Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

niepełnosprawny

detale

Substancja wiodąca:
Apteka:
Dawkowanie:
5,77 gram substancji na kilogram masy ciała (plus sok- boost wchłaniania)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Lekkie zmęczenie, ale i ekscytacja po okresie renowacji komórek mózgowych.
Kilku domowników obecnych, ale nie wchodzili mi do pokoju.
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
Średnie

raporty żelazny_aksamit

niepełnosprawny

DXM- Tak, czy nie?

Ależ ze mnie bogaty duchowo człowiek! (SARKAZM?)- w księdze ćpuńskiego doświadczenia, w kronice życia mieści się już 22 loty z udziałem "Dysocjacyjnego Xięcia Młodości". Ileż to już paczek leku na kaszel się zjadło... dwadzieścia dwa, och och och, myślałem, iż znam go na tyle dobrze, że mogę wpuścić do domu (do umysłu znaczy się) na luzie. Te godziny, gdy płynąłem z nim po strefach astralnego snu, wspominam nieźle. Aczkolwiek należy wspomnieć, że jest typem młota. Ten związek jak przypierdoli, to przypierdoli. Raz trafi raz nie. A w odbiorze- subiektywny niczym termin szczęścia. Jednego składa, innego wyrzuca z ciała... innym pozwala puścić soczystego pawia.  Nie jest zbyt "ekskluzywną" używką, gdyż pozwolić może sobie nań każdy, kto posiada dowód osobisty i dobrą aptekę w pobliżu.

Miałem szczęście, bo zawsze uświadczałem plusów. Dawał mi  mini-OOBE, dawał mi bardzo giętkie myśli... a to wszystko przy dosłownie zerowych efektach ubocznych. Do czasu.

Dzisiejszy trip to jakiś chory pociąg. Nie wiem czemu, ale poznałem ten bardziej "typowy" dekstro. Nie było znanej mi mistycznej otoczki. Myślałem- pragnę nowości. No i.... dostałem. Zawsze dostaję to, czego chcę, ale w sposób taki, w jaki bym się nie spodziewał. Jak każdy z nas- utajone głęboko pragnienia budują nam szosy, po których kroczą podeszwy. Zawiało filozofem za dychę, nie?

Wiele jest ludzi i wiele jest mózgów. Mój dysocjacji potrzebował, więc dostał. A jak jest z innymi- pojęcia nie mam. Polecić lub odradzić próby z dekstrometorfanem nie mogę- za mało danych. Poczekajcie, aż wypadnie mi wątroba. Wtedy będę miał dość materiału dowodowego, by jako tako się ustosunkować.  Teraz wyznaję zasadę- róbta co chceta.

Tussidex wniósł do mojego życia sporo gówna i chaosu, ale zawsze lubiłem układać puzzle. Kto chce- zaćpie. Kto nie- nie zaćpie. Jakże proste! Oczywiste!

 

Niniejszy raport to jedynie moje doświadczenie, nie wskazówka, czy zachęta. Zdaję sobie sprawę, że jednemu DXM się sposoba, innemu nie. Więc każdy pieniążki wydaje na własną odpowiedzialność, żeby nie było.  Ja tu tylko wylewam emocje- śmieszne, ale inaczej nie potrafię. Klawiatura stała się konfesjonałem.

Także... słowem wstępu- będzie to dzieło raczej krótkie (nieskładne może też, ale w tej nieskładności tkwi przesłanie), bo pisane na bombie. Ręce są jak dwa nie do końca zgrane z mózgiem, robotyczne badyle. Jak ja nienawidzę tego stanu, kiedy muszę wybierać między "zapomnij i wróć do świata trzeźwych", a "pisz na fazie"!  Wybieram opcję drugą, bo jest już coraz lepiej, a moje ekscesy sprzed kilku godzin były diametralnie różne od tego, co się działo zwykle, więc uwieczniam to dla swoich wnuków.

Smacznego!

O godzinie 14:30 spożywam ostatni, duży posiłek. Wybija 17:30, więc do układu pokarmowego z impetem wpadają cztery kapsułki, w których zamknąłem sproszkowany imbir (całkowicie niweluje nudności). Popijam je sokiem z grejpfruta czerwonego.

Dodatkowo piję trochę mleka kokosowego, do którego wsypałem ostropest (aby przynajmniej ciut ulżyć wątrobie)

18:18- 525 mg DXM'u zapijane potwornym, czerwonym sokiem. Sam jego smak wywołuje już u mnie kotłowanie w żołądku.

Dla informacji- ważę około 91 kg, dwa tygodnie byłem na małym detoksiku (kompletna trzeźwość i zdrowie na widelcu) a od dwóch dni łykam pewne tabletki przyśpieszające "robienie rzeźby", co do których mam podejrzenia, iż mogą podbijać fazę.

Zmiotło mnie dzisiaj POTĘŻNIE, bo pierwszy raz w życiu miałem tak dobitne poboczne nieprzyjemności po tym środku na kaszel. A przecież na większych dawkach już się latało i się nie miało. Więc jeśli to zasługa tabletek- zajebiście, mam boostera. Jeśli nie- ciekawe czemu tak mnie zbiło? Przeprowadzę dochodzenie.

Oglądam na Yt kanał "Szaman Psychodeliczny", świadomie oddycham przeponą. Po niespełna godzinie zaczynam czuć lekkie efekty. Jest "fajniutko", ale coś czuję, że nie będzie szału. Najlepsze tripy to zwykle te, które najszybciej się wkręcały.

Bawię się z kotem, dalej w skupieniu "wertuję" filmiki o tematyce psylocybinowo-kwaśnej. Mija 90 minut, zakładam słuchawki, nogi praktycznie nic nie ważą. Zamykam oczy. I zaczynam.

 

 

RYJ PĘKA W SZWACH

Pierwsze efekty- pod powiekami pojawia mi się bardzo detaliczna siatka w kształcie okręgu, o kolorze zielono-czerwonym. Lekko "roztapiam" się na łóżku i czuję się jak na oceanie. Błogość chwili. W uszach rozbrzmiewa metaliczny rock, który stopniowo zaczyna mi dudnić w przełyku! Czuję to! Jest czysty, idealnie przestrzenny! Właśnie dla takiej muzyki... właśnie dla niej mogę leżeć tu, aż....

Aż pęcherz nie przypomni o sobie naciskiem. Idę do WC, kroki mam normalne, martwię się, że za słabo wchodzi...

Dalej słucham "Nothing Else Matters". Czas jakby się zawiesza. Jeśli nie skupiam na nim uwagi- płowieje. Potem wchodzi "Achilles Last Stand" i tracę pamięć. Wiem bowiem, że odpalałem tę nutę, ale nie przypominam sobie, żebym słuchał. Przy "Seek and destroy" wyginam ciało w jakieś dziwne pozy, drapię się, coraz mocniej, szybciej...

Deks JUŻ SIĘ UJAWNIA! Nigdy nie miałem tak... niespodziewanego apogeum. Po raz pierwszy w życiu doznawałem salw gorąca, drapałem się jak głupi. Było to przyjemne, niemal boskie, ale musiałem się opanować. Niestety teraz widzę na udach czerwone krechy. Yyyyy... zmiata mnie! Nie mogę chodzić!  Zawsze jakoś chodziłem przecież... A  teraz wstaję i klop jest dalekkoooooooooo. Pięty dziwnie dudnią. Płytki na korytarzu- skurwysyny- chcą, bym się wyjebał. Odbijam się od ściany! OOOOO!!! Tak źle jeszcze nie było z moją motoryką NIGDY! ALARM! ALARM! ALARM!

Wracam. Oooooo jaaaaa- dosłownie przed chwilą byłem w innym miejscu, to niemożliwe! Czuję się, jakbym był nie u siebie w pokoju. Czym prędzej do wyra! Zapuszczam melodic techno, piszę coś do koleżanki, ale zauważam niepokojący objaw- nie potrafię się wypowiedzieć! Palce uciekają, słowa uciekają! Ach! Wysiłek! Wkładam wysiłek, by choć cokolwiek wydukać. Co jest ze mną? Psychicznie czuję się jako tako, a fizycznie- jak ściera. Zawsze na DXM miałem super-czujność. Tu-  kluuuuuuucha. Myślę o tym ,że chcę coś pomyśleć. Tak mozolnie idzie mi... analiza.... otoczenia... siebie.... Aaaaaa, o czym to ja? Alzheimer?

Techno jest takie mulaste, że aż mi się zachciało umrzeć. Stawiam na uplifting trance i jest to wybór doskonały.

 

 

Zamykam oczy. BOOOOM! Wyskakuje mi momentalnie lepki, fioletowy neuron! Pamiętam go z dawnej fazy. Jestem tak jakby pół nim, pół sobą. Trip przerasta oczekiwania! Czuję, jakby łóżko się składało, składało, składało- i tak ciągle, a do tego jakby w nieskończoność przechylało się w prawo i również w prawo było obracane. A JA Z NIM!

Myślę o ludziach, czuję, że przy moim łóżku stoi kolega Radek. Dziwne. Potem niemal namacalnie doświadczam w swej własnej głowie wizji, w których razem z innym kolegą tripujemy w najlepsze. Widzę różne fajne światy. Wyobraźnia działa tak doskonale. Jest tak klarowna, jasna, prawdziwa! Niemal zlewa się z tym, co nas otacza!

Zrobiło się ciemno, a ja czuję, że pokój się obkurcza i zaciska na mnie. Nie jest to stu procentowo odzwierciedlone doznanie, a taki jakby delikatny, mglisty, dotykowy halun. Przyjemne.

Wraz z upływem czasu i intensyfikacją tego wszystkiego, system nereowy coraz bardziej zmęczony. I jakieś dziwne myśli jak zwykle lecą na ryj. Czuję się przepoławiany (DOSŁOWNIE!), dzielony na części. To bardzo, bardzo, bardzo zmysłowe doznanie. Wpadam w ekstazę. Uśmiecham się i wiem, że się uśmiecham.

 

Jednak mózg ma ewidentnie dość- zaczynam mieć realne złudy słuchowe (cały czas głosy moich kolegów), a także dotykowe (począwszy od obracania się, przez naleśnikowanie, na rozpływaniu skończywszy). Coś jest jakby nie tak.

Zaczynam CZUĆ, że na podłodze rosną pomarańczowe guzy. Nieprzyjemne toto. Nie myślę o nich, jednak wracają. Świat zaczyna być taki.... niepełnosprawny.

Zwykle po konsumpcji DXM towarzyszyła mi jedność ze światem, specyficzne uczucie jedności, doskonałości... a teraz... no dosłownie izolacja.

Określiłbym to jako... hhmmm, wydawało mi się, że jestem owinięty jakąś folią i przez nią dotykam wszystkiego. I słyszę i widzę też. Cały czas takie dziwne szumienie w uszach, świat złożony z małych kropeczek, oczy pląsające jakbym miał zeza nieuleczalnego.

Siedzę... jakaś trwoga przebija się ponad myśli... nie wiem czemu. Coś po prostu jest nie tak, czułem, że doznaję właśnie kary za czarny humor. Jestem demencją, świat ma downa. Śmiałem się z siebie, jednocześnie będąc zaniepokojonym- czemu wszystko zdaje się być kaleczne?!

 

Idę się odlać- faza jest już taka zamułowa, że nie do końca wiem, gdzie i kiedy się znajduję. MASAKRA! Kroki wykonuję jak pierdolony Pinokio. Ruuuuszam się jak ten osioł z Kubusia Puchatka. Kłapouchy- właśnie. Ten z deprechą. Nie mogę inaczej, wszystko stało się takie mazgajowate i bagniste. To zupełnie nie pasuje do żwawego i ognistego DXM! Co się dzieje? Nie wiem. Nucę piosnki dla niepełnosprawnych, dodają mi wiary w świat. Jakieś wycie wydobywa się z ryja, jest pozytywne. Potem ten specyficzny śmiech. Taki postrzępiony.

Wracam. Łóżko i słuchawki. Przestaję czuć, gdzie zaczyna się kabel, a gdzie kończy moja klata. Oho, tylko niech mi się szałwiowe tripy nie nawiną. Czekam.... jest ok! Jednak słuchawki są przyjazne.

Zapomniałem jak się tripuje! Nie wiem kompletnie co z sobą zrobić, nie wiem czemu i po co leżę i słucham tej muzyki. Byłem w totalnie innym miejscu. YYyyy... cooo się tu... aaa, dobra, to takie uczucia kiedyś miałem.... yyyy.... pamiętam.... no coś się dzieje ze mną fajnego.... życie jawi się jako przenikająca przez granicę snu plątanina myśli. 

W bliżej nieokreślonym czasie czułem pomarańczowe kreski na łóżku i rozmawiałem w myślach z kolegą Arkiem, którego oczywiście nie było, ale dla mnie rozmowa była realna. Odbyła się między czyimś snem a "tu i teraz", ale jednak. Co ciekawe, Arek był w jakiś sposób tymi pomarańczowymi krechami przyłączony do łóżka. Doprawdy nie wiem, czemu nie pojawiły się żadne postacie kobiece.... 

 

Bania przestała narastać, ale towarzyszyło mi cały czas dziwne uczucie separacji, zagubienia i nieogara. Telefon był w jakiejś innej płaszczyźnie, jego ekran- a to wybulony, a to wklęsły.

Moje plecy- teraz całe czerwone- stały się obiektem ataku paznokci. Nigdy mnie tak cholernie nie swędziało. Myśli były przytłumione, zamiast śmigać z wiatrem, dochodziły do mnie jakby z dna jeziora..... no..... to kompletnie nie ten DXM, którego znam!

Gdzieś w międzyczasie czułem się fioletową kulą z łuskami zachodzącymi na siebie w rytm basu. Gdy lałem, celując hardo w muszlą kreślony akwen, moje uda były nieproporcjonalnie wielkie, a pindol- obkurczony. A gdy leżałem, nie miałem pojęcia, gdzie zostawiłem swój pierdolony pokój. Wypełniały mnie utwory trance, dosłownie płynęły po ciele. Wszystko się telepało, momentami unosiło się do góry i opadało. I cały arsenał zwariowanych, groteskowych rzeczy dział się z moim fizycznym ciałem. Żadna karuzela czegoś takiego nie potrafi.

Zacząłem coś czytać, a wydawało mi się, że nie mam tożsamości i jestem głosami moich kolegów. Nie wiem, skąd się wziął ten motyw, być może za dużo czasu spędziłem w szkole, ale nie na żarty się przeraziłem, bo przez chwilę myślałem, że jestem Michałem, a potem Arkiem. Myślałem JEGO GŁOSEM. Ale paranoja!

 

Na szczęście przeszło. Jest prawie pierwsza w nocy, mózg wrócił do normy. Zarówno uporczywe, schizofreniczne głosy, jak i kinetyczne ułudy- poszły w niepamięć.

Pomimo braku kontroli, uczucia specyficznego lęku i nietrwałości (których doświadczyłem tylko raz- na pierwszej próbie z owym związkiem), pomimo myślowego rozpierdolu i fizycznych przykrości, oceniam miniony wieczór jako bardzo ciekawy. Nie był to ani przełomowy, ani szczególnie radosny czas odklejenia od ciała, a mimo tego godny opisania. Nie wiem czemu- melancholijny i ciężki nastrój chciał się wkraść między wódkę a zakąskę. Pokój wypełniały cholerne narośle niezgody i szarości, ale stawiłem im czoła. Dość budująca wyprawa. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie dzień. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie deks. Oczekuj słońca, bądź gotów na deszcz.

 

Cześć i czołem!

Ocena: 

Odpowiedzi

Twoje tripy są tak nieciekawe i powtarzalne, że niedobrze się robi

Gdy wrzucę kolejny, zażyj ekstrakt z imbiru, jak już masz zamiar czytać. Powstrzymuje mdłości.

No i koniec :D

Fajny wstęp, a dalej podajesz już bardzo proste, konkretne przejawy działania substancji. Podsumowanie bardzo niespecjalne, ale rozumiem - chodziło li tylko o fazę. Nie dla mnie taki raport, 4/5!

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media