Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

i po co żyję?

detale

Substancja wiodąca:
Apteka:
Dawkowanie:
525 mg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
---
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
---

raporty żelazny_aksamit

i po co żyję?

To znów ten sam jebany chłam. Dobrze wiemy jaki. Ale zanim spluniesz nań, postaraj się zrozumieć.

Zrozumieć? Ale co?

Mnie? Nie. Nie oczekuję tego. Jestem zbyt indywidualnym chujem, zbyt małym gnojem, by domagać się atencji (a jednak to robię, co nie?)

Słowa? Emocje? Czyny? Chuj wie, jak to nazwać. Chodzi mi o mieszankę esencji składającej się na perspektywę.

Widzisz... bo sprawa polega na tym, że jestem tylko człowiekiem. I jak Ty- widzę z jednej perspektwywy. Oczywiste? Może nie?

Moja jest lepsza, Twoja jest gorsza- a mówi to każdy.

Lecz kto ma rację? Nikt. A może wszyscy....

Dobra. Nudna zabawa w filozofa miała na celu wprowadzenie zamętu. Pewnie się nie udało jak wszystko w moim życiu (ha-ha-ha). Chodzi mi o to, że to tylko słowa. Słowa, które rozumiemy, ale ich nie rozumiemy.

Ten, kto stoi na zewnątrz pokoju, nigdy nie dowie się, ile mroku, bądź światła jest w jego wnętrzu. Możemy miliony razy przepraszać i prosić- i dalej nic. Tak właśnie wyglądają puste znaki. Szyfry. Pierdolone, chujowe uczucia, o których nic nie wiem. A jednak udajemy, że wiemy wszystko! Ludzie-ja-ludzie-ja. Gram(y). Żyję (żyjemy) nimi! Wszyscy żyją pierdolonymi potrzebami, które w taki bądź inny sposób realizują! Wszyscy się tłumaczą przed samym sobą, bo Bóg jest zbyt wykurwisty. Siedzę ze swoimi uczuciami, wpycham je w kieszeń lub się nimi bawię. Ale to nieważne. Bo nic nigdy, kurwa, nie było dla mnie ważne. Do momentu, aż zaczęło być. OCZEKUJĘ od siebie, OCZEKUJECIE ode mnie. Ale czemu? Ale czego? Że jakoś dam wam na tacy swoje emocje? Myślcie, że będę w stanie przełożyć na znaki uczucia, których sam nie rozumiem? Myślicie, że każde dziecko ma w dzienniczku usprawiedliwione wszystkie godziny? Myślicie, że wam coś wytłumaczę? Jak niby? Nie potrafię nawet sobie. To, co tu robię- to tylko pusty bełkot. Bełkot kurwa. Jednak to część mnie. Pusty, pierdolony bełkot. Aby lepiej zrozumieć całą sytuację, musisz zrozumieć mnie. A szkoda na to czasu. Przedstawiłem Ci się z grubsza w słowach, które dawno temu wysłałem przez internet. A i tak chuja wiesz. Bo jestem pedofilem. Mam na imię Stefan, 53 lata, 12 cm, wszystko sobie zmyśliłem. Albo nie...

Tak czy inaczej- NIE WIEMY NIC.

I jak tu cokolwiek sobie wyjaśnić, jak dojść przyczyn?

Moje słowa są nic niewarte. I pewnie dlatego tak kocham pisać. Myślałem, że mogę rzucać znakami, jak magik kartami z rękawa. Jednak czasem trzeba się zastanowić. Być może... spoważnieć? Moje miejsce w życiu jest nieokreślone. Być może za mało rzeczy biorę na serio, a jak już- nie te, co trzeba. Być może nawet mnie tu kurwa nie ma, bo jestem popiołem. No bądźmy szczerzy- chuja znaczę. Jak każdy. A jednak... znaczę wszystko... dla siebie. Ale... kurwa mać... jak tu się odnaleźć? Moje słowa są nic niewarte. I w tym właśnie pierdolony problem. Chcę, żeby znaczyły cokolwiek. Jestem hipokrytą.

Zaczęło się od tego, że w tym świecie pełnym zła i gówna, jak każdy narzekałem, że mam ciężko. A kto kurwa nie ma? Każdego los dojebie na indywidualny sposób, a potem ewentualnie da mu szansę, żeby się podnieść. Banalne, co nie? No właśnie, nie dla każdego. Bo przecież wszyscy jesteśmy oryginalni i niepowtarzalni, ale jednak... tacy sami. Wszyscy mamy te same schematy. Ale inaczej je realizujemy. Gdzieś tam, w miejscu, którego nie znasz, bo nigdy tam kurwa Ciebie nie było, znalazłem się ja. I moje pierdolone PROBLEMY! I moje pierdolone sposoby unikania ich.

Nie no, tak naprawdę to były śmiechu warte błahostki. Ale niech podniesie rękę ten, kogo nigdy sprawy trywialne nie przygniotły. Każdy ma zrogowaciały naskórek na piętach.

I o to mi kurwa chodzi. Że nie ważne, jaki jesteś. I tak jesteś taki, jak inni chcą, żebyś był. I ja- ha ha ha. I ten cały ja. Tak samo.

No więc u mnie zaczęło się od bycia najgorszym we wszystkim. Szybko owa skłonność przerodziła się w smuteczki, a potem w skłonność do bycia najlepszym.

W OBSESJĘ!

Ja kurwa musiałem dokonać czegoś zajebistego. Żeby nie było, że zginę jak te śmiecie, które w podstawówce śmiały się, kiedy nie umiałem robić pompek. Ckliwe? Nie. Zjebane.

No i słuchaj teraz, jaka patologia- chciałem sobie coś odkryć wyższego, to się modliłem do Boga. Biblię nawet czytałem, ale było za mało.

I zacząłem ćpać. Z ciekawości. A jakże! To przecież tylko niewinne odkrywanie! Ja na serio chciałem być odkrywcą. A potem.... potem to już zacząłem ćpać dla zabawy.

Po prostu było fajnie, co nie? Miałem taki system wierzeń. Wiedziałem, ja po prostu wiedziałem, że muszę wdrapać się na Olimp, bo inaczej zdechnę. Jestem zajebistym człowiekiem, ale tylko dlatego, że jestem smutnym śmieciem.

Innymi słowy- gdyby nie ciosy, które dostałem od życia, nie stałbym tu, gdzie stoję....

STOP!!!!!

STOP!!!!!

Brzmi znajomo?

Pewnie każdy z was wie, co to zło. I każdy pewnie też miał ciężko. O to kurwa chodzi. Szczerość, kłamstwa. Słowa, milczenie. Oschłość, miłość. Jesteśmy ludźmi. Jakże wielkimi, ale i jakże żałosnymi tworami. Istotami, które potrafią grzebać sobie w mózgu metalowymi ostrzami i wycinać guzy, ale nie wiedzą, gdzie jest i jak wygląda świadomość. JEDNA WIELKA NIEPEWNOŚĆ.

Czytaj dalej, niepewności jest więcej i więcej. Nie znam siebie, nie znam Ciebie, nie znasz mnie. I wszystko to, wszystko się opiera kurwa o niepewność. No właśnie. Po chuj ja to piszę? Tania filozofia. Ale tak jakoś musiałem wyrzygać. Typowy ja (czytaj- odklejony, ale nie odklejony)- musiałem po prostu się pogodzić z pewnym jednym, mało istotnym, a jednak kurewsko ważnym faktem....

ŻE JESTEM CZŁOWIEKIEM KURWA.

No i jestem słaby. Ok.

Jestem grzeszny? Ok!

Zawodzę, przegrywam, upadam, sram nawet.

I po co? Żeby wstawać. Prawda, że optymistycznie brzmi? To teraz tak- po co wstaję? Żeby upadać. I chuj

Tutaj wszystko jest w równowadze. Naprawdę.

Wszystko jest doskonałe. Na kłamstwo.

Wszystko jest idealne- bo nasze pojęcie idealności to nic więcej, jak tylko kurwa odniesienie się do znanych faktów.

Do czego zmierzam?

Do tego, że jestem ćpunem. Zwykłym, pierdolonym ćpunem :D

I chuj.

Właśnie wam wyjaśniłem dlaczego.

A jakby ktoś nie zaczaił, to dlatego, że jestem słaby.

Ale każdy jest, co nie? Muszę jakoś się usprawiedliwić.

Stawiam na szczerość? Taaaaaa. Też jest względna.

W każdym razie przejebane mam to życie, a jednak ciekawe. I po to żyję.

I dziś chciałem napisać o tym, jak bardzo się spizgałem.

Jesteśmy ludźmi, słabymi ludźmi. JEDYNYM stanem, jaki znamy, jest "ŻYĆ"

I czego boimy się najbardziej?

UMRZEĆ!

ŚMIERCI! Kuuuuurwa, jak to mrocznie brzmi. Śmierć.

I to wszystko, co w nas siedzi.... Te wszystkie teorie... to są fraszki. No bo przyznajcie się- kto z was ma pewność? No nikt. ABSOLUTNEJ pewności nie da się chyba mieć w stosunku do niczego.

Więc ja, mały, młody człowiek, bałem się, że zdechnę. Że to wszystko, na co pracowałem, że to wszystko, co mogę mieć- przepadnie. Nawet był taki okres w moim życiu, że codziennie się modliłem. Jakiś odzew? Zgadnijcie kurwa. Potem czytałem BIBLIĘ!!!!! I tak właśnie przestałem wierzyć. To zacząłem się interesować OOBE i podobnymi rzeczami, bo dalej mi coś kurwa nie pasowało w tej śmierci. Mianowicie- śmierć. Której się bałem i boję :D

I jakoś tak odkrywałem coraz to głębsze, coraz to bardziej odklejone "prawdy", o których, tak czy siak, nie wiem, czy są prawdą. Po prostu chciałem w coś wierzyć.

Znalazłem DXM. No i miałem takie fazy, że spuszczałem się na samą myśl o tym "co się wczoraj odjebało". Przekraczałem barierę fizyczności, to i przyszło mi na myśl, iż jestem czymś więcej, niż kupką jebanego, gnijącego, obłażonego przez bakterie mięsa. Dalej w to wierzę. No ale...

Ale nie wiem. Dysocjacja jakoś mnie tak uspokajała. Pozwalała wierzyć, że coś dalej nas czeka. I swoje loty na DXM dzieliłem na 3 grupy:

1)Słabe- gdzie po prostu dobrze się bawiłem
2)Mistyczne- gdzie "odkrywałem" coś fajnego, np. jak to jest czuć się w wielu prawdopodobieństwach naraz
3)Nie z tego świata- gdzie po prostu czułem, że jestem gdzieś, gdzie nie powinno mnie być.

I brałem pierdolonego kaszlaka tylko po to, by mieć numer 3. Liczyłem na to. Zmiatał mnie niekiedy średnio, niekiedy kosmicznie.

Człowiek ze wsi może wyjść, wieś z człowieka nigdy... a nie, nie tak- człowiek może wyjść ze stadium przegrywu, ale przegryw z człowieka nie wyjdzie nigdy.

I ciekawe info o mnie- jestem największym przegrywem, jakiego mogliście kurwa spotkać. Serio. Ale dzięki temu jestem wygrywem, bo mnie to zmusiło do zmiany. Chwalisz się, czy żalisz, frajerze? Nic z tych rzeczy, skąd. Ja tylko usprawiedliwiam swoje ćpanie.

Chora ambicja napędzana przeświadczeniem, że jest się gównem- ot co. Możecie się śmiać, możecie nawet wzruszyć- wyjebane. ALE TAK PO PROSTU BYŁO.

Ćpałem dla sportu.

A potem już zabawa.

W każdym razie tłumaczyłem sobie (dalej może tłumaczę) fakt, iż wpierdalam leki, tym, że ja przecież odkrywam lepszy świat.

Odkleiłem się trochę, ale to maskowałem pod przykrywką pogardy dla odklejeńców. Nie chciałem być takim zjebem jak niektórzy, co już nie widzą granic między swoimi wizjami na LSD, a życiem. BO MOŻE ICH NIE MA, CO?!?!?!

Ale jednak byłem.

I aby zrozumieć to, co teraz chcę napisać, musicie zrozumieć też moje motywy, przynajmniej tak sobie. W chuju mam, czy teraz sobie do tego marszczysz freda, czy kiśniesz ze śmiechu- napisałem o sobie prawdę. Że jestem niechcianym dzieckiem i życiowym gównem, które wstało z kolan. Litości nie oczekuję, bo przecież już wiecie, że każdy jest taki sam. Każdy z was to przecież wygryw.

Ale jednocześnie każdy z was to gówno.

I możecie sobie dowolnie pozmieniać powyższy scenariusz. Prawda jest taka, że nietypowy ja, czy nietypowy ty- jesteśmy tym samym kawałkiem gówna.

Moja historia jest typowa jak chuj, a jednak nietypowa. Bo przecież ćpałem kaszlaka, widząc w nim objawienie.

I każdy z was ma jakieś swoje "DXM", jakieś swoje "teorie na życie". Dlatego zwracam uwagę na mierność ludzkich miar- mierzcie sobie jak i ile chcecie. Wyjebane.

Piszę to dla atencji, piszę to, by móc się z tego śmiać, by móc do tego płakać. Piszę to, by jeść przy tym kanapki i móc prowadzić przy tym samochód.

A teraz bądźmy szczerzy (bo nigdy kurwa nie jesteśmy)- piszę to, bo to tylko puste słowa.

Piszę to, bo łatwiej wyrzucić z siebie wagon węgla brunatnego, niż spalić go i wdychać smog.

Strachliwy, a jednak odważny. Głupi, a jednak mądry- cały ja.

Na serio chciałem czegoś więcej od życia.

I DXM oferował "więcej". Więc to kurwa ćpałem. Ćpam. I nie wiem, jak będzie dalej.

Wiele razy sobie mówiłem, że jebać to, ale wracałem. Tak już jest. No słabość. Jesteście oburzeni? Może zniesmaczeni, że poświęciliście minuty życia na czytanie smutnych wyznań jakiegoś kurwia z internetu? Jebać. Nikt wam nie kazał czytać. I nikt wam nie kazał się smucić.

To ma być prawdziwe, bo ogarnąłem, że prawdę to ja mam gdzieś między lewym sutem, a przerośniętym ego.

Prawda= dobro+zło

Żywicie do mnie urazę? Może nienawiść? Żywcie dalej. Chętnie zjem. Gardzę sobą nie mniej niż wami. Miło wam?

A tak naprawdę to was kocham. Na serio was kurwa kocham. Za to, że jesteście.

Kocham siebie.

Tylko że to taki mętlik.

Miałem dzisiaj fajnego bad-tripa. To go opiszę. Co nie?

Wszamałem sobie 525 mg. Popiłem sokiem z grejpfruta. I standardowo pomyślałem- chuj, chcę, żeby mnie zmiotło w pizdu i na amen!

No i zgadnijcie....

Tak też się stało.

Jest miło. 2 h od wrzutu, a muzyka wypełnia cały pokój, no kurwa błogość. Kołdra się ze mną w jakiś sposób integruje. Faza dalej rośnie.

W pewnym momencie płaczę ze szczęścia. Myślę o osobach, które wiele mi pomogły w życiu, pragnę być nimi (z nimi) i żeby zobaczyły, że ja wcale nie ćpam. Ja tylko dryfuję.

Dobre sobie. Czuję po prostu POTĘŻNĄ miłość do wszystkiego. Cały świat się jakby stapia. Leżę na łóżku i wydaje mi się, że wszystko jest wyobraźnią, wszystko jest takie dziecinne. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo byłem dzieckiem.

NIC już nie mogło mną zachwiać. Znajdowałem się w bezkresnym polu radości, szczęścia, spełnienia. Czułem, jak nakładają się na siebie wszystkie moje myśli, jak wszystkie gdzieś dążą, jak jestem tu PO COŚ. JAK TA CHWILA TRWA!

Świat się stopił.

CZUŁEM!!!!! CZUŁEM, że wszystko jest żywe! Tak nieopisanie żywe. Tak potężnie MIŁOSIERNE, BOSKIE, KURWA no nie wiem jak to opisać.

Ja naprawdę czułem, jak cały świat jest jednym, wielkim, pierdolonym życiem. To nie było przyjemne ani dobre, ani fajne. To mnie KOCHAŁO.

Każdy dźwięk, jaki do mnie docierał... był częścią pola... każdy obraz... był częścią pola... ja byłem tym polem. Dosłownie. No dosłownie. Ja to wszystko kochałem. Nie jest to miłość taka, jaką można dążyć partnera czy partnerkę. To coś kurwa większego.

No i w pewnym momencie tak sobie usiadłem....

Pomyślałem....

DAMIAN, kurwa....

Gdzie ty jesteś.....

I wtedy....

Wszystko było tak namacalne.

Ja po prostu nie mam słów. Gdy machnąłem ręką, czułem, jak przecina powietrze przez pierdolone kilka sekund. KAŻDA myśl była PEŁNA.

I nie to, że to było dobre. To było idealne. Tak.

Widziałem zło. Byłem go absolutnie świadomy. Ale sprawiało mi przyjemność.

Widziałem dobro. Oplatało mnie. Byłem w jakiejś pierdolonej ekstazie, totalnej, boskiej ekstazie.

I wtedy....

Siedziałem...

Czując każdy kurwa szczegół życia.

Każdy kurwa. Nawet jebany traktor za oknem- słyszałem jego dźwięk, jednocześnie w głowie milion obrazów tego, kto nim jedzie i dokąd.

I to wszystko.... było takie wolne...

TAK POWOLI PŁYNĘŁO....

Nie mogłem już myśleć....

I to wszystko po prostu mnie wypełniało, a patrząc na swoje ciało, widziałem jakieś powyginane gówno.

I ta cała miłość gdzieś prysła.

Wyszedłem z pokoju, chwiałem się jak mój nastrój.

Korytarz był trzy razy szerszy. Na prawdę. I wtedy się przeraziłem.

Pokój był cztery razy mniejszy. Ja... jakiś takie nierównoległy.

I gdzie ta miłość?

Była.

Jest?

Ale oprócz niej trwa chaos.

No i właśnie on mnie bolał.

"Damian, jesteś tak spizgany, że już nie odróżniasz fikcji od rzeczywistości. Ten korytarz nigdy nie był taki..."

Siadam na łóżko. Czuję, jak ciało wypełnia mi jakaś potworna energia. WSZYSTKO zwalnia jeszcze bardziej. Ja pierdolę. Umieram. Myślę o tym, że chyba po mnie idą. Kto? Nie wiem. Ale wiem, że idą.

I wtedy coś, co po prostu sprawiło, że się rozpłakałem.

Damian....

To nie jest sen.

To już prawda.

Płakałem.

Kurwa, umrę.

Kochani, to nie była jakaś bania. Ja to przeżyłem.

Kurwa, umrę.

Przyszli.

Serio.

No i piszę do ziomka, trzęsącymi się rękoma- "PRZYJEDŹ XD"

HUMOR TO PODSTAWA

Zdycham. Na sto procent. Coś w stylu "Okej, znasz tajemnicę życia. Idziesz z nami." Byłem pewien, że tak właśnie jest.

Chciałem żyć. Tak bardzo.

Bo się bałem tego, co będzie dalej, mimo tego, że miałem tak absurdalną pewność, że coś czeka mnie dalej. Na pewno.

Płakałem. Ale wstałem :D

Założyłem koszulkę, czując się jak jlsbasbkdasdbuiasbidbiasiasnkasd

Wszystko było takie wygięte, o kurwa.

Smutne, ale po prostu ryczałem, że chcę kurwa żyć. Bo mam po co, bo mam dla kogo.

I to było tak potężne. Widziałem za dużo szczegółów. Nie mogłem przestać czuć tego wszystkiego. To cały czas mnie otaczało.

Świat żył. A ja jakoś zanikałem. Czułem takie dziwne rozsypywanie się ciała, brakowało mi tchu.

Przyjechał ziomek jak zwykle udawałem twardziela. Pomógł mi w chuj. Pomógł mi, kiedy byłem już trochę po drugiej stronie. Chciałem, to miałem.

I to wszystko to już dla mnie za wiele. Nawet dla ćpuna, śmierć to za wiele.

Wierzę, że coś tam jest, po drugiej stronie. Nazwijcie mnie naiwnym, ale sobie wierzę. Może dla wygody.

Wierzę w Ciebie, świecie.

Wierzę w serce, bo mam serce.

I ludzie myślą, że to tylko głupie ćpanie. Ale nie. Bo to się dzieje na prawdę.

Tak. Właśnie po to ćpacie, co nie? Żeby naginać prawdę. Bo jej nie ma. Bo to wszystko jest jak gra.

Ale jazda samochodem w Need For Speed nie zwiększy Twoich szans na prawo jazdy w realu.

Tak czy inaczej.... mówią, że jestem pojebany i bezwartościowy. Mają rację. Ale kto jej nie ma?

Mówią, że to tylko sen. Ale dla mnie, dla mnie to była jawa.

Ja to przeżyłem. Płakałem wtedy. Pizda ze mnie.

I chuj. Każdy ma serce.

Każdy boi się tej śmierci. Wiecie co? Jebać ją. Skupmy się na życiu.

I to wszystko puste słowa. Bo oczywiście to, co dzieje się w naszych umysłach, nie dzieje się na prawdę (?).

Powiedz mi, czym jest prawda.

Znaczy... co ja piszę XD TO TYLKO GŁUPIE NARKOTYKI.

Można się doszukiwać prawdy, można mieć na nią wyjebane, ale pewnie nawet jej nie ma. Więc po co nam spiny?

Lubię czasem poleżeć w łóżku, ale innym razem chcę, by telepały mną silne emocje. I się nimi zajadam.

To tylko gra. Gra w pierdoloną prawdę, którą każdy sobie wymyśla i każdy definiuje. Twoja jest najważniejsza. He he he.

I skoro nic nie jest tu pewne, mam wyjebane.

Ale tak czy inaczej, kocham żyć.

Boję się nie żyć.

Kocham żyć.

Dlatego żyję.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media