Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

kocham istnieć, bo czemu nie?

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Różnie. Właściwie nawet nie pamiętam.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Skoro nie miałem bada, odpowiednie.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Mj~ 40 razy
DXM~ 16
Gałka~ 5
LSD~ 2
Kodeina~ raz
Efedryna- raz
Mieszanki ziołowe ~20

raporty żelazny_aksamit

kocham istnieć, bo czemu nie?

Podtytułek Pierwszy:

Pomyśl sobie, że zjadłem 40 grzybów psylocybe. Niech ogarnie Cię ten mistyczny zachwyt i szacunek do mocarnej matki Ziemii. Tak naprawdę to porobił mnie randomowy mix zamówiony przez neta. Ale dla samego klimatu- pomyśl, że te same rzeczy mogą dziać się po psylo. Bo mogą. Chccesz to sobie rozkmiń. Ile możliwości mamy, a ile nie widzimy ;) Także to są grzybole, wcale nie mix, chodzi o ideologię! (Za ten tekst zostaję właśnie wyśmiany w głowie, mam bekę. Nie wiem, czy większą z siebie, czy ze snobów uważających, że wszystko działa na wszystkich tak jak myślą oni, że działa, HAHAHAH!) To wyleć chociaż raz poza tę spinę. Relax. Brak kija od mopa w... w-w-wiesz gdzie. Wyjmij kij, co ci szkodzi? Głupie normy. Kiedyś obiecywałem sobie, że im się nie dam! Kminię i dalej nie wiem, co mną kieruje, a czym kieruję ja.

Nie wiem kiedy. Co i po co. Ale wiem dlaczego- bo się zjarałem tak, że klawisze mnie łaskoczą. A palce to twory-kompozytory. Hej!

No macie rację, przesada. Odlatuję jak mucha. Mucha. Zasadniczo powinienem nie żyć, bo wiecie-zima. Za bardzo się odklejam, lubię. To i tak gra niewarta tego, by wkładać w nią ostrożność. No dobra- zaczynam spaleniem czterech buchów. Głowa szumi, jednak wciąż wiem, GDZIE jestem. Obumiera mi psychodela. Wcześniej miałem mocniejsze. Cholerny szajs, muszę go dopalić, tak się wpieniłem! Ach, złość mnie rozpiera. Pierwsze co pamiętam, to świat wydający zabawne słowa (np.- pfffff, siiiiiiii, uuuup, xxxx). Uśmiechnąłem się i pokiwałem głową- kliniczny wariat, ha!

Zasiadłem do biurka i skonsumowałem kolację. Ileż ja ją jadłem! Zwykły makaronik na szybko polany gotowym sosem, a jak smakował! Boski fenomen. Podobała mi się nuta ostrości w sosie. Powiedziałem sobie, że właśnie taki smak powinno mieć najlepsze życie- tylko troszeczkę palący. Nie za bardzo. O czym myślałem?

Myślałem o tym, jak mało smaku zwykle widzimy w smaku i jak kucharz musi doskonale ów smak rozwijać. Makaron wydawał szurające dźwięki. Tak, to był bardzo poważny objaw. Dźwięki kazały myśleć o geniuszu kompozytorów i wszelkiego rodzaju pianistów. Myślałem, jak snobizm wpływa na nasz ośrodek nagrody. ...

Czasem się zastanawiam- ile mnie jest we mnie. Już mnie to wkurwia. Każdy z nas ma swoje miejsce. A nadal musi szukać! Każdy marzy o bezpieczeństwie, a przeżyć... to sztuka... wzniosłych przygód szukać? Nie wiem. Czasami się zastanawiam, po co i dla kogo żyję? Dla siebie? Ty cholerny samolubie. Dla innych? Ty sadysto.

Już mnie wkurwia łażenie wobec oczekiwań- nie ważne, czy wysnuje je randomowy grubas w czapce, czy ktoś nam bliski- zawsze ranią nas pociski. Wkurwia mnie, że jedni mają tyle, że mogliby wyżywić pół świata, ale nic z tym nie robią, a inni muszą pić wodę z kałuży. Wkurwia mnie, że jakiś miliarder, albo fajnie uśmiechający się czarnuch siadają na fotelu głównodowodzącego i wydają "poddanym" rozkazy, kto, na jakiej wojnie ma umrzeć. Smutno mi, kiedy widzę zwierzę cierpiące przez człowieka. Smuci mnie fakt bezradności wielu i niepokoi, że jeszcze tyle dziur widzę w całym.

Sama świadomość jest wkurwiająca. Po co nam się rozpierdalać po sferach "jak bardzo? Jak mocno? Jak dokładnie? Jak często? Jak ostro? Jak długo?" kiedy można po prostu powiedzieć "ZAJEBIŚCIE!"?

 

Podtytułek drugi:

Oj bossszzzz, przepraszam za bałagannn, sapraszam do mojego pokoju! Śmianie się z samego siebie to zawsze pozytywna rzecz, więc działam. Czuję chyba zamułę życia. Tu zaraz w grę wejdzie kofeinka. (...) przenosi mnie tam! Jem bułkę! Jaaaaka powolna jest!

Czasem zastanawiam się, czy bycie pacyfistą nie jest równe z byciem masochistą? A bycie sadystą (...) kontrowersyjne dźwięki mrówek. Obiegają mi głowę. Ach! Płata mi figle pamięć kró(...) zajebiście się czuje, wiecie? Skaczę aaaaeeoo! (...) No, wyobraźcie sobie te dźwięki mrówek wewnątrz was!

Chaos to najlepsza faza ever. Śmieszne, bo tak przenikliwa. Tym razem oddalam się czasowo. Siedzę więc przed komputerkiem. Co mi zostaje? Byłem nadaktywnym karakanem, przechodzę przemianę. Witamy na kanapie, heh! Oczywiście psychicznej, bo wiecie- ciało dalej ma wymagania.

Nie jestem typem ćpunka. Żeby nie było ;P Bawi mnie robienie z siebie takowego, ale jeszcze nie zamierzam nawet nim zostawać na poważnie. HA HA AHH AHAH HA! Jestem dość dobrze zbudowanym, zdrowo (choć coraz częściej mającym "wpadki") odżywiającym się, ambitnym młodzieńcem. Mam życie o wiele szersze niż życie z lufką. Ale czasem wieje nudą, wiecie. Więc latam- po tamtym świecie. Więc chaos powyżej traktujemy jako baśń o moim ukrytym ego. Nie jako wyznacznik bezpośrednio wycelowany w mą osobę :)

Toporne błyski. Są świetne. Tak żywe. Widzę macki na monitorze, taki cień 2D znaczy. Fajnie się po tym pisze. Fajnie się po tym śpi. Fajnie... jestem kontrolowany.... przez kogo... przez kogo jestem.... kontrolowany? Hahah. Robię testy na schizofrenię. We wszystkich trzech wychodzi mi bardzo mały wynik, choć zaznaczyłem na przykład "5" (mak. w skali) przy pytaniu-  "Czy zdarza ci się wypowiadać jakieś słowa, których nie powinno się wypowiadać? Pozbawione sensu?"- choć zdarza mi się to tylko na fazie, a tę doskonale jeszcze odróżniam od realnej (... jakiej? Ha!) rzeczywistości.

 

 

Podtytułek trzeci:

Fajna przygoda! Tato? To tylko przygoda, tak??

Nie.

To, synu, dzieje się za naszymi powiekami. To nam ucieka. I my temu też. Straaaach. Jeden wielki straaaach. Przypomnij sobie, ile razy wkurzył cię ktoś o innych poglądach? Ile razy dziennie BAŁOŚ SIĘ tej odmienności?! Czyż nie jest tak w istocie, że za odmienne uważamy to, co nieakceptowane? NA ODWRÓT, ECHHH, TIESTO SIEDZI ZA STERAMI NA KONSOLI W BANI. TECHNO. KLAWE, STARE TECHNO!

WOW! Przypomniałem sobie scenę, którą z trzy lata temu pamiętałem i myślałem, że będę pamiętał na zawsze- a zapomniałem! Ja jako mały gówniak uczący się grać na konsoli. Dzięki tato, dzięki mamo!

Łaaa, ten chaos razi. Boję się sam siebie- jestem więc strasznym, czy straszonym?

 

Podtytułek siódmy:

Luźny dzień. Siedzę sobie w barku na pływalni, nie mam co robić. Gdzieś mam wspomnienia z poprzedniego dnia. Było pięknie. A może dopiero będzie. Nudzi mi się, a w plecaku mam lufę i towar, coś mi mówiło, że się przydadzą. Piszę do kumpla. Gdyby Kleofas był w pobliżu, fazowałbym z nim. Ale że go nie ma- przychodzi Wacław (imię zmienione). Ten człowiek to konserwatysta, zatwardziały niemal do sedna arogant, który czasem, szczerze mówiąc, przyprawia mnie o zadumę, bo zastanawiam się, czy on jest tak genialny, czy po prostu jebnięty. Innym razem- ma paranoję, czy zachowuje czujność? Innym razem- ucieka od prawdy, czy ją sobie pomieszał?

Pytam go, czy idzie ze mną przykopcić. Zgadza się. (...)

Stoimy na miejscówce. Biorę pierwszego, potem on. W sumie jemu się dostało 3 solidne, mnie- 4. Zaczyna się wpatyrwać w ziemię z niedowierzaniem i uśmiechać. Powiedziałem "Haaaa, jebło?" na co on "Ty debilu..."

"Ty debilu!!"

"I co, hahah?"

"O nieeee kurwa, ty debilu!"

"Hahahahahahahahahah!"

"OOOO JAK TO DZIAŁA!”

Ja odczuwam kontakt nóg z podłożem. Idzie się fajnie. Tak jakbyście mieli buty na magnes, a podłoże było meeeetaloooowe. Docieramy do szatni, rozbieramy się bez problemów, choć Wacław śmieje się jak debil, ale cicho. Idziemy na górę, zasiadamy w barku. Prawie pusty, jak niemal zawsze :) Siedzi i się cieszy, co tu dużo mówić, czapa mu weszła. Po dwóch godzinach mówi, że miało go trzymać godzinę, a dalej ma fazę. Mówię mu, że to tylko zejście. Patrzymy na swoje oczy, nie są ani trochę czerwone.

Idziemy na boksera. Nie da się trafić, wooooow, świat poluzował. Nie mogę się szarpnąć, by uderzyć, robię to, jak pizda. Albo pacyfista. Never mind, jestem jednym i drugim, haha! Czuję się wolny. Mogę być, kim chcę.

 

Podtytułek czwarty:

Cięższy dzień, ale już prawie za nami. Siedzę sam, wieczorem. Znudzony. Rozpalam lufkę. Matko, smak jest prawie taki, jak powietrze. Bardzo wzmocniły mi się płuca. Zmysł czucia w przewodach także- czuję, jakbym stał w Krakowie. Otwieram drzwi na balkon jeszcze bardziej. Zimne powietrze jest piękne. Świeże jeszcze bardziej niż ciepłe.

Idę wziąć prysznic. Tym razem jestem dość ogarnięty, czynności nie zwolniły i swobodnie się poruszam. Widzę za to w lustrze masakrastycznie czerwone oczy jak diabeł. Jestem tak przystojny, że zaczynam płakać ze szczęścia. Oczy mi świecą jak diamenty, są piękne. Nie wiem, czy wyrażają więcej wdzięczności, czy pogardy do wszystkiego (Począwszy od systemu, na sobie skończywszy).

Woda jest genialna. Płynie. Gąbka jest genialna- drapie. Żel pod prysznic jest genialny- pachnie. Odczuwam mocno. Bardzo mocno. Jest radośnie.

Potem chyba słuchałem muzy i niewiele wartościowych rzeczy się działo, poszedłem spać. Spałem, z przerwami na picie, jakieś 11 godzin. Wstałem bardzo wesolutki. Miałem długie, znaczące sny i pomimo iż znacznej ich części nie pamiętałem, byłem zachwycony.

 

Podtytułek któryśtam:

No i znowu luźny dzień. Jestem w szkole, odwołują dwie lekcje. Zbieram się z Wacławem u jeszcze innym ziomem, nazwijmy go Achacjusz, w tę miejscówę, którą odwiedzałem wcześniej. Wacław nie pali. Achacjusz, ciekawy i sceptyczny, jak zwykle, chce spróbować mixa. Daję mu bucha. Potem drugiego. I po chwili trzeciego. Sam biorę z pięć. Jego nic nie klepie. Dobijam mu i uczę się zaciągać. Jeśli miałby coś poczuć, poczułby po pierwszych dwudziestu sekundach maksymalnie. Pali 3 mocne.

Zapomniałem dodać, że Wacław walił jakieś teksty w stylu „Masz minę, jakbyś właśnie spizgał się narkotykami czy coś...” i przez niego zmarnowaliśmy z 4 buchy w sumie, bo się śmialiśmy. Kiedy już klepło Achacjusza, my poszliśmy w stronę drzwi wejściowych pływalni, a Wacek się odłączył, bo miał z kimś iść na kebaba. Śnieg przyjemnie zapadał się pod stopami. Achacjusz zaczyna rzucać bardzo złożone i zabawne teksty zawierające metafory rodem z pana Tadeusza. Szatnia. Cały czas śmieszki. Postanawiamy jechać windą na górę. Achacjusz mnie wkręca i zostawia samego w ciasnym, mrugającym pudełku, wybiegając przed zamknięciem się drzwi. Jadę sam. Dość straszne, ale ciekawe.

Wchodzimy do barku, a tam taki śmieszny znajomy mojego dziadka. Staram się nie cisnąć z niego polewki, ale Achacjusz tak dokazuje, że z dwadzieścia minut praktycznie cały czas śmieszkowaliśmy i mówiliśmy do siebie szeptem. Wyszliśmy na zjarusów, okey. Idziemy zagrać w boksera. Achacjusz jest dość słaby, wali coś koło 700, ja, nieco lepiej niż wczoraj, w granicach 810, ale to wciąż sporo za mało. Mój rekord osobisty (na napompowanej gruszce, a wtedy akurat trafiliśmy na flaka) to 879, a rekord ogólny, chwaląc się, 883 ^^.

Achacjusz odpierdala. Zaczyna mnie wkurwiać, to mu delikatnie mówię, żeby nie robił niepotrzebnej siary. On mówi, że jestem zbyt poważny. Ja na to „Bo w sumie takie ostre zabawki dla idiotów nie są”. On na to „No wiem przecież kurwa, za kogo mnie masz?” Ja: „Szczerze? Niby wiem, że nie jesteś idiotą, ale cały czas się jak takowy zachowujesz, to mi ciężko oceniać. Spoważniej, bo jak ci odwala, psujesz mi tripa, bo się martwię o ciebie.”   Chyba mu to dało myślenia.

Idziemy na drugą lufę. Śnieg razi. Buchy prawie nie pieką. Ściągamy po trzy. Achacjusz znowu ma uśmiech, jakby zjadł cytrynę. Ja przymykam oczy. Jest intensywnie, świat ma blask.

Czuję się, jakbym miał maszynkę do mięsa w głowie. Łazimy przez jakiś czas z ziomkiem bez celu, potem on uświadamia sobie, że ma 15 minut to autobusu i gonimy spizgani na pekaes. Czasem koleżka wykonuje dziwne ruchy i włącza mi się super-ultra czujność, bo muszę ogarnąć świat, żeby nie wpaść pod samochód. Przemykamy krętymi ulicami, jest dobrze. Odprowadzam go, potem sam idę na odludzie, gdzie mam swój przystanek i ławkę.

Jest pięknie. Kroczę i mam pozytywne myśli. Dziwnie się roi od ludzi na mieście, wyczuwam każdego z nich, uśmiecham się. Czuję, że każdy z nich to oddzielna historia. W pewnym momencie już bliżej odludzia, chyba byłem świadkiem kłótni jakichś dwóch dziadków, ale nie jestem pewien, bo niewiele do mnie docierało. Szedłem uważnie przed siebie, koncentrując się na myślach i nogach. Łydka bolała. Skutek robienia nóg na siłce dwa dni wcześniej. Czuję się wolny. Docieram do ławki. Świeci mocne słońce. Czuję jego ciepło przez kurtkę, czuję świat. Ulica jest mokra od roztopionego lodu. Wszystko błyszczy, wygląda naprawdę cukierkowo. Samochody jadą, ludzie żyją, a ja siedzę spizgany. Napisałem wiersz, potem medytowałem, aż podjechał jeden ziomek i mnie zgarnął do domu sporo czasu przed autobusem.

 

Podtytułek ósmy:

Siedzę, znów zjarałem. To już ostatnia lufa. Jestem niemal pewien, że mam za mało neuroprzekaźnika GABA. Ta mieszanka wiele mnie nauczyła, oj wiele. Najważniejsza lekcja- zacznij ćwiczyć tę cholerną medytację! Ileż razy się do niej zabierałem, och! Potrzebuję ciszy. Jak ja kocham ciszę. Ale nie odłączenie od wszytkiego. Walentynki spędziłem samotnie, jedynie ta kompozycja roślinna dała mi namiastkę miłości.  Smutne.  Stety albo niestety-  czasem tak bywa, że na to, co w życiu najważniejsze, najdłużej się czeka.

W głowie pulsuje. Coś się w środku przekręca. Przez pierwsze 5 minut jest ostra psychodela, dźwięczne słowa wypowiadane przez szum myśli (moich, czy świata?) przybijanie piony z samym sobą... karuzela! Wspaniała, luźna, bujająca się karuzela. Wszystko się rozmywa, zostaję w pełnym skupieniu na sobie. Dokoła- cisza. Cudowna cisza. Po 30 minutach schodzi. Jest już tylko „spoko”, bez szału. Prawie już na mnie nie działa. Bardzo nikłe doznania. Jestem już tym dopełniony. Czuję, że czas na co innego. Czasem trzeźwość jest dla mnie bardzo dziwna- pozytywnie. Lubię ją niemal tak samo, jak tripy, ale żeby zacząć ją doceniać, trzeba czasem się od niej oddalić. Uciec. Wrócić jak ten syn marnotrawny- głodny stabilności i ciepła domowego.

Idę się napić zielonej herbatki. Świat pod kontrolą, emocje wyciszone, zostaje tylko skupienie na chwili obecnej. Mózg jest syty i czasowo rozleniwiony. Kocham ten stan. Ale jak to mówią- święta, święta i po świętach!

Pamiętajmy zawsze o tym cudnym umiarze. Przez chwilę bałem się, że go już nie mam. Że ciąglę palę i palę. Na szczęście- zwęgliłem resztę i już nie ma co wdychać. I bardzo mnie to cieszy. Umiar zostaje nagięty, ale wraca, jak guma, na właściwe miejsce. Jeśli raz wykształcisz jakąś cechę, ona będzie z Tobą zawsze. Jeśli raz zapalisz ogień w duszy- zapłonie na wieki.

<><><><><><Każdy człowiek ma swój własny podtytułek<><><><><><><>

Tak mi się wydaje przynajmniej.

 

No tak ogólnie to powiem wam, że kocham wszystko :) Cześć!

Ocena: 

Odpowiedzi

Zobaczyliśmy.

Oni akurat mają tyle, żeby wyżywić to co mają.

Już tu mnie nie będzie. Perm log out.

Miażdżący trip raport, nie rozumiem dlaczego ktoś Ci zepsuł ranking oceną niższą niż 100%.
Hedonizm, metafizyka, przemyślenia, flow, wszystko na swoim miejscu. Nie dość, że jesteś przystojny (sądząc z Tw włąsnej opinii) to jeszcze niesamowicie rozgarnięty i utalentowany.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media