Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

lsd w krysztale.

lsd w krysztale.

Witam. Nie przypuszczałem, że z tego wydarzenia będzie się dało zrobić TR, ale to co się stało przerosło moje oczekiwania. Pomijając oczywisty fakt, że cała historia zapewne nigdy się nie wydarzyła, zacząć powinienem od wyjaśnienia kontekstu kolei rzeczy. Wszystko działo się w innym wymiarze, więc nie wiadomo, czy milion lat temu, czy wczoraj.

Piękna zima była tej wiosny. Na wielkanoc spadł śnieg i połamał wiele drzew. Trwała szara, pochmurna majówka.

Minęły ze dwa miesiące od ostatniej podróży i traciłem powoli nadzieję na odkrętkę, gdyż wielu ludzi oferowało pomoc, jednak na deklaracjach się kończyło. Miałem dosyć dużo czasu - mało pracowałem. Poza muzyką, z braku laku czas wypełniało mi świadome śnienie. Pewnego dnia, mimo ogaru, że jestem we śnie, nie do końca mogłem go kontrolować (co mi się cholernie rzadko zdarza). Nie miałem wpływu na tło snu i kluczowe wydarzenia. Przyśniło mi się, że znalazłem olbrzymi kryształ LSD wraz z kilkoma mniejszymi. Był on prawie wielkości jajka, więc wystarczyłby na tysiące podróży. Opowiedziałem o śnie kilku ludziom.

Dwa dni później znajomy grał w najlepszym klubie w moim mieście, a na którymś z jam session obiecałem mu swoją obecność. Pojechałem do ziomka z bratem i jeszcze jednym kolegą zrobić podkład pod zabawę, gdyż organizował małą bibkę i nagle oddzwonił do Orfeusza nieosiągalny dzisiaj Ildefons. Powiedział, że przywiózł papiery. Zmiana planów była natychmiastowa. Umówiliśmy się z Ildefonsem na gralni, a z Orfeuszem, że dzisiaj lajtowo połóweczkę zarzucimy, bo noc i było pite i palone wcześniej i w ogóle, że dzisiaj tylko pół kartona. Jakby na gralni był Krzesimir, to też z nami zarzuci. Na gralnie dotarliśmy chwilę przed 23:00 i zastaliśmy tam Krzesimira, Nietubyła i Dionizego. Zaraz po nas przyszedł Ildefons.

Uwaga oczywiście skupiła się na papierkach, zwanych Jezuskami. Wypełniały je jakieś fragmenty fraktali, co ciekawe z dwóch stron. Ildefons mówi, że to LSD w krysztale. Wszyscy zaczęli chwalić moje oneironautyczne zdolności, bo przecież opowiadałem im swój sen dnia przedwczorajszego. Stwierdzili, że wyśniłem rzeczywistość. Przyglądałem się kartonom, próbując namierzyć substancję (robiłem to strasznie nieudolnie - dwa razy upadły mi na podłogę, aż sam zacząłem się z siebie śmiać). Generalnie potrafię odróżnić LSD od n-bomb, czy innych DOB-ów po samej strukturze substancji na rewersie obrazka. Tym razem nic nie widziałem. Może dlatego, że tu rewers też miał obrazek? Nie wiem... chyba nie... Kartony były grube i cholernie ciężko je było przeciąć na pół (tępymi scyzorykowymi nożyczkami). Ildefons usłyszawszy, że Krzesimir zarzuca, namówił się też, pomimo zmęczenia.

Bezsmakowe kartoniki już się rozpuściły, gdy zaproponowałem, żeby czekając na efekty, trochę sobie pograć. Zaczęliśmy muzykowanie. Śpiewało mi się dziwnie i miałem wrażenie, że mam źle ustawiony mikrofon. Zdecydowanie za dużo wysokich tonów (a przecież zawsze mam takie samo ustawienie mike'a). No nic to. Zbyt długo i tak nie pograliśmy. Była północ. Na moment przyszedł Antoni. Zaproponowałem mu podróż, ale na dzisiaj odmówił. Ustawiłem się z nim na najbliższy możliwy termin. Ktoś, nie pamiętam kto (być może nawet ja) zaproponował, żeby wyjść na dwór. Dionizy i tak chciał iść do domu, bo praca rano, więc zasugerował, by go odprowadzić. Ildefons dopowiedział, że przez las i zapadła decyzja (pomimo, że Dionizy musiał nadłożyć drogi). Jeszcze tylko skręciłem dwa blanty, co biorąc pod uwagę nadspodziewany i nadal rosnący poziom zakwaszenia było niezłym wyczynem.

Zaraz po wyjściu przywitała nas straż pożarna, która stała bezgłośnie przy śmietniku i migotała niebieskim kogutem. Scena była taka, że, jak to stwierdził Krzesimir brakowało tylko człowieka z megafonem mówiącego, żebyśmy wyszli z rękoma w górze, bo jesteśmy otoczeni. Jeszcze kręcąc lolki strasznie rozbolała mnie wątroba. Powodem tego bólu był Orfeusz, będący po kolejnym wyniszczającym ciągu amfetaminowym. Gdy wyszliśmy Orfeusz nalegał, by wrócić się po kurtkę. Otworzyłem mu więc, a on zabrał odzienie. Nie omieszkałem mu wypomnieć, zaraz po opuszczeniu gralni, że wszedł mi na wątrobę. Wygrażałem, że ostatni raz to jego gówno katalizuję, a on przeprosił i obiecał kolejny raz porzucić tego białego skurwiela. Idąc zahaczyłem wzrokiem o kwitnące drzewka z pościnanymi koronami (powodem był śnieg, pod ciężarem którego drzewa łamały się, jak zapałki). Zatrzymałem się na chwilę i powąchałem kwiaty wprost z gałęzi. Ich zapach wirował w mojej głowie i był tak piękny i przyjemny, że gdyby towarzysze mnie nie zawołali, to pewnie pół tripa bym tam spędził. Na pożegnanie dotknąłem jednej z gałązek, a drzewko powiedziało mi, jak strasznie bolało, gdy ludzie wycinali koronę. Jednocześnie wyrażało wdzięczność za tę operację, gdyż świadome było, że to dla jej dobra. Jej, ponieważ była to samiczka drzewka (wiśni). Ruszyliśmy dalej. Ildefonsa dopadł słowotok. Mówił, że cośtam jest nie tak, bo coś tam coś i coś (Orfeusz stwierdził dużo później, bardzo trafnie, że próbuje on transcedencję na zwykły, człowieczy [ziemski] sposób zrozumieć). Nie wiem, czy ktoś go w tym momencie słuchał, ale kiedy tak mówił, że cośtam coś, to zerknąwszy na trawę powiedziałem: - a trawa taka taka. I wszyscy: - no taka. - taka taka. W głowie panowała wspaniała jasność, pomimo nocy na zewnątrz. Kolorowe fraktale były bardzo wyraziste. Zbliżaliśmy się do mostka nad drogą. Podszedłem do Krzesimira, który wyglądał, jakby szedł przez góry przygotowany na każdą ewentualność. Powiedziałem mu to. Na mostku widok zapierał dech w piersi. Idealnie równiótka droga, oświetlona idealnie prostym rzędem latarni tworzyła we mgle wrażenie tunelu, czy lotniska. Cała gra swiateł, które rozkładały się falbanami po prościutkim asfalcie była tak złożona, że po prostu rozdziawiliśmy gęby. Dionizy, który podobnie, jak Nietubył szedł z nami, mimo nie wrzucania kwasiwa słusznie zauważył, że podziwiamy dzieło człowieka. Faktycznie bowiem, jeszcze kilka lat temu rósł tu las, w którym to nieraz urządzaliśmy ogniska pod brzózką. Tu było idealne miejsce na blanty. Wyciągnąłem je więc z kieszeni i spaliliśmy je zanim zdążyłem się obejrzeć. Schodząc z mostka znów podszedłem do Krzesimira i pochwaliłem jego przygotowanie do tripa. On na to odparł, że ma deja vu, dając mi do zrozumienia, że już mu to przecież powiedziałem.

Podążaliśmy dalej, przy czym co chwilę się zatrzymywałem, żeby się czemuś przyjrzeć, jak np. pod tunelem, gdy podziwiałem sztukę graffiti. Trochę spowalniałem tym naszą grupę. Ildofons stwierdził, że musimy iść, żeby zobaczyć. Orfeusz powiedział, że przecież wszystko widać, ale idźmy. W międzyczasie stwierdziłem, że już nigdy nie pójdę na tripa głodny. Pustka w żołądku przeszkadzała w pełni cieszyć się tripem (tego dnia zjadłem tylko śniadanio-obiad).

Weszliśmy w las. Stanąłem w delikatnym rozkroku, uniosłem ręce do góry i rozcapirzyłem palce. Dionizy ździwiony spytał co robię, na co odparłem, że proszę las o przychylność. Usłyszałem podśmiechówki, więc wyjaśniłem, że grasują teraz pająki i inne takie, więc lepiej dla nas, żeby las był przychylny. Pomimo tego, że chłopaki się ze mną zgodzili, Dionizy stał obok mnie i gadał mi do ucha jakieś ziemskie pierdoły. Nie pozwolił mi na połączenie z lasem. Echh.. wzdechnąłem w duchu i ruszyliśmy wgłąb. Była czarna noc, ale jak to po kwasiku dla nas była jasna. Jasna i migotliwa, ponieważ, jak zawsze na nocnym tripie na dworze towarzyszył mi efekt jarzeniówki. Nazywam tak właśnie migotanie przy otwartych oczach jasności obrazu. (Przypomina to nieco migotanie w głowie przy zamkniętych oczach po spaleniu mocnego tytoniu) - cytując Lecha Janerkę (fiu fiu - Leon): "...wszystko jest giga, choć troche miga świat...". Wszędzie wszystko składało się z różnej formy "siatek" nałożonych na obraz czarnego lasu. Przypominało mi to pajęcze sieci, choć nie miało takiej struktury. Ściółka leśna z głębokiej czerni ukazywała co bielsze liście ułożone w piękne równomierne wzory. Znam ten las doskonale, więc chciałem zabrać ludzi do saren, ale chłopaki myśleli chyba, że będą musieli się przedzierać przez haszcze, więc nie chcieli podążyć za mną na starą strzelnicę w sektor zwierzęcych ścieżek krętych wśród drzew bluszczem porośniętych. Wracając do nich musiałem zejść z niewielkiej górki. Zaczepiłem o leżący patyk i przewróciłem się. Odebrałem to, jako sygnał od lasu - Zwolnij! Rozejrzyj się! Poczuj. Cała grupa szła, a ja co chwile starałem się wszystko spowalniać. Orfeusz i Krzesimir dotrzymywali mi na zmianę towarzystwa. W końcu minąwszy pewną fajną polankę, przy pewnym wystającym korzeniu (w którym kiedyś na samotnym tripie obserwowałem płynące życie) zatrzymaliśmy się z Orfeuszem. Reszta ekipy poszła do przodu jakieś 50 metrów. Brat pytał mnie co się dzieje. - Jak to? - Odparłem nie do końca rozumiejąc pytanie. Orfeusz spytał jeszcze raz tym razem wskazując na chłopaków, którzy coraz głośniej nas wołali. Zwłaszcza Dionizy, który w pewnym momencie zaczął na nas gwizdać, jak na psa. Wiadomo, że nie miał złych intencji, no ale jednak. Gdy wyciągnął latarkę i wołając nas, i gwiżdżąc, świecił po drodze i drzewach, czułem, że coś we mnie rośnie. Gdy w końcu jakiś przestraszony ptak odleciał obudzony, nie wytrzymałem. Podszedłem bardzo spokojnie do Dionizego i powiedziałem cicho, ale bardzo stanowczo: - Co Ty odpierdalasz? Czemu straszysz zwierzęta w lesie? Czemu świecisz tą latarką, krzyczysz w lesie i gwiżdżesz w nocy? Nawet nie wiem co odpowiedział. Wiem, że chciał iść dalej. Ja stwierdziłem, że idę do lasu. Dionizy uśmiechnął się w geście niezrozumienia z zabarwieniem humorystycznym, popatrzył na mnie i spytał: - czyli gdzie? - rozejrzał się wśród drzew. Wskazałem mu miejsce, gdzie przed chwilą stałem z Orfeuszem- Tam. - odrzekłem. Wątpie, by zrozumiał, że chodziło mi o stan umysłu i wyciszenie. Zrobiło się małe zamieszanie, kto idzie, kto zostaje i wyszło na to, że Ildefons poszedł z dwoma trzeźwymi: Dionizym i Nietubyłem, a ze mną zostali Krzesimir i Orfeusz.

Kiedy się pożegnaliśmy podszedłem do tego wystającego korzenia, kucnąłem i dotknąłem go ręką. Poczułem, że jest bardzo wilgotny. Wszędzie rozszedł się zapach grzybów, a gdy spojrzałem w Ziemię, to jak na dłoni ujrzałem system korzeni jakieś 30 metrów wgłąb! Aż wzdrygłem się przed tą potęgą, a Drzewo kazało mi już wstać z kucka. Spojrzałem na nie. Dopiero teraz, mimo iż znam to Drzewo i widziałem starość Jego korzeni, zrozumiałem, że jest jednym z najstarszych w lesie. Dotknąłem wilgotnej aż do serca pnia kory. Moją głowę zalały obrazy i informacje na temat historii lasu. Moje niesamowicie wyczulone i wystające linie papilarne smugały delikatnie chropowatą, mokrą skórę Drzewa, a każdy najminimalniejszy ruch moich palcy powodował intensyfikacje obrazów i przekazywanej mi wiedzy. Czytałem to Drzewo, jak wielką księgę, połykając setki stron na sekundę. Zrodziła się między nami wieczna więź. Dziękowałem tej przepotężnej istocie (bo drzewa to znacznie potężniejsze i mądrzejsze istoty, aniżeli my - dumni z własnej pychy ludzie) za obdarowanie mnie wiedzą i uznanie godnym poznania historii tego lasu. Zawołałem chłopaków, by też tego doświadczyli. Niestety Orfeusz miał chwilowy nieogar i przycupnął gdzieś, a Krzesimir podszedł, dotknął korzenia, a później Drzewa, ale nie poczuł nic więcej poza wilgocią i grzybem.

Zdałem sobie sprawę, że w czasie całego tripu bardzo mało rozmawialiśmy. W zasadzie każdy tego tripa przeżywał gdzieś sam. Dziwne. Usiedliśmy niedaleko, zamknąłem oczy i doświadczyłem najpiękniejszych fraktali w tym życiu. Były jakby kwadratowe. Teraz dopiero poznałem, że to rzeczywiście kryształ LSD. Sól, a nie roztwór. We fraktalach najlepiej to było widać. Generalnie zbieram kamienie szlachetne i doskonale wiem, jak przelatuje przez kryształ światło. Fraktale, które widziałem były właśnie takim światłem, tyle, że widzianym z wnętrza kryształu. To było tak piękne i tak cudowne, że co tu dużo gadać... słowa te brzmią za słabo, by oddać to, co powinny. Tęcza tego białego światła wynurzała co chwilę nowe kolory, które przepływały z dosyć dużą, jak na kwasa prędkością. Badaliśmy kosmos. Poczułem całkowite i absolutne zjednoczenie ze źródłem. Nie żaden kwiat życia, a totalne bycie tam. Bycie... Orfeusz w międzyczasie potwierdzał, że jest przepięknie. Kiedy otwierając oczy spojrzałem na jeszcze nie w pełni upierzone listkami drzewa, to wydały mi się delikatne i mięciutkie, niczym kwitnące źdźbła polnej trawy. Uczucie lekkości potęgowało lot po kosmosie. Po pewnym czasie Orfeusz powiedział, że teraz to nie wiadomo, jak wrócić. Odparłem na to, że wiadomo, bo przecież jesteśmy w naszym lasku. On na to odrzekł: chyba Ty. Zaczęliśmy się śmiać, a Krzesimir stwierdził, że droga sama się znajdzie. Trochę było mi żal, że nie ma Słońca, bo choć noc dla nas była jasna, jak dzień, to pozbawiona kolorów. Oczywiście wewnętrznie barw były miliardy, czy ile ich tam może tylko być. Gdy spojrzałem na twarze moich towarzyszy, to cały czas zmieniały swe kosmickie oblicza. Krzesimir skręcił dwa szlugi w powietrzu, niemalże jedną ręką. Długo jeszcze zwiedzaliśmy zaświaty, zanim fizycznie ruszyliśmy dalej. Mieliśmy poczekać na wschód Słońca, ale nie mieliśmy gandy przy sobie (została na gralni), a koniecznie trzeba było dopalić (przynajmniej ja - gańdziuszkowy dziadek, tak twierdziłem), więc zrywami - idziemy - zostajemy - idziemy itd. opuściliśmy las. Na gralni zostało jeszcze piwo i woda, i trochę suchych paluszków. W międzyczasie naszły mnie wyrzuty sumienia, że zrobiłem zjebkę Dionizemu, ale Krzesimir twierdził, że niepotrzebnie się oram, bo dobrze wszystko wyszło.

Dotarliśmy do naszego pomieszczenia chyba po 5:00. W każdym razie listki roślin mieniły się niezliczoną liczbą, jeszcze niecałkowicie nasyconych odcieni zieleni. Po buchach i małej szamce rozpoczęliśmy pływanie. Ja z Orfeuszem, jak to mamy w zwyczaju, wpatrując się w siebie zaczęliśmy bujać pomieszczeniem i zmieniać jego tekstury. Zaintrygowany Krzesimir do nas dołączył i po chwili pływaliśmy w trójkę, a każdy patrzył na oczy obydwu pozostałych towarzyszy jednocześnie! Oczy to nam latały we wszystkie strony. Poszliśmy zapalić nieco tytoniu. Spytałem się Krzesimira czy przypomniał już sobie coś z poprzednich wcieleń, ale nie... chłopak miał za dużo wrażeń na dziś. To w końcu jego drugi trip. Jednak widzę w nim psychonautę o niesamowitych możliwościach. Cechuje go spokój Buddy. Jest zresztą pierwszym poznanym przeze mnie Niziołkiem. Ja i Orfeusz to stare gady. Spotykałem już transcendentalne Anioły, Diabły, Elfy, czy inne kosmity, ale Niziołka pierwszy raz. Miałem bardzo mocne, ponadczasowe myśli. Jedna mi się tak spodobała, że aż wyciągnąłem swój zeszyt rymów, by ją zapisać, ale niestety uleciała. Za chwile kolejna, równie genialna, uciekła po zapisaniu pierwszego słowa i zapisałem jakąś trywialną głupotę. Chłopaki spojrzeli na mnie wymownie, bym podzielił się tym, co napisałem. Przeczytałem im coś, co już w momencie wypowiadania było pozbawione głębszego sensu. Zdenerwowało mnie to. Zawsze, jak chce coś mądrego napisać na kwasie, to wychodzi kupa, bo gubię myśl w połowie drogi pisania. (Pora chyba stosować dyktafon). Napisałem więc: *Wszystko, co napisałem jest głupie. Najlepszych historii nie zapisałem*. Żal.pl i odłożyłem zeszyt. Po chwili Krzesimir zasnął, ja z Orfeuszem jeszcze z godzinkę popływaliśmy, po czym i on uderzył w kimę. Na gralnie przyniosłem kiedyś kilogramowy kryształ górski o wspaniałej, zjawiskowej i naprawdę wyjątkowej strukturze wewnętrznej. Teraz była świetna okazja, by mu się przyjrzeć. Niedawno go ładowałem (kryształy górskie to dosyć pospolite formy kwarcu o olbrzymiej mocy energetycznej, ochronnej. Nieczyszczone i nie ładowane/rozładowywane oddają negatywną energię i szkodzą zamiast pomagać, dlatego trzeba o nie dbać), więc był bardzo naenergetyzowany. Obracałem go we wszystkie strony, czytając, jak książkę. Utłuściłem go z lekka przy tym, więc poszedłem obmyć. Polewanie wodą z wizualizacją wodospadu przyniosło taki efekt, że widziałem kropelki wody wewnątrz kryształu, co rozpraszało pryzmatycznie światło. Zastanawiające, jak głęboko woda wnika w kryształ. Po jakiejś godzinie odłożyłem go i skręciłem fajkę. Wyszedłem na dwór ją skopcić. Było około 10:00, więc (pomimo, że schowane za gęstymi szarymi chmurami) Słońce nadało już piękne nasycenie zieleni i wspaniałe kontrasty między barwami. Sroka przegoniła gołębie, Kos uganiał się za potencjalną partnerką. Psy wyprowadzały ludzi na spacer. Niedziela. Ach jak pięknie - pomyślałem, ale zmęczenie było na tyle silne, że postanowiłem się przespać. Zszedłem na gralnie i podobnie do towarzyszy udałem się w objęcia Morfeusza. Nie nazwałbym tego snem, no ale coś tam odpocząłem przez dwie godzinki. Później pojechaliśmy na działkę do Antoniego, ale to już inna historia. Wieczorem zauważyłem kleszcza w moim brzuchu (dzięki Dionizy! Mówiłem, że trzeba las prosić o przychylność, to nie...) Sms do Orfeusza, żeby się obejrzał i szybka odpowiedź, że kleszcz w nodze. Mój pierwszy kleszcz od czasu, gdy miałem 7 lat :-/ Jak jestem przeciwnikiem zabijania wszelkiego życia, to ten delikwent trafił z mojej ręki na stos. Jak można kogoś tak bezczelnie doić? Hehe.

Reasumując. Do tej pory stawiałem LSD przy n-bombach itp. (Chociaż różnice były wyraźne - N-bome'y np. są intensywniejsze, lecz krótsze w działaniu), ale to co zrobiła połówka w krysztale zmiażdżyło mi system. Różnica soli do roztworu okazała się gigantyczna. Mówiono mi, że te papiery są dla wytrawnych koneserów, ale wkładałem to między bajki, bo często to słyszałem.
Skoro połówka działa mniej więcej, jak dwa na raz Barty, czy jeden Bolek i Lolek, albo Słoneczko, to nie mam pytań. :-):-):-)

Ocena: 

Odpowiedzi

Bardzo dokładnie opisany charakter tripów na LSD.

Ech... Chciałoby się, żeby taki TR miał większą wartość artystyczną, no ale jest, jak jest. Trzeba się rozwijać i dużo czytać, zwłaszcza, że w planach mam napisanie książki fantasy;-)

To tylko sen samoświadomości.

Niespecjalnie wciagajacy. Odpycha zwlaszcza poziom odklejenia. Rozpoznawanie substancji po strukturze na rewersie blottera? Hyhyhy. Pomijam reszte bo szkoda pisac. Przyklej sie spowrotem bo ci zaszkodzi.

Jeśli dużo jarasz, to wystarczy spojrzenie na gande, by wiedzieć, czy jest dobra, czy nie. Nie mówiąc o tym, że można poznać czy to sativa, czy indica, a nawet konkretny gatunek. Nie dziw się więc, że ktoś z trzycyfrową liczbą podróży rozpozna LSD po strukturze. Jego cząsteczki to małe białawe gwiazdeczki migające pod odpowiednim kątem (podobne do THC, tylko mniejsze i bardziej złożone [widziałeś kiedyś gwiazdeczki na szczotkach?]). Czasami barwi kartonik na szarobrązowy kolor. Biały "wystający" a'la żel na papierku, to N-bomba. Trzeba się tylko dobrze skupić i przeglądać, jak kamień. Ot taki mikroskop w oku.

To tylko sen samoświadomości.

Ja jarałem kilkanaście lat i to zioła dobre bo prosto z kofika i niejednokrotnie sprzęt wyglądał na zajebisty, a był o kant dupy i odwrotnie.

Trzycyfrowa liczba podróży? A to śmieszek z ciebie ^^ Gościu ty nawet nie wiesz ile mcg kwasa wrzucasz - określasz moc po obrazkach i chcesz mi wmówić, że widzisz cząsteczki LSD na blotterze? Jesteś odklejem i debilem, serio. Samiczka wiśni, ból wątroby przez to, że ktoś wali fetę hahaha. Prosiłeś las o przychylność, oni się śmieli - i ty zostałeś ukarany? :D Ciekawe ilu ze swoich znajomych pociągniesz za sobą w "ten świat".

Powtórzę, chociaż wiem, że to olejesz: jesteś odklejem i debilem. Miesza ci się w głowie od dragów.

Szczerze mówiąc jestem ciekawy jak bardzo się odkleisz zanim ogarniesz, że faktycznie się odkleiłeś.

Nie pozdrawiam

Ahhh no i LSD w krysztale to LSD w krysztale - needlepoint of LSD, malutki kryształ który wrzucasz a nie jakiś mistyczny kryształowy kwas hłe hłe

Podstawy biologii się kłaniają, jeśli nie wiesz, że drzewa rozmnażają się płciowo. Co do wątroby, to jeszcze nic. Jak zabiję stonogę, albo ślimaka (oczywiście niechcący), to czuję fizyczny ból. Taki rodzaj empatii. Czasami można nawet wypluć czyjąś chorobę, ale tego jeszcze długo nie zrozumiesz, jak sądzę i pewnie braknie Ci epitetów na moją osobę, hehe. Co do lasu, to nie udało mi się nawiązać odpowiedniego połączenia przez Dionizego, który zakłócał fale i pewnie przez nienależyty poziom koncetracji. Z resztą nie będę Ci tłumaczył imponderabilii... Nawiasem mówiąc śmieć coś, a śmiać się, to jednak olbrzymia różnica;-) 

 

Nie każdy coffeshop jest dobry, a jeśli myślałeś, że staff jest dobry, a okazał się "o kant dupy", to znaczy, że jednak nie umiesz rozpoznać dobrego grassu, co jest dziwne przy takim stażu jaracza, no ale nic to. 

 

LSD w soli (czyli krysztale) można wtłoczyć za pomocą prasy na papier, tak jak było właśnie w tym przypadku. Co do mocy - oczywiście, że mógłbym Ci napisać, że ten papier ma około 300 ug, więc połówka 150, ale wolę poczekać na oficjalne dane. 

 

Wzrok mam dobry (gorzej ze słuchem, co dla muzyka nie jest dobrą wiadomością), więc przy dobrej widoczności widzę np. księżyce galileuszowe gołym okiem.

 

Współczuję Ci z powodu Twoich problemów (kompleksów) i mam nadzieję, że szybko je rozwiążesz. Wszak żaden zdrowy człowiek nie stara się nikogo obrazać. Taka rada: walcz ze swoimi słabościami, a nie z ludźmi dookoła.  

Otwórz umysł, a zaczniesz widzieć. Pozdrawiam.

To tylko sen samoświadomości.

Fajnie, że twierdzisz że mam kompleksy i próbuję je rozwiązać poprzez obrażanie twojej osoby - to nie tak. Po prostu stwierdzam fakty. Może mi te kompleksy wypiszesz, bo ja nie mogę ich znaleźć hłe hłe.

Idąc tropem tego co napisałeś, że zdrowy człowiek stara się nikogo nie obrażać (to nie prawda, ale ok) - stara sie a definitywne nie obraża to dwie różne rzeczy. Poza tym to co napisałem to nie obraza, to fakt. Tak jak to, że ktoś jest gruby albo niski. Wszystko co piszę, piszę z czystym sercem i umysłem, nie z chęci dojebania twojej osobie. To była wyciągnięta pomocna dłoń.

Co ma wątroba wspólnego z zabiciem stonogi czy ślimaka? Ja jak przypadkiem zdepczę skorupiaka to mnie skręca bardziej niż jakby komuś złamał kości, kiedyś stawały mi łzy w oczach z powodu tego co zrobiłem. Poza tym (podstawy biologii się kłaniają) wątroba nie może boleć.

"Czasami można nawet wypluć czyjąś chorobę, ale tego jeszcze długo nie zrozumiesz, jak sądzę i pewnie braknie Ci epitetów na moją osobę, hehe." - Świetne jest to, że uważasz, że cokolwiek o mnie wiesz.

Każdą odklejoną teorię można poprzeć mnóstwem "faktów" i innych teorii - tylko że to nadal pierdolenie. Nie musisz mi nic tłumaczyć, bo w życiu najadłem się po uszy "oświeconych" gadek i już tych głupot nie łykam. Sam byłem odklejem i wiem dokładnie jak to jest, więc nie mam zamiaru ci niczego więcej tłumaczyć - twoja sprawa czy kiedyś zejdziesz na ziemię.

Przyklej umysł, a zaczniesz widzieć jak bardzo był odklejony. Nie pozdrawiam.

Jednak przerachowałem. Dawka całego kartona to 200 ug. Prawdopodobną przyczyną pomyłki był zanik tolerki (późniejsze cotygodniowe podróże były jednak słabsze). Jeszcze tylko słowo do pana Gryby: napisałem Ci, że zdrowy człowiek nikogo nie stara się obrażać, bo zwyczajnie kiedy ktoś zna swoją wartość, to go nie obrazisz. Obrazić można tylko człowieka, który ma kompleksy (w myśl zasady: "uderz w stół, a nożyce się odezwą), a swoją drogą przemyśl sobie takie przysłowie: "kto się przezywa, ten sam się tak nazywa", a przysłowia są mądrością narodu, więc więcej pokory życzę i pozdrawiam.

To tylko sen samoświadomości.

Cudowna hipokryzja hehehe. Powodzenia

Cudowna hipokryzja hehehe. Powodzenia

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media