak sam Kleofas czasem mówi, starszych ludzi, którzy myślą, że ta cała konopia to samo zło, "bo tak media muwjo", no i po tym się z dachu tylko skacze.... dwoje takich ludzi widzi, że ich owoc 18-letniej pracy, ich syn ćpieje to "gówno"! Konopnicka gównem nie jest. Ale tak jak w moich oczach kiedyś gównem był alkohol, w oczach starszych osób szitem pachnie wszystko, co na nielegalu. Samotne mieszkanie albo luzowi rodzice to całkiem niezła opcja, jednak Kleofas ma trochę mniej luzu, toteż musi się dostosować.

Nie macie pojęcia jak mi wstyd, jak mi głupio, że go do tego namówiłem, zwalając na niego ryzyko. Zawsze byłem przekonany, że jeśli chodzi o tripy, mamy farta i mieć go będziemy. Kleofasie, jeśli to czytasz- przyjmij moje wyrazy skruchy.

Nie myśleliśmy za mocno o tym, co robimy. Daliśmy zaistnieć temu płomieniowi w nas (czytaj: Zbakaliśmy się jak chuj i jeszcze lepiej!). W tym momencie wspominam zamieszczony tu niedawno, w jednym z dobrych raporcików, wpis moderacji. Ten o dodawaniu sztucznego THC do ładnego ziółka. No tak. Banał. Zawsze towar miałem od dobrego znajomego, nagle dostaję porcję od "znajomych znajomych" i pięknie mnie składa! PRZYPADEK?

 

 

>>>RUN!>>>>>>>>>>>

Przez czas jakichś 20 minut miałem bardzo pozytywne schizy. Muzyka stała się klarowna, czysta. Ciało super czułe, a jednak jakbym znajdował się w powietrzu, nie czuję karimaty. Oddech niby falowe błyski- W-D-EEEEE-CH WY-YYY-DECHH

W głowie przyjemny chaos, mętlik do poskładania. Zmysły czułe jak cholera. Rozkminy o czymś pięknym napływają. Czuję, że świat mnie kocha.

Podczas rozmowy do głowy wciskały się zgrabne riposty i dżołki, filozofowaliśmy z Kleofasem, było śmiesznie. Jedliśmy chipsy. Faza rozwijała się ku dobremu, cieszyłem ryj. ALE....

 

 

W pewnym momencie zobaczyłem, że Kleofas jest tak spizgany, że O JA PIERDOLĘ.

Z chłopakiem nie było kontaktu. Raz powiedział tak głęboki i filozoficznie rozpierdalający tekst w odpowiedzi na pytanie "ŻYJESZ?" że aż mało nie zemdlałem z wrażenia.

Stąd wiedziałem, że THC, może syntetyczne, włada nim niczym biały czarnym. (Nie jestem rasistą :v) Był totalnie oszołomiony i po jego urywanych, bełkotliwych słowach można było wywnioskować, że jest na zupełnie innym levelu myślenia.

 

Poszedł, zachowawszy resztki samoświadomości i instynktu przetrwania, na zewnątrz, aby zimny wiaty rozjaśnił mu w bani. Stałem tam z nim, nie chcąc go zostawiać. Stwierdził, że mu niedobrze. Zostawiłem go na chwilę samego.

Potem wróciłem do niego, mówiąc, żeby wracał, bo złapie wilka :D Wrócił. Potem wyszedł jeszcze raz. Przyszedł jego ojciec i jakimś cudem udało nam się dogadać. Ojciec poszedł. Wróciliśmy do środka.

Przez jakieś 10 minut siedziałem, bojąc się coraz bardziej o stan przyjaciela. Było ciemno. Zgasił jezusową świeczkę. Do głowy zaczęły napływać niepokojące schizy o tym, że jesteśmy w jakimś złowrogim świecie iluzji.

W pewnym momencie Kleofas, starając się znormalnieć, nawiązał rozmowę. Mówił, że jest coraz gorzej. 

[UWAGA!- jeśli właśnie coś jesz lub pijesz, a masz wrażliwe nerwy, sugerowałbym w tym momencie odłożyć to, co tam masz na potem]

Rzekłem:

-Dobry bad-trip nie jest zły, co nie?
-Mmmmmmhhhhhmmmmmmm
-Kiedyś chciałeś badów, sam ich chciałem. I chuj, żałuję. (ja wypowiadałem się znakomicie, prawie czysto)
-Mhhhhhmmmm. Cause I rather feel pain...
-Than nothing at all?- dokończyłem cytat z piosenki "Three Days Grace- pain"
-Mhmmmmmm
-Ja pierdolę sorry
-Eeeeee, nie masz za co...
-Ale i tak to moja wina. Przetrzymamy to.
-Eeee, no...
-Kurwa cholerny bad trip, ale nie powiedziałem ci najgorszego...
-Wal, zło nie istnieje
-Jesteś pewien? Chcesz?
-Dobij. Serio.
-Ale ty mówisz poważnie?
-No wal, śmieszy mnie ten... nnnnno trip!
-No to pa: Okazuje się, że nasze zioło to pewnie....

Chciałem powiedzieć "Syntetyk!" ale nie dokończyłem.

Towarzysz fazy wykonał typowy ruch krtanią, przystawił rękę do ust i SRUUUUUUUU! PAW

Nie macie pojęcia, jak to zwolniło. Refleks napięty do granic. Odskoczyłem w ostatniej chwili, ale nie zabrałem telefonu. Widziałem w spowolnieniu, jak strugi wymiocin zalewają podłogę.

Kleofas rzygał. Rzygał, jakby miało nie być jutra! Pawiował tak, jakby od tego zależało jego życie! Rzygał, rzygał i jeszcze raz rzygał!

Moja zastygnięta w czasie percepcja obserwowała go w niemym szoku. Potem się odwróciłem.

 

Dywan był więcej aniżeli w stanie krytycznym. Pocieszałem koleżkę, że nic się nie stało, dyskretnie wycierając komórkę z pawia. Mmmmm, przetrawione kwasem solnym kawałki.... czegoś tam..... mmmmmm... smacznego kurwa, smacznego.

Poszedł na dwór ochłonąć.

Od tego momentu nasz trip wyglądał nieciekawie- trochę spędzaliśmy na wietrze, by na chwilę wrócić do odoru pawia i się ocieplić. I znowu mróz. I znowu paw. Było w cholerę ciemno i wkręcałem sobie różne niemiłe rzeczy. Bałem się ciemności, jakby strachy z dzieciństwa nigdy nie umarły, a tylko czekały na moment, gdy dasz im wyjść.

 

W pewnym momencie Kleofas delikatnie zasugerował, że możemy wracać do jego domu (tego, w którym mieszka) i on pójdzie spać. Tak też zrobiliśmy. On spał, ja słuchałem muzy.

W pewnym momencie wszedł jego ojciec, zapytać co robimy. Jakoś tam mu powiedziałem, że kamrat śpi. Nie pytał dlaczego. Wtem ozwał się Kleofas:

-Źle się poczułem.

Jego tata zasugerował, że może mnie odwieźć do domu, ale starałem się grzecznie odmówić. Nie zniósłbym jazdy w niewymownym napięciu, będąc spizganym w chuj, no i niewygodnych pytań, które by zadawał.

Zawołał mamę Kleofasa. Zapytała, po czym jej syn się tak źle czuje:

-Braliście coś?
Ja:- Nieee no, niby co? Może dwa piwa wypiliśmy- spuściłem zawstydzony wzrok.
Ona: -Na pewno?
Ja: -Eeech, tak.
Ona: -Po dwóch piwach tak go...?
Ja:- Nie wiem jak, ale tak.

Udało mi się w końcu dodzwonić do mamy, żeby po mnie przyjechała. Tym sposobem uniknąłem stresu ukrywania fazy przed praktycznie obcymi ludźmi.

Mama Kleofasa patrzyła na mnie wciąż jak na cholernego złoczyńcę. Czułem się po prostu głupio. Napływ myśli potęgowany ziołem sprawił, że emocje narastały do niewygodnej skali, a wszystko było subiektywnie przeciw mnie.

Czułem się jebanym zbirem.

Ale najgorsze było to, że rodzicielka Kleofasa spojrzała na niego tak cholernie pogardliwym wzrokiem, że aż mnie ukuło coś w sercu. Taka totalna pogarda. Matko bosko.

W końcu wyszła. Przeprosiłem towarzysza za wszystko. Kazałem mu leżeć i mnie nie odprowadzać. Sam zebrałem się, po czym wyszedłem na ciemną, ołowianą noc, gdzie przez 3 minuty czekałem na mamę. Uliczne oświetlenie niewiele dało- otaczający mnie, cichy i pogrążony w czerni świat, znów był wrogi jak cholera.

Gdy mama przyjechała, miałem ochotę podziękować jej, że po prostu jest.

-----------------------------------------------------

Rzyganie po THC? To musiało być chemiczne kurestwo

Faktycznie dostałem to, na co zasłużyłem- otrzeźwienie.

Kończę na jakiś czas z psychodelą. Chcę spoważnieć. Z maczanym chujostwem mieć do czynienia tym bardziej nie chcę. Nie chcę.

Teraz pobawię się w świadome sny :v

Seryjnie stopuję, nie tak jak ostatnio :P Jestem pewien. Adios, następnego raportu możecie się spodziewać gdzieś koło 28 marca, gdy na urodziny wrzucę sobie kwacha (jak się uda). Elo! Miłego nowego roku :D

------------------------------------------------------------------
W każdym razie- pamiętajcie, że za dużo bananów to nawet małpa nie opierdoli.

Ocena: 

Odpowiedzi

Rzygało się nie raz nie dwa po mocnym paleniu, częściej mieszając z piwem, ale za młodu bywało i bez, np na skutek użycia balonika celem wzmocnienia. Faktem jest, że syntetyki łatwiej karają, ale i tradycyjnym paleniem można doprowadzić się do nielepszych stanów. To kwestia dawki, nie pochodzenia.

Kannabinoidy to nie syntetyczne THC, no chyba że to taki kolokwializm. Jedno do drugiego chemicznie nieraz nijak się ma, i jedynie w organizmie zdradzają te same cechy farmakologiczne. Takie określenie razi po oczach.

Już tu mnie nie będzie. Perm log out.

Osobiście nigdy nie łączyłem używek z alko, więc zdania nie mam. Zawsze myślałem że po naturalu pawiować się nie da, no cóż, człowiek uczy się całe życie :v

 

Jeśli chodzi o syntetyczne THC- miała to być swego rodzaju metafora, ale teraz faktycznie widzę, że dziwnie to brzmi.

No i koniec :D

Sęk w tym, że THC może być syntetyczne, ale to dalej THC, nie jakieś kanna spod ciemnej gwiazdy. Chociaż też z probówki. Dlatego to dość mylące określenie na syntetyki.

Już tu mnie nie będzie. Perm log out.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media