Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

nigdy nie zgub palenia!

detale

Natura:

raporty unknown

nigdy nie zgub palenia!

Poniższe doświadczenia kieruje ku młodym, niedoświadczonym ludziom, którzy ze względu na swój krótki starz w paleniu marihuany nie zdążyli lub nie mieli okazji zaznać tz \'Bad tripa\' (zła jazda). Ów bad trip wywołany może być wypaleniem zbyt dużej dawki trawy/hashu (co zdarza się stosunkowo rzadko, o ile ma się trochę oleju w głowie i nie pali kolejnych lufek kiedy i tak ma się ostra jazdę) lub przez tz \'schizy\', czyli napady lękowe, złe myśli, strach przed czymś lub kimś (np. starymi ;). O ile pierwszy przypadek - przedawkowanie, nie jest bardzo groźne (no chyba ze macie kłopoty z sercem lub przekroczycie śmiertelna dawkę - 14 Kg ;)) to prawdziwy \'shiz\' może na długo pozostawić zadrę w waszym umyśle, a każde następne jaranie będzie jak powracający koszmar. Osoby wrażliwe, nadpobudliwe i co gorsza, w tym przypadku, posiadające rodziców przewrażliwionych na punkcie narkotyków, zalecam aby poniższą historie wzięły za przestrogę.





Lato 2001 spędziłem w swoim mieście. Miałem plany na wyjazdy, obozy i takie tam ale jakoś nic z tego nie wyszło. Pozostało mi chodzić na imprezy i samemu je robić, mogę stwierdzić, że pod tym względem owe wakacje były bogate. Ze względu na masę wolnego czasu i praktycznie zerową odpowiedzialność paliłem prawie codziennie ;). Czekałem jednak tylko aż chata będzie wolna bo we własnym gniazdku imprezy są najprzyjemniejsze (no powiedzmy, że z reguły =>czyt. dalej). Dowiadując się o wolnym lokum na cały weekend podeszłem do sprawy rutynowo. Wpierw telefon po najlepsze palenie i drugi oznajmujący mojego kumpla że będzie impreza. Czekanie.





Sobota, około godz. 18:00


Starych i rodzeństwa juz cały dzień nie ma a ja oczekuje kumpla-dealera. Oto i jest, stoi u bramy z bananem ma ryju co wyraźnie oznacza że ma coś wyjątkowego, czyli to o co prosiłem. Będąc gościnny zaprosiłem go do siebie. Pogadaliśmy chwile i zdecydowaliśmy że towar jest na tyle wyjątkowy iż miło byłoby go od razu przetestować. Sam myślałem raczej o jednej fajce, czyli \'tak na dobry klimat\'. Mój kolega-dealer podzielał moje zdanie co do \'dobrego klimatu ale pukał się po głowie kiedy proponowałem mu palenie z fajki. Gościowi, który od kilku lat spalał potworne ilości trawy, palenie z fajki nie dawało znaczącej satysfakcji. No to palimy z wiadra. Tłumaczyć nie będę co to znaczy, powiem tylko że to chyba najsilniejszy i najbardziej ekonomiczny sposób palenia. Co prawda miałem poczekać na kumpla i razem mieliśmy zacząć około 21:00, ale uznałem że może czegoś się nauczę obserwując jak ówczesny dla mnie master, budował machinę śmierci\'. Wyznaczyłem do spalenia dość małą dawkę (1/4 grama) aby \'przypadkiem\' się nie zajarać, chodziło nam w końcu o dobry klimat. No i rzeczywiście był dobry klimat, aż za dobry. No tak, zajebałem się i to całkiem konkretnie. No trudno ;). Postanowiłem przejść się po mojego kumpla abyśmy wcześniej zaczęli imprezę. Kumpel-dealer zaproponował mnie podwieźć. Zeszliśmy na dół, wyszliśmy, ja zamknąłem chatę, otworzyłem furtkę kluczem, zamknąłem furtkę kluczem , wsiadłem do samochodu. Tak szczegółowy opis tego momentu jest istotny dla zrozumienia dalszej historii. W połowie drogi zacząłem się zastanawiać gdzie dałem jaranie. Z początku nie byłem szczególnie zmartwiony, pomyślałem, że skoro w kieszeniach nie ma, to pewnie jest gdzieś w domu. Problem w tym, że nie mogłem sobie przypomnieć gdzie konkretnie. Zawsze wkładam jaranie do kieszeni - pomyślałem. Dojechaliśmy, kumpla jednak nie ma w domu. Razem z kumplem-dealerem udaliśmy się z powrotem do mojej chaty. W drodze powrotnej zacząłem już naprawdę się martwić, próbowałem analizować gdzie mogłem położyć przez przypadek worek pełny ganji. Na miejsc, szybko sprawdziłem wszystkie najbardziej możliwe miejsca, jednak bez rezultatu. Doszedłem do wniosku że skoro nie pamiętam abym wkładał do kieszeni, to może w ogóle go ze sobą nie brałem. Doszedłem do wniosku że najbardziej prawdopodobnym miejscem była podłoga, na której siedzieliśmy paląc z wiadra. Przeszukałem cały pokój, zaglądając pod szafkę i w inne zakamarki. Nic. I wtedy zdałem sobie sprawę, że jeżeli nie znajdę tego jarania znaleźć to mogą moi rodzice lub rodzeństwo, a wtedy podejrzany będzie jeden... To był początek niewiarygodnego strachu. Zacząłem przeszukiwać wszystkie miejsca w których przebywałem tuż po jaraniu. O pomoc poprosiłem kumpla-dealera, w końcu palił razem ze mną więc pomyślałem że może on pamięta. On jednak nie był bardzo zainteresowany poszukiwaniami, wyraźnie mial to w dupie. Olewackie zachowanie było u niego typowe i nie zwracałbym na to uwagi jednak pod wpływem narastającej depresji podświadomie zacząłem go podejrzewać o kradzież mojej trawy. Nie przejmowałbym się jednak gdybym NA PEWNO wiedział, ze ów worek został skradziony czy też inaczej stracony, co więcej cieszyłbym się bo wiedziałbym, że moja rodzina nie ma szans go przypadkowo znaleźć. Niestety nie miałem tej pewności, co gorsza nie mogłem tak po prostu się go spytać czy mi przypadkiem nie zapierdolił palenia. Bez względu na to czy to była prawda czy nie, bardzo naraziłbym się samym oskarżeniem. Postanowiłem mu powiedzieć, że jak palenie znajdzie członek mojej rodziny mogę mieć naprawdę przepierdolone. Miałem nadzieje że jeśli ukradł ten worek to okaże litość i chociaż się przyzna. Efekt był dla mnie mało satysfakcjonujący, kumpel-dealer zaczął pomagać trochę szukać. Sam postanowiłem kontynuować poszukiwania po uświadomieniu sobie, że do powrotu rodziny pozostało zaledwie 19 godzin. Tym samym zacząłem sobie wyobrażać jak po powrocie jeden z domowników odnajduje tajemnicza foliową torebkę. Miałem przed oczami cała awanturę, moja matka szlochająca, obok mój ojciec, zawiedziony, zrezygnowany, patrzący na siedzącą na przeciwko moją osobę. Potem widzę scenę wprowadzania mnie do centrum odwykowego dla narkomanów, prowadzi mnie pielęgniarz, tuż za mną rodzice. Odwracam się zaraz przed wejściem do budynku i widzę mojego ojca pocieszającego matkę potem najbliższa rodzinę (płacz i przerażenie) w oddali widzę najbliższych znajomych, nauczycieli, sąsiadów, znajomych moich rodziców. Wstyd. Jeszcze nigdy nie czułem się tak okropnie, niestety to dopiero początek.





Około godziny 20:00.


Słyszę dzwonek. Pod furtką stoi kumpel z którym się umówiłem. No tak, jest 20:00 - spojrzałem na zegarek. Opowiedziałem mu wszystko i poprosiłem o pomoc w poszukiwaniach. Ponieważ poszukiwania od dwóch godzin nie przynosiły żadnych efektów, pomyślałem, że teraz w trójkę możemy przeszukać cały dom a przynajmniej jego najbardziej używaną część. Kumpel-dealer dostał w przydziale pokój gdzie jaraliśmy gdyż on i tak słabo szukał a tamto pomieszczenie było już kilka razy sprawdzane. Niestety on zrozumiał to inaczej. Co prawda nic nie mówił ale potem uświadomił mi to kumpel, mówiąc że dealer prawdopodobnie odebrał to za \'przymusowe odnalezienie\' towaru. Chodziło o to, że niby ja mu daje szanse do "odnalezienia" (podrzucenia) towaru bo kiedy "się znajdzie" dealer będzie oczyszczony z zarzutów. Eh, mam nadzieje że coś z tego rozumiecie. Dla mnie to był szczyt debilizmu ale cóż poradzić. Z kolejną godzina bezsensownych poszukiwań atmosfera była coraz bardziej napięta. Postanowiłem więc pozbyć sie dealera (już nie kumpel-dealer, bo przez te kretyńskie domysły sam nie wiedziałem w co wierze). Dealera nie ma, z kumplem szukamy dalej. Po około trzech godzinach bezowocnego przeczesywania zakamarków całej chaty (szukaliśmy nawet w miejscach do których nie zaglądałem od kilku miesięcy!), odczułem ogromne zmęczenie. Powoli traciłem siły na choćby ustanie na nogach. Odprawiłem kolegę i położyłem się spać w nadziei, że jutro w świetle dziennym i z trzeźwym umysłem na pewno znajdę wór. Jednak mimo wielkiego wyczerpania, z nerwów nie mogłem zasnąć. Chociaż od ściągnięcia butli minęło ok. 4 godzin, mnie wciąż prześladowały najgorsze myśli. W końcu ok godz. 22:00 zasnąłem.





Godzina 02:00


Obudziłem się z najgorszego koszmaru jaki pamiętam. W ów śnie znalazłem się na oddziale odwykowym, gdzie warunki przypominały te z więzień o absurdalnie zaostrzonym rygorze. Szczeg?? nie pamiętam, prawdopodobnie przez szok. Poszedłem zrobić sobie herbatę. Wlewając wodę do czajnika zauważyłem ze cały się trzęsę (nie z zimna ;P). Uspokoiłem się trochę oczekując na zagotowanie. Zacząłem zastanawiać się nad ubiegłym wieczorem, po kolei przypominając sobie fakty. Stanąłem na tym, że mimo iż nie pamiętam samego wsadzania worka do kieszeni byłem w 75% pewien że to zrobiłem. Po raz 1000 w ostatnich 8 godzinach wsadziłem rękę do kieszeni by sprawdzić czy "przypadkiem nie ma tam ganji". Oczywiście kieszeń była znajomo pusta. Wyciągając rękę doznałem olśnienia. Otóż stwierdziłem że worek mógł przypadkowo wylecieć kiedy z kieszeni wyciągałem klucze przy bramce. Panika ustała, faza opadła i proszę znów mogę logicznie rozumować - pomyślałem. Jednak nie na tyle by znaleźć latarkę, zresztą kiedy jest potrzebna nigdy jej nie ma. Choć próbowałem, odnalezienie w ciemnościach woreczka było niemożliwe. Postanowiłem spokojnie przespać się do rana, kiedy to przy świetle dziennym wszystko się wyjaśni.





Godzina 05:30


Znowu obudził mnie koszmar. Mimo, że nie był tak wkręcający jak poprzedni przestraszyłem się jego treści. Widziałem w nim mojego psa, wtedy jeszcze szczeniaka, który bierze w pysk nieznajomy mu przedmiot i zakopuje gdzieś w ogródku. Zgroza! Coś takiego jak najbardziej mogło się przytrafić. Szybko się zerwałem i udałem pod furtkę przed moim domem. Po drodze pomyślałem, że jak tam worka nie znajdę to już nigdy go nie odnajde. I oto JEST! Dzięki Bogu. Leży, samotnie i niepozornie. Mimo końca kłopotów chodziłem roztrzęsiony jeszcze do południa.





Jak widać wszystko skończyło się dobrze (no może poza tym że mam nie miłe wspomnienia). Z tego samego worka jaralem jeszcze tego samego dnia, i nie zauważyłem u siebie szczególnych urazów do trawy. Zastanawia mnie jednak co by było gdybym tego zioła nie odnalazł. Gdyby leżało sobie potem jeszcze przez parę miesięcy w jakimś zakamarku. Wiedząc że gdzieś ten worek leży i prędzej czy później ktoś go znajdzie, chyba bym w końcu zwariował.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media