Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

największy bad trip starego kwasiarza.

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Karton.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Samotna wyprawa.
Wiek:
27 lat
Doświadczenie:
Gandziuszka, amfetamina, MDMA, Szałwia Wieszcza, kwasy

największy bad trip starego kwasiarza.

Witam. To opowiadanie opisuje historię, która mogłaby się zdarzyć, ale zapewne jest tylko fikcją literacką;-)

Byłem już dosyć doświadczonym triperem. Miałem na koncie już kilka samotnych wypraw (jedną na pewno opiszę), więc nie spodziewałem się tego, co miało nastąpić. Posiadałem akurat babe na rowerze, czyli klasycznego Hofmana. Planowałem wyruszyć w nieznane w sobotę kolejny raz tego kończącego się lata. Wstałem więc rano koło 8:00, spojrzałem za okno i przywitała mnie piękna pogoda, więc po śniadanku i spakowaniu niezbędnika, wsiadłem na rower. Zawitałem do sklepu po jeszcze jedną wodę i ruszyłem przed siebie już z kartonem w gębie. Czułem jego moc - nie był bezsmakowy, ale cierpki. Jechałem ulicą pomiędzy domami. Wyostrzyły się już kontury, więc zacząłem się rozglądać nad jakimś zjazdem do lasu, lub na jakąś polankę. Niestety obrałem akurat taki kierunek, gdzie nie było zbytnio takich możliwości. Nawet, jak trafiało się jakieś miejsce, to zaśmiecone, pełne chwastów itd. Niezbyt przyjemna okolica. Po takim rekonesansie postanowiłem wrócić się nieco, na znany mi i szanowany gaj dębowy, z jednym drzewem, które jest dla mnie swoistym bohdi. W tym czasie moc papierka czekała tylko, aż usiądę, bo od dwóch godzin nie mogłem znaleźć dla siebie miejsca. Dotarłem.

Usiadłem pod tym "moim" dębem, który to jest ojcem całego gaju. Nieraz tripowałem w tym miejscu. Zamknąłem oczy i zaczęły pojawiać się fraktale. Jednak coś było nie tak. Poczułem, jakbym pod powiekami miał dodatkową błonę. To była gadzia "trzecia powieka". Przeląkłem się tego, więc otworzyłem oczy, jednak nie przyniosło mi to ulgi, a wręcz przeciwnie. Nie mogłem dostrzec nieba. W miejscu, gdzie powinno być, znajdowała się jakać dziwna, szaropodobna pustka. Wyglądało na to, że niebo jest tak daleko, że po prostu nie mogę go ujrzeć. Zobaczyłem, że siedzę pod jakimś dziwnym kątem. Ale ja siedziałem normalnie, to grawitacja wykrzywiła ziemię. Wstalem i napiłem się, już nieźle przestraszony, wody. Butelka wypadła mi z ręki i zamiast spaść sobie na dół, poleciała 6 metrów do przodu, po czym dopiero upadła. W tym momencie byłem już na skraju przepaści. Grawitacja ciągnęła mnie do przodu. Było tak, jakby podłoże było ścianą, a nie było niczego, co mógłbym potraktować, jako podłoże. Usiadłem i kurczowo trzymałem się kępek trawy, by nie polecieć w otchłań. Moje przerażenie rosło, bo i siła, która pchała mnie w przód była coraz większa.. Zadzwonił telefon. To O. chciał się spytać co tam, jak tam. Powiedziałem mu, że jest moc, że znajduję się nad przepaścią, ale w taki sposób, że jest luz (no bo w końcu ja, człowiek z żelazną psychiką miałbym przyznać, że jest za grubo? I to po jednym kartonie, gdzie czasami wrzucałem dwa i szedłem sam do lasu...). On się uśmiechnął i skończyliśmy rozmowę. Po chwili jednak oddzwoniłem, co nie było takie łatwe, bo telefon był taki malutki i tak daleko ode mnie, a ja tą cholernie długą ręką musiałem go obsłużyć, drugą nadal trzymając się z całych sił trawy by nie spaść do przodu (a przede mną blisko pół kilometra pola, więc nic, na czym mógłbym się zatrzymać). "O. przyjedź tu i porozmawiaj ze mną"- błagalnym głosem wydusiłem z siebie. Jako, że O. to mój brat, pożegnał kumpla, u którego siedział, żeby ratować strzępki mojej psychiki.

Grawitacja wtedy "znormalniała" i mogłem przestać się zapierać i puścić wymiętą trawę. Wstałem. Wszystko się fraktalizowało. Patrzyłem na Ziemię, która była moim mózgiem, a po którym tak nerwowo chodziłem. Deptałem go. Chciałem się pomodlić, ale wiedziałem, że nie ma to sensu. Sam sobie to zrobilem i musiałem się jakoś z tego wygrzebać. Czułem, że cofam się w rozwoju i to z zatrważającą prędkością, aż do mojego gadziego jestestwa. Sądziłem, że odrodzę się jako dziki zwierz (jaszczurka?) i będę musiał kolejny raz przechodzić całą drogę ewolucyjną, nim stanę sie znowu człowiekiem. W tamtej chwili, gdyby ktoś mi powiedział, że jak utnę głowę, to się to skończy, że to cofanie się zatrzyma, to sam wsadziłbym łeb pod topór. Znowu zadzwoniłem do O. "No gdzie Ty jesteś? Ja już nie wyrabiam i się cofam w rozwoju" - starałem się go ponaglić, ale jechał tramwajem, a od przystanku do tej miejscówki szedłby ze 45 minut. Później O. powiedział mi, że po tym telefonie zaczął widzieć kwasowo. Rozdygotany, całkiem rozbity wsiadłem na rower i pojechałem mu naprzeciw. Przez łzy, które rzewnie wypływały z mych przerażonych oczu prawie nie widziałem drogi. Cud, że przejeżdżając przez ulicę, skądinąd ruchliwą, nie uderzyło we mnie żadne auto. Minąłem jakąś kobietę, którą przeraził mój stan. W końcu spotkałem brata.

Na przywitanie wyleciały ze mnie i wleciały w O. takie czerwono-czarne, uporządkowane regularnie kuleczki. Co ciekawe, całkowicie trzeźwy O. widzial te kropeczki, ale tylko jako czarne. Zabrał mi sporo tripa. Opowiadałem mu co się stało, a on, śmiejąc się z tego bardzo mi pomagał. Poszliśmy do tego gaju, w którym to doświadczyłem tego piekła. Mimo wszystko nie mogłem się jeszcze do kupy pozbierać. Spojrzałem w niebo (wreszcie mogłem je dostrzec, choć nadal było jakby wyblakłe). Latało po nim stado ptaków, które pływało w powietrzu, niczym ławica ryb, układając się w postać zwrotnej, trójwymiarowej ryby. Były to chyba kawki. Gdy usiadły na liniach wysokiego napięcia poczułem, że są elektryczne. Jakby były prądem. Przechodząc pod kablami poczułem płynącą w nich energię, a wszelkie zanieczyszczenia na oczach (razem z żyjątkami) po prostu spływały pod jej wpływem. Przechodziliśmy obok ronda, które widziałem z dwóch stron, jakbym otaczał je wzrokiem.

Gdy znaleźliśmy się w gaju spojrzałem na podeptane przeze mnie grzyby i w ogóle wydeptane kółko w ziemii. O. wykorzystywał tripa, którego ode mnie dostał. Zastanawialiśmy się jak to możliwe, że przesłałem mu kwasowy stan. Było już ze mną lepiej. Wybraliśmy się do lasu poszukać grzybów. Znaleźliśmy pelno fioletowych, jak to O. określił, najhalucynniejszych (później starał się je znaleźć w taksonach, ale bezskutecznie).

Dużo rozmawialiśmy, a O. spuentował to ulubionym, wtedy swoim słowem: Nadinterpretacja. Był to zdecydowanie największy bad trip w całej mojej niemałej karierze psychonauty. Pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż był to czas wielkich zmian w moim życiu. Odeszła ode mnie dziewczyna, rozpadł się mój skład muzyczny, a większość znajomych odwróciła się ode mnie plecami. Odbijałem sobie ten stan rzeczy papierkami. Nie sądziłem, że sam ze sobą mogę się pogrążyć w takim dołku (zawsze byłem typem samotnika i świetnie się czułem we własnym towarzystwie). Upadłem. Jednak pewien człowiek, którego z dumą mogę nazwać swoim przyjacielem (jest wielką postacią muzyczną) wyciągnął do mnie rękę. (Nie mówię o O.) Efekt? Zrobiłem renament w swoim życiu. Całkowicie zmieniłem towarzystwo (dzisiaj znam praktycznie tylko artystów), nauczyłem się radzić sobie z wampirami energetycznymi, zacząłem dawać siebie innym, zmieniłem styl muzyczny i staram się rozwijać. Wyrzuciłem prawie wszystkie rzeczy (mam tylko ciuchy i kamienie [1/3 kolekcji rozdałem]), nawet z komputera zrezygnowałem, bo kradł mój czas. Zaakceptowałem swoją gadzią naturę. Po pracy, jak nie tworzę, to wyciszam się wśród drzew (zwłaszcza tego dębu), chociaż czasami jeszcze sobie folguję. Ale... napiszę tu kiedyś może całą retrospekcję. Pozdro!

Ocena: 

Odpowiedzi

Zapomniałem dodać, że gdy wróciliśmy na osiedle (zabierając ze sobą fioletowego grzybka, przypominającego kształtem nieco tornado), to pewna dziewczynka idąca z matką, wybiegła przede mnie krzycząc: "prosze pana, prosze pana! Cień!" Matka uśmiechnęła się przepraszająco, sądząc, że jej wesoła córeczka ma zbyt bujną wyobraźnie, tymczasem ja odparłem: "wiem, widzę", bo i faktycznie zauważyłem jakiś kwadrans wcześniej, że podąża za mną czarny, duży cień (przyczepił się do mnie jakiś byt). W ogóle dzieci wszystko widzą, tylko "dorosłym" się wydaje, że pewne rzeczy nie istnieją, bo ich racjonalny umysł odrzuca świat metafizyczny. 

Lubię takie duże emocje i jeszcze dreszczyk metafizycznych "niemożliwości" zwanch potocznie zjawiskami nadprzyrodzonymi. 

 

Nie raz taka sytuacja się zdarzała i u mnie, dlatego jestem zdania, że jesteśmy czymś więcej niż mięsem. Przykładowo mój trzeźwy kompan podłapał moje dwa haluny dotykowe jak byłem na mirystycynie. A przygody we dwójkę z DXM- kosmos, dwoje ludzi niemal zagląda sobie do głowy i wszystko się synchronizuje, rozumiemy świat na ten sam sposób. I normalnie jeden drugiemu przesyła plusy swojej fazy, zatrwcając się w bezgranicznym tańcu jedności.  Nie raz też przewidywałem przyszłość w snach i kilka razy miałem styczność z jakimś bytem (na trzeźwo oczywiście). No więc w pełni rozumiem jak to jest żyć w świecie, gdzie sporą część ludzi potrafi jedynie parsknąć śmiechem, bo istnienie czegoś "dalej" jest dla nich zbyt niepojęte. Ale wiesz, kiedyś też nie wierzono w pojazdy bez konia, w podróże na Księżyc, czy czarne dziury ;) Świat leci do przodu, trzymajcie się! (może trawy ^^- swoją drogą fajny kontakt z żywiołem ziemi)

 

Pozdrawiam :D

Jedność, o której piszesz też nieraz przeżywałem. Miewałem kwasowe tripy z bratem, podczas których parę godzin wpatrywaliśmy się sobie w oczy, aż po prostu widziałem w nim siebie, a on siebie we mnie (po drodze przeglądając inne kosmiczne rasy). Co do samych metafizycznych bytów, widziałem kiedyś przykładowo demona, który ciągnął człowieka po krzakach za pomocą alkoholu. Co do snów proroczych, to już w ogóle jest bania. Niestety nie da się ich wywołać za pomocą żadnej techniki, w przeciwieństwie do świadomego śnienia. Tu nawet pokuszę się o króciutką systematykę snów: 

* sen zwykły -podświadomy- (przerabiamy każdy! miniony dzień za pomocą pragnień i obaw)

* sen półświadomy (orientujemy się, że jesteśmy we snie, ale nie zmieniamy przebiegu, a gdy sen nam się nie podoba, to urywamy go i przechodzimy za pomocą "bramy" do innego)

* sen świadomy (uzyskiwany samoczynnie, lub za pomocą którejś z dziesiątek technik. Całkowity wpływ na sen tj. tło snu, sytuacje, zachowanie awatara, wpływ na inne postacie - czysta kreacja snu) Ten rodzaj śnienia powoduje jednak, że nie przerabiamy minionego dnia, co może skutkować przy częstym "używaniu" osłabieniem, czy brakiem koncentracji, czy gorszym samopoczuciem, gdyż mózg nie wypoczywa w pełni. Zasypiając "normalnie" po tygodniu praktyk przerabiamy najpierw cały poprzedni tydzień i zanim dojdziemy do dnia bieżącego, to minie kilka nocek. Śpimy dłużej.

* sen proroczy -nadświadomy- (Nie wywoływalny. Niektórzy przez całe życie nie mają ani jednego. Informuje nas o niebezpieczeństwie, lub pomaga podjąć bardzo ważną decyzję życiową. Pomaga przerobić karmę. Unikalny. O sny prorocze możemy prosić, pytając naszego umysłu o najważniejsze rzeczy w ciągu całego dnia, jednak nie od nas zależy, czy się pojawią.) 

 

Ciekawy jest świat po drugiej stronie lustra, oj ciekawy.. 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media