Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

jak straciłam osobowość i istniałam w przestrzeni

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
Jeden "buch" z bongo (pewnie ułamki grama)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
pozytywne nastawienie; impreza koleżanki, znajome otoczenie i ludzie, których znam bardzo dobrze; mało kameralnie i niekorzystna muzyka
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
THC, alkohol

jak straciłam osobowość i istniałam w przestrzeni

 

Obawy przed imprezą miałam - ale dotyczące raczej tego, że wszyscy szybko posną po ziele. Źródło było zaufane, choć, gdy poprzednim razem jarałam z koleżankami towar od tej osoby,  skończyłyśmy po jednym buszku z fifki, gdyż już nam dość mocno weszło.

Na imprezie natomiast pojawiło się bongo. Z początkowych zabaw z tytoniem szybko zrezygnowano i zioło załadowano zanim ktokolwiek jeszcze napił się alkoholu - plus jest taki, że nie mieszałam... Zaciągnęłam się raz, a mocno i rozkaszlałam. Sądzę, że było w okolicach 20, chociaż moje wyliczenia czasu są czysto orientacyjne i wiele nie wniosą.

Gdy mi weszło, usadowiłam się na kanapie. Za mną z telewizora leciała muzyka, niestety imprezowy chłam, składanka ułożona raczej dla śmiechu niż atmosfery. Moi znajomi kręcili się w okolicy, chyba przysiedli się do mnie na chwilę, bo pamiętam, że wsłuchiwałam się w ich rozmowę i powoli traciłam umiejętność rozumienia słów. Nie podobało mi się to i starałam się wychwycić co mówią, ale rozróżniałam pojedyncze słowa, a potem słyszałam już tylko niezrozumiały dla mnie bełkot. Czułam się jakby mówili w obcym języku. Wydawało mi się, że kiwam się w rytm lecącej muzyki (jak praktycznie na każdej fazie) i "wciągał" mnie wiszący na ścianie naprzeciwko obraz.

W pewnej chwili poczułam jakbym się właśnie obudziła w swoim ciele. Wrażenie jest dość trudne do opisania, ale było wystarczająco spójne i wyraźne, by całkowicie zawładnąć moim otępionym umysłem. Miałam wrażenie amnezji- obudziłam się w swoim ciele i nie wiedziałam kim jestem. Gdy się na kimś skupiłam, byłam w stanie przypomnieć sobie jak ma na imię, może jakiś fakt z nim związany, ale musiałam włożyć w to trochę wysiłku. Czułam się, jakbym była kimś, kogo wrzucono do ciała tej ja, która to przyszła na imprezę i w pakiecie z ciałem dołączono listę informacji o otoczeniu i zachowaniach, jakie powinien przejawiać standardowy homo sapiens. Dobrze chyba oddaje tę sytuację fakt, że nie wiedziałam jak mam na imię. Gdy się skupiłam przypominały mi się pierwsze podpisy z przedszkola, znałam inicjały, ale nie byłam w stanie przypomnieć sobie swojego imienia i nazwiska w całości, a co najgorsze nawet gdybym dała radę to w żaden sposób mnie ono nie określało. Martwiłam się co ze mną będzie - nie dam rady długo ukrywać swojego stanu, wszyscy poznają, ze jestem kimś obcym. Poza tym byłam jak ktoś zostawiony samotnie w obcym mieszkaniu ze zwierzakiem pod opieką - nie wiem co robić, niby zostawiono mi kartkę z instrukcją, ale jest ona niepełna i ciężko mi przyporządkować odpowiedni jej punkt do rzeczywistości. Zwierzak (w tym przypadku moje ciało) potrzebuje opieki, bo to stworzenie dość kruche i delikatne, a ja w ogóle nie wiem jak się do tego zabrać. Gdy później znów postanowiłam się czegoś napić, nie pamiętałam jak się to robi, miałam problem z przełykaniem.

W końcu z repertuaru zachowań z obcej pamięci wybrałam poproszenie kogoś o pomoc w wyprowadzeniu na zewnątrz (zawsze mam wrażenie, że pomieszczenie, w którym jaram, jest gęsto wypełnione dymem i efekt nie minie dopóki się go nie opuści lub nie przewietrzy). Wydukałam do kolegi, który tylko pił, by wyprowadził mnie na zewnątrz, bo chyba mam psychozę. Pomógł mi się ubrać, wyszliśmy na zewnątrz i usiadłam na schodach.

Efekt oczywiście nie minął, a opieka nad „zwierzątkiem” zakładała nieprzeziębienie się, więc wróciłam i położyłam się. O ile na trzeźwo jednak można zamknąć oczy i wyciszyć się, wówczas nie miałam takiej możliwości. Teraz wydaje mi się, że dobrze oddaje to termin „gonitwa myśli”. Byłam zmuszona być przytomna i przeżywać to co mi mózg zaserwuje. A zaserwował- między innymi- patrzenie na otaczający świat jak na książkę lub nagranie. Przeraziło mnie to, jeżeli nie będę się przejmować tym co się dzieje na zewnątrz, zaniedbam pozostawione pod opieką ciało i coś złego mu się stanie. Spróbowałam więc wrócić do zwyczajnego sposobu patrzenia, już mi się udawało… i wróciłam do punktu początkowego. Powtórzyło się to kilka razy. W nadchodzącym czasie miałam mieć podobne doświadczenie jeszcze kilka razy: nawracanie myśli nachodzących na haju i poczucie deja vu („ja już to kiedyś myślałam”). Przypominało to wrażenie, ze przestrzeń i czas są zapętlającym się fraktalem, które nachodziło mnie w milszej wersji na wcześniejszej fazie. W gonitwie myśli w pewnej chwili jednym z najwyraźniejszych wątków była troska o swoje zdrowie psychiczne. Martwiłam się, że mój umysł już nigdy nie wróci do zwyczajnego stanu i będę musiała się nauczyć żyć od nowa. Miałam wrażenie, że męczarnie trwają wieczność i że jeszcze długo nie będę mogła zasnąć- choć zapewne nie minęło więcej niż jakieś dwie godziny.

Wreszcie zasnęłam. Gdy obudziłam się o 5:40, trzymało mnie już tylko odrobinkę i w sposób dość miły- dodatkowo doceniłam swój zwyczajny stan umysłu, gdy moje ciało na mnie pasuje, a moje wspomnienia są…no cóż, moje. Jest takie poczucie, które mówi nam kim jesteśmy, w jakim celu znajdujemy się w tym konkretnym miejscu etc. Nie polecam go tracić, naprawdę. Kolega podsumował później moje zachowanie: „Siedziałaś i gapiłaś się w przestrzeń. Tylko puścić w tle „Hello, Darkness, my old friend” ”.

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Źródła zaufane też sprzedają trawę nasączoną kanna. Niestety zdaje się, że jest to obecnie norma.

Dobry raporcik, a to, co najbardziej zwróciło moją uwagę, to podobieństwo tegoż przeżycia do mojej pierwszej konfrontacji z DXM. Myślę, że jak zwykle kluczową sprawą jest psycha. Osobiscie dwa razy jaralem na imprezce, ale u mnie to kończyło się tak, że miałem bardzo prymitywną fazę, bo się nie mogłem skupić na niczym. U Ciebie taki mały chaos i szum imprezowy z kolei spowodowały mocną dezorientację i zerwały wszystkie punkty zaczepienia. Ja to opisałem w ten sposób: "Czułem się jak tygrys w nie swojej klatce. Wokół ciemność, tylko co chwila zapala się światło, nie pozwalając mi określić, gdzie jestem." Brzmi, że tak powiem, podobnie, co nie? :D

 

Myślę, że podobieństwo naszych tripow pokazuje, jak istotne jest odpowiednie podejście, bo z chaosem nie ma żartów. Jedna z najgorszych rzeczy to absolutna niepewność i niewiedza, toteż współczuję doświadczenia. Właściwie każda substancja może tak sponiewierać. Trzeba być uważnym. Jak cholera.

 

Świat to jebana zagwozdka. Umysł to zagwozdka. A psychodela to brama, której otwarcie wiąże się z wykroczeniem na zupełnie nieznane wody. Nie wiemy, czy czeka nas sielanka, czy sztorm. Dlatego desperacko musimy trzymać ster :)

No i koniec :D

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media