Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

wakacje z ziołem

detale

Natura:

raporty unknown

wakacje z ziołem

(DOn`t drink and drive! SMOKE AND FLY!!!!!!)





Spędzałem wakacje u kuzyna na wsi. Było przyjemnie, pogoda nawet dopisywałą (znaczy się było pochmurnie, ale jak się jest najaranym, nie zwraca się na to uwagi). Chciałbym tu opisać w jaki sposób zdobywaliśmy zioło. Jako że to co przywiozłem do niego skończyło się dość szybko, postanowiliśmy kupić u kogoś na wiosce. I tu wyszła niekompetencja mojego kuzyna. Na mieście (10 km od wioski w której spędzałem wolny czas) mógł załątwić w każdym momencie, ale tu za cholerę nie mógł...





może zacznę od początku.





Obudziłem się w moim domu niestandardowo o 9:00 we własnym domu (zasnąłem koło 3:00 dość mocno zjarany, zwykle budzę się po południu koło 12:00). Nabiłem lufkę i... stwierdziłem że nie mam ognia. Zacząłem więc szukać na wszystkie sposoby. Do głowy nawet przychodziła mi myśl z dwoma kamykami, ale to zupełnie odpadało - nie miałem nawet dwóch kamyków. Nagle dzwonek do drzwi. "Kto do chuja?" pomyślałem. W życiu się nie spodziewałem że to będzie mój kuzyn.

Po krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że przyjechał na miasto kupić coś, i że zaraz ma autobus spowrotem. Pokazałem mu co mam (moje zioło), a on pokazał mi zapalniczkę. Radość nasza była wielka. Jeden elefon i poinformowałem starych, że jadę do niego na kilka dni (he,he.. uwielbiam spontaniczne decyzje). Szybko wyjąłem szkolny plecak, opróżniłem go wywalając leżące w nim jeszcze szkolne książki, które wylądowały na podłodze. Zacząłem się pakować, brałem ciuchy jakie popadnie. Czasu nie było, trzeba było zdążyć na autobus.


Szybko wybiegliśmy z domu na autobus. Władowaliśmy się w pierwszy lepszy i podjechaliśmy nim na miasto. W drodze na drugi przystanek zapaliliśmy jednego, i już lżej było iść (nawet nie zwracaliśmy uwagi na lekki deszczyk). Po dotarciu na przystanek stwierdziliśmy, że zdeka spóźniliśmy się. Następny autobus był za 40 minut. Ale co to dla nas? Poszliśmy do supermarketu i kupiliśmy 2 browary. Pijąc, zapaliliśmy drugiego. Faza weszła że ho ho... Kupiliśmy jeszcze coś do jedzenia, pochodziliśmy trochę po rynku. Na następny autobus dotarliśmy o czasie. Wpakowaliśmy się... i hurra, teraz to się zacznie. Jadąc autobusem, rozmawialiśmy o sposobie palenia zioła w autobusie. Ja tego nigdy nie robiłem, on kilka razy. Aha, zapomniałbym dodać - najlepsze fazy są w autobusach. Gdy dotarliśmy na przystanek, udaliśmy się do domu. Tam zadomowiłem się, kładąc torbę z ciuchami na stole.


Reszta dnia była nieciekawa (a może ciekawa, nie wiem nie pamiętam, i nie chcę opisywać czegoś czego nie pamiętam).





Drugi dzień zastał mnie z bólem głowy. Ile spaliłem wczoraj? Ile wypiłem? Nie wiem, film mi się urwał kiedy piliśmy któryś tam browar z rzędu w barze.

Jednak jedna wiadomość dominowała w mojej głowie - brak zioła oznaczało nieprzyjemny klimat. Szybko zwaliłem się z łóżka (spałem w gościnnym) i powędrowałęm obudzić kuzyna.


On również stwierdził że coś mu nie gra.


Powiedziałem mu że nie mamy już zioła. Jego odpowiedź mnie rozśmieszyła: "To ileśmy wczoraj spalili". Ja mu tylko odpowiedziałem "Chyba więcej niż wypiliśmy" po czym obaj zaczęliśmy rechotać ze śmiechu.


Po zjedzeniu śniadania, umyciu się i innych duperelach wyszliśmy z domu.
Pierwsze kroki zrobiliśmy w kierunku kumpla. Daliśmy mu piątaka na paliwo, żeby kupił trochę zioła. Powiedział że dobra, ale wieczorem. Wątpa totalna. Ale jak mus to mus. My tymczasem poszliśmy do drugiego kumpla, z którym zapaliliśmy jednego (fart że miał). Czas minął szybko, i wieczorem zaczeliśmy odczuwać zwała. Cały dzień chodziliśmy przybici, ale co robić. Koło 19:00 kumpel ze swoją ekipą ruszyli w kierunku miasta (nie tylko my chcieliśmy dostać zioło). Miał przyjechać koło 20:00, poczekaliśmy więc na moście, tak żeby od razu dostać od niego zioło. Co chwila ulicą jeździły samochody, i za każdym razem gdy z oddali dostrzegaliśmy światło mówiliśmy "To on". Auto przejeżdżało "Gówno, nie on". Czekaliśmy dość długo, zaczynaliśmy się nawet nudzić co było niewskazane. Jako że w kieszeni miałem zużytą już lufkę, zaproponowałem kuzynowi że sprawdzimy jej wytrzymałość. Położyliśmy na drodze, tak żeby przejeżdżające samochody kołem ją zniszczyły. Minęły trzy, i żeden nie wcelował kołem w szkło. Szybko skorygowaliśmy położenie lufki, i gdy następny samochód przejeźdźał usłyszeliśmy tylko "Chrup", i lufki już nie było. Został tylko cybuch (górna część), który i tak był mocno zmasakrowany, rozsypał się jak go podniosłem.


Koło 21:00 się zjawił oczekiwany samochód, powiedział że się nieźle wkurwił, bo kolesia nie zastał. Powiedział że o 23:00 jedzie jeszcze raz. JA byłem zbyt senny, kuzyn pojechał sam. Wrócił koło 2:00 z ziołem. Radość nasza było wielka.





To co niżej opiszę, to jeden z najlepszych dni mojego nie (jeszcze) pełnoletniego życia :))


Trzeci dzień rano zastał nas ładną pogodą. Po spełnieniu codziennych obowiązków (kuzyn mieszka na wsi, więc trochę tego było) udaliśmy się do pobliskiego baru w celu kupna nowej lufki. Skonsumowaliśmy na miejscu jednego, po czym zaczęliśmy grać w bilarda. Jako że bilard w tym barze jest za darmo, dla każdego, bez ograniczeń zagraliśmy 3 partyjki. Bar był praktycznie pusty. Gdy wyszliśmy stwierdziłem że pogoda zajebista, może by tak pójść popływać. Dobra, idziemy popływać. Po drodze spotykamy Pająka (na poprzednich wakacjach to właśnie z nim pierwszy raz zabakałem). Zgodził się, tylko musieliśmy trochę na niego poczekać, bo musiał coś w chacie zrobić. Jeziorko (Żwirak) znajdował się łądny kawał za wioską, więc droga była długa. Gdy wyszliśmy za wioskę, usiadliśmy na skraju lasu. Spaliliśmy dwa, zapaliliśmy papierosy (zmusiłem się) [dodam tylko że kupiłem je nieźle się targując z kolesiem który dzień wcześniej jechał po zioło, były to ruskie z przemytu..he,he)

i ruszyliśmy dalej. Znaczy ja z kuzynem, Pająk jechał na rowerze. Droga wcale nie była taka długa, kiedy się rozmawia. Kuzyn powiedział że go brzuch boli, i że chyba ma kolkę.


Pająk opowiedział nam jak to kolesia bolała głowa. Drugi do niego podszedł i mówi: "daj mi rękę" to cię nie będzie bolała. Koleś mu podał rękę a ten... złamał mu palca. "I co boli cię głowa?" - zapytał koleś. Drugi zwijając się z bólu powiedział że nie... ale były brechty. Polewałem chyba z 5 minut non stop. Potem opowiedziałem kawał "Przychodzi baba do lekarza bez ręki i bez nogi. Lekarz pyta: co się stało, a baba: a, bo założyłam się z mężem o nogę że mi ręki nie wyrwie". I to był szczyt. Pająk spadł z roweru zaczął się tarzać po ziemi, kuzyn aż sobie usiadł. Potem Pająk opowiedział reklamę: Siedzą bracia w zakonie, i w ciszy jedzą. Nagle jeden wyciąga karteczkę, a na niej napis "SMACZNEGO". Drugi wyciąga karteczkę "Jak się je to się nie rozmawia". W zakonie absolutna cisza. I nagle wchodzi przez drzwi mnich z karteczką "Cisza na sali!!" Brechty niesamowite były. Tak opowiadając dotarliśmy nad jeziorko. Poszedliśmy nad brzeg, na którym były zamocowane dwie deski do skakania: jedna malutka, nizutko zawieszona i duża. Duża była naprawdę duża (szybko się o tym przekonałem). Nie potrafię powiedzieć ile metrów w dół było, ale dla mnie, osoby która rzadko skacze była dość duża. Leciało się koło 3-4 metrów w dół.

Wskoczyłem z małej do wody, nawet dość ciepłej. Skocz z dużej, skocz z dużej!!! - Pająk i kuzyn mnie namawiali. Nie miałem ochoty, Pająk rzeźnik skakał cały czas z dużej, kuzyn sporadycznie.


"Ale skocz na nogi" - powiedział kuzyn "inaczej się zabijesz" dodał.


"Ale najpierw zapalimy" - powiedziałem. Po spaleniu oceniłem swoje możliwości na wystarczające. Dam chyba radę - pomyślałem. Odsunąłem się żeby wziąć rozbiego i...biegnę. Patrzę pod nogi. Ziemia, ziemia, piasek, deska. Wyskok. Lecę. Zamknąłem oczy. Kiedy ta woda. Otwieram oczy O kurwa, jak to wysoko! Coraz bliżej tafli wody, zaraz przypierdolę. Woda się zbliża. Dodam, że leciałem nie na nogi. Za bardzo wygiąłem ciało do przodu i poleciałem ciałem równolegle do wody. Sruuuuu. Oczy miałem otwarte, i czułem jak w kontakcie z wodą, woda krąży pod powiekami. Zacząłem widzieć na czerwono. Nie przyjemne uczucie. Zacząłem wypływać na powierchnie. Gdy głowa znalazła się nad wodą usłyszałem tylko brechty kuzyna zmieszane z piskiem w uszach. Ale jedyne co miałem w głowie, to piekące oczy i dość mocny ból klatki. Wyszedłem na ląd, i dopiero wtedy oceniłem swój lot. A klatka cała czerwona, na początku cięźko się oddychało, trochę bolało, ale potem wszystko wróciło do normy.


Brechtając sam z siebie skoczyłem z małej i popływałem trochę. We trzej popłynęliśmy na środek jeziora. Kiedy stwierdziliśmy, że siły się kończą, cofneliśmy się spowrotem. Ja wyszedłem na ląd się osuszyć, oni jeszcze skakali. Gdy już wyszli, pająk zaczął wykręcać spodenki.


Na drugim brzegu były jakieś namioty. Jakieś laski sobie tam rozbiły namiot.


-Majtki też - krzyknęła jedna


Wszyscy trzej popatrzyliśmy się na siebie i zaczęliśmy się brechtać.


-Dobra- krzyknał pająk, i zdjął majtki.


Ja z kuzynem zaczęliśmy brechtać, najbardziej lałem z sylwetek dwóch dziewczyn które stały jak słup zahipnotyzowane. Położyłem się na ziemi, tak bardzo się śmiałem. Kuzyn też polewał mocno. A Pająk? On zawsze był zdolny do takich rzeczy, śmiał się też. Kiedy się ubrał siadliśmy we trzech na brzegu i zapaliliśmy papierosy śmiejąc się.


One coś tam gadały do nas. My śmiejąc się odpowiadaliśmy. W końcu trzy podpłynęły pod nasz brzeg. Jedna chyba nie miała sił, bo wyszła na brzeg i wracała na nogach, dwie pozostałe płynęły spowrotem. My stwierdziliśmy "do domu już czas". Szliśmy za tą dziewczyną (miała koło 20 lat), śmialiśmy się niemiłosiernie.


- Co się tak śmiejecie - spytała obracając się za siebie (szliśmy kawałek za nią)


- Bo lubimy się śmiać - powiedział Pająk i znów wybuchliśmy śmiechem.


Całą drogę do domu śmialiśmy się... a dzień się dopiero rozpoczynał.


Zioła już nie było, więc stwierdziliśmy z kuzynem (Pająk wrócił do domu), że trzeba będzie wybrać się do miasto. Kumpel z wozem okazał się niekompetentny, poszliśmy więc do drugiego.


Nie chciał jechać, ale zaproponowaliśmy mu 10 na paliwo to się zgodził. Musieliśmy poczekać jeszcze na dwóch innych, którzy też jechali po zioło (jeden to brat mojego kuzyna czyli...też kuzyn). Jechaliśmy więc w pięciu chłopa w Audicy, 120 na godzinę z nutą puszczoną na maksa.


Najpierw do mnie do domu (musiałem wziąć pieniądze, bo te które miałem przy sobie powoli się kończyły - cały rok oszczędzałem by móc na wakacje to wszystko wydać).


Wziołem kasę i spodnie (stwierdziłem, że tak szybko się pakowałem że nie wziołem żadnych spodni..he,he)

Zajechaliśmy do miasta, zatrzymaliśmy się. Jeden poszedł załatwić do dilera. Szybko się uwinął, więc gaz i spowrotem. Po drodze zatrzymaliśmy się koło jeziora (nie tego w którym pływaliśmy, tamto było jeziorko, a to koło czego się zatrzymaliśmy to było jezioro z prawdziwego zdarzenia). Od razu poczułem chłodny wiatr. Muszę przyznać, widok z wału na którym stałem był wyjebisty. W dodatku potęgowany ziołem sprawiał że kolory mieszały się, nachodziły na siebie. Wyglądało to niczym pejzaż. Siedliśmy w pięciu i zaczęliśmy palić. Spalilismy 4 lufki, po czym noga na gaz i w kierunku wioski 120 na godzinę przy otwartej szybkie, z wiatrem we włosach i nutą na maksa. Takiej klimy jeszcze nie miałem. Z tego miejsca dziękuję ekipie za tą zajebistą (tylko trochę krótką) wycieczkę.


Dodam że na mieście chyba 3 razy widzieliśmy stojący radiowóz albo gliniarza na motorze, fart że żaden nas nie zatrzymał.


Po dotarciu do domu był trochę przypał. Starzy rzucali się do kuzyna (jednego i drugiego), ale ci szybko wkręcili ściemę że pojechaliśmy do miasto po spodnie.. he, he główka pracuje.





Nadchodził ciepły wieczór. Znudzeni grą w bilarda postanowiliśmy urozmaicić sobie szajbę.


Poszliśmy na stary most kolejowy. Jest to stary most, przedwojenny. Zamknięty chyba w latach 70. Nic po nim nie jeździ, tory są dość mocno zarośnięte. Most jest stalowy, pod spodem płynie rzeczka. W dół jest może 5-6 metrów. Siedliśmy na środku mostu, zajaraliśmy jednego czy dwa (nie pamietam ile) i... kosmos. Szajba taka, że ledwo szedłem. Po tym moście trzeba chodzić małymi kroczkami stępając po belkach. Jak nie trafi się w belka można wywinąć niezłego orła, a w najgorszym przypadku nawet zlecieć w dół co nie jest wskazane. Kuzyn stwierdził że pójdzie górą. Nie znam terminu architektonicznego, i nie mogę powiedzieć jak to się nazywa. Ale każdy większy most jest wysunięty trochę do góry, żeby się nie załamał pod ciężarem. Jakby porównać z małym mostem, jest to większa barierka (wysokości 2 m). Jakby stamtąd zleciał to by się zabił na 99%. Szedł na czworakach, i udało mu się (to był zakład, o to kto pierwszy będzie rozpałał następną lufkę). Zaszliśmy na dół. Pod mostem idzie polna droga, która prowadzi do drogi betonowej (ta jest prostopadła do polnej, jest prosta toteż samochody jeżdżą po niej dość szybko. Tam gdzie kończy się polna, zaczyna się betonowa. Trzeba popatrzeć w lewo, potem w prawo. Nic nie jedzie ruszasz żwawo na następną polną (dość krótką) która prowadzi do owego jeziorka (tak, tak, tego z deską). Pewnie się zastanawiasz po co to piszę? Za kilka(naście) linijek się dowiesz.


Gdy dotarliśmy do jeziorka (przedtem się jeszcze wróciliśmy i wzięliśmy ze sobą psa - owczarka niemieckiego, tak dla klimatu), nie było ani jednego człowieka (tak to wyglądało, w sumię się nie dziwię. Co za wariat pływa o 21:00 wieczorem, w jeziorku na jakimś zadupiu?). Kuzyn chciał abyśmy zapalili na brzegu przy desce, ale ja chciałem zmienić klimat. Poszliśmy trochę dalej. Siedliśmy na brzegu... i nagle w krzakach, po drugiej stronie dostrzegłem fioletowy namiot. To był chyba ten sam co rano, ale głowy nie daję. Koło namiotu krzątali się jacyś ludzie. Jeden siedział. Było trochę ciemno więc rozpoznawaliśmy tylko sylwetki. Z lewej można było podziwiać zachód słońca na tle równin, przed nami daleko na horyzoncie dość wyraźnie góry (część kotliny kłodzkiej chyba). Zapaliliśmy najpierw jednego. Dym był przyjemy, gęsty. Z jednej lufy zeszło kilka buchów. Chmury były dość duże. Gdy tak siedzieliśmy i podziwialiśmy grające ze sobą kolory obaj wybuchliśmy śmiechem. Smialiśmy się ze wszystkiego, a zwłaszcza z kolesia który siedział po przeciwnej stronie jeziorka i gapił się na nas. Zapaliliśmy drugiego. I pełna jazda. Śmialiśmy się głośno, co chwila się łapałem za brzuch żeby wciągnąć powietrze. Pozostali ludzie koło namiotu co chwila patrzyli w naszą stronę, a my perfidnie z lufą wycelowaną w nich bakaliśmy. Fajnie to musiało wyglądać z ich perspektywy.Widok zachodzącego słońca był najlepszy jaki w życiu widziałem. To wyglądało wprost wyjebiście. "Tą chwile trzeba zapamiętać" - powiedziałem.


Wstałem, poszedłem poszukać jakiegoś patyka. Rzuciłem do wody, żeby pies popłynał po niego.


Gdy już dopłynął do brzegu, postanowiliśmy wrócić na miejsce w którym jest deska. Po drodze weszliśmy na polanę (na brzegu rosło dość dużo drzew i krzaków). Tam zapaliliśmy jednego. I nagle ja do kuzyna taki klimat: "Jesteś na dyskotece, gibaj się". I on zaczyna się gibać, a ja w brecht. Pośmialiśmy się, i ruszyliśmy dalej. Nagle pies się zaplątał w jakieś krzaki, to my debile zamiast mu pomóc staliśmy i śmialismy się z niego jak próbuje się wydostać. Jak już się wydostał, ruszyliśmy dalej. Na brzegu oczywiście trochę popływaliśmy (wniosek: woda jest najcieplejsza wieczorem). Po 30 minutach zapadła decyzja, że wracamy. Gdy wyszliśmy na drogę betonową (wspominaną wyżej) w głowie zakiełkowała myśl żeby iść prosto przed siebie tą drogą. Na początku szliśmy w stronę słońca, później kuzyn wpadł na jeszcze lepszy pomysł. Wziął smycz, i szliśmy szerokością drogi. Ja założyłem kaptur. Wyglądało to jakby dwóch wkurwionych kolesi z psem szło komuś wpierdolić. Szliśmy, a gdy jechał samochód, w ostatniej chwili schodziliśmy z drogi. Każdy jeden trąbił, ale żaden się nie zatrzymał by nas pouczyć (he,he..wrażenie wizualne).

Gdy już przeszliśmy kawałek, cofnęliśmy się spowrotem do domu. Po drodze wstępiliśmy do baru i pograliśmy w bilard.


Po jakimś czasie wróciliśmy do domu i oczekiwaliśmy na nowy dzień





Tak minął zajebisty dzień z mojego życia

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media