Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

wielki kreator.

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Około 150 mg DMT.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Samotnie na gralni. Wielka chęć kolejnej sesji z DMT w roli głównej.
Wiek:
31 lat
Doświadczenie:
Duże. Alkohol, Nikotyna, Marihuanina, Haszysz, różnego rodzaju pigułki, MDMA, MDEA, amfetamina, LSD-25, 1p-LSD, White LSD, Nbome'y, DOX, Szałwia Wieszcza, Grzyby psylocybinowe (Łysiczki lancetowate, jakieś inne grybki), Changa (zwykła i Royal), DMT

wielki kreator.

   Witajcie wszystkie duszyczki. Pragnę podzielić się z wami kolejnym doświadczeniem. Tym razem czystego surrealizmu (a może lepiej - nadrealizmu). Postaram się jak najdokładniej opisać to, czego nie da się nawet wyobrazić, a co dopiero uchwycić w ramy słowne. Zyskując choć na (wieczny) moment dostęp do kronik Akashy, hiperprzestrzeni - widziałem. 

 

   W piątek spaliłem resztki Changi royal, pod której dyktando upłynął cały tydzień (50% DMT, baniceriopsis caapi, ruta stepowa, pasiflora, lotos) w postaci nabitej lufki. Choć doświadczenie było bardzo przyjemne, to jednak za słabe, jak dla mnie. Po trzech godzinach zapaliłem więc DMT - około 50 mg. 

 

   Rozgościłem się na sofie, uprzednio sprawdzając, czy gdy ciało opadnie, będzie wygodnie leżało. Podgrzałem beżowy proszek, a ten topiąc się kształtował kropelki we wzór kwiata lotosu. Pierwszy buch - bardzo słaby, drugi - przepotężny i trzeci - również konkretny. Położyłem się, zamknąłem oczy i dodatkowo zakryłem je dłońmi, by i tak nikłe światło przypadkiem nie przyciemniało mi wizuali. Tak - światło zdecydowanie, nawet najsłabsze, przyciemnia CEV-y na DMT. Zobaczyłem punkcik w szyszynce, który rozgrzał się do czerwoności. Ujrzałem w nim postać. Postać wielkości komórki, w samym centrum - jaskrawoczerwoną. Czyżby to był sam Bóg we własnej osobliwości? Zbliżałem się do niego i w pewnym momencie, jakby pęknął. Jakby się rozlał. I wylały się wszelkie struktury. Nie żaden fraktal - fraktale są płaskie. To coś absolutnie najpiękniejszego, nieskończenie wielowymiarowego, dużo bardziej złożonego. I tańczy. Cudownie tańczy. Mogłem to oglądać z każdej strony, a tych stron jest tak wiele. Tak bardzo wiele... Cóż to za pokój... Najwspanialszy pokój we Wszechświecie. I tańczy, niczym pokój pełen zakrzywionych, ruchowych (ruchomych) luster, gdzie każde wynika z każdego. A wewnątrz tych luster wszelkie multistruktury. Tak piękne. Tak cudowne. Niewypowiadalny zachwyt rysował się na mojej twarzy. W pewnym momencie poczułem, że za chwile to zniknie. Ale tak bardzo pragnąłem, by trwało... Zostałem wysłuchany. Obraz skręcił w prawo i w dół, i zobaczyłem rękę Boga(?). Byt ów jakby sięgnął po kubek kawy(?) - w tym momencie był wielki, że większy od znanego nam Wszechświata. Miał już się zająć swoimi sprawami, ale dał mi jeszcze trochę czasu, bym mógł w niemym zachwycie obserwować jego ciało od wewnątrz mej istoty. Bo czyż nie jest to widziane od wewnątrz ciało boskie?. Dziękowałem. Nie werbalnie. Nawet nie w myślach. Po prostu dziękowałem. Pomachał mi - nie tyle na pożegnanie, co na do widzenia. 

 

   Wszystko było jednak jakby nieco wyblakłe. Wiedziałem, że może być bardziej kolorowo... Zrobiło mi się trochę smutno, bo zdałem sobie sprawę, że aby uzyskać DMT, należy torturować rośliny... Tak było w piątek.

 

ŚMIERĆ

 

   Niedziela. (W sobotę, z powodu spotkania rodzinnego, odpoczywałem). Zawitałem na gralnie. Było przed 17:00, a z ludźmi umówiłem się na 19:00, więc miałem dwie godziny dla siebie. Nie mogłem się doczekać kolejnej sesji z DMT. Nasypałem "na oko" około 150 mg proszku do specjalnego szkła. Dużo, nawet bardzo dużo. Pomyślałem sobie jednak, że przecież nie muszę wszystkiego spalić i najwyżej zostawię jakiegoś buszka. Powyciągałem wszystkie rzeczy z kieszeni, bo wiedziałem, że będę wierzgał (zawsze wierzgam na DMT). Włączyłem jakąś muzykę i przygasiłem światła. Podgrzałem proszek. Nieco dłużej, niż zwykle, by roztopił się dobrze. Ściągnąłem jednego dogłębnego bucha, którym wessałem wszystko. Nie sądziłem, że moja płuca mogą pomieścić tyle dymu. Już wiedziałem, że jestem... Że jest najpotężniej...

 

   Opadłem na sofę, od razu zakrywając dłońmi zamknięte oczy. Ciemność. W samym środku widziałem, jak szyszynka, a w zasadzie subatomowa cząstka w niej, rozgrzewa się do czerwoności i się przybliża. Wyglądała, jak koło. Koło Dharmy, które rysowało się pomarańczem w czerwonej obwódce. Pęczniała i coraz bardziej się rozgrzewała, by w końcu eksplodować. Bum! Wielki Wybuch, hehe. Eksplodowała miliardami przepięknych, świecących barw. Wszystkie te kolory mieniły się sobą wzajemnie, tak, że nie byłem w stanie określić, który jest gdzie. Były wszędzie... wszystkie. Tańczyły w multistrukturalnym pokoju. Ich taniec był niejako następstwem ruchów palca Stwórcy, którym jakby mnie do siebie przyciągał. Ich jaskrawość i nasycenie były wręcz niemożliwe. Byłem całkowicie przekonany, że ta potężna eksplozja rozwaliła mi szyszynkę..., że umarłem. Nie było mowy o oddychaniu. Ciało przestało istnieć. Nie było dźwięków, ani niczego, czego doświadczamy na ziemskim padole. Byłem jednak całkowicie spokojny. Zrobiło mi się tylko żal Mamy, że umarłem przed nią. Wiedziałem ile jej to bólu przyniesie. Szkoda mi było też przyjaciół, którzy przyjdą i znajdą moje zwłoki. Nie ubierałem tego w żadne słowa, czy klasyczne myśli. Nie myślałem tego, a jednak podobne było to do myśli.

 

Akt Tworzenia

 

   Wtedy to zacząłem rozumieć, czym jest ten tajemniczy pokój, to przepiękne pomieszczenie. Ta przestrzeń, niczym w obrazach Salwadora Dali'ego, lecz jednak dużo bardziej pusta, wypełniona była bardzo złożonymi w swej prostocie strukturami - bryłami, jedno, dwu, trój i nieskończeniowymiarowymi formami. Wszystko tańczyło... Barwy mieniły się cały czas, jakby jeszcze nie były samodzielne, tzn. jakby każda cały czas się zmieniała w inną i występowały wszystkie na raz, a każda z osobna. Błyszczały, jak ciała ustonogów, jednakże tysiąckroć bardziej. Opalizowały, labradoryzowały, wykazywały polichroizm... Były takie... spolaryzowane wszechstrukturalnie. Bryły, jak z obrazów Sętowskiego, ale jakby pozbawione jeszcze tekstury, czy też faktury powierzchni wykrzywiały się w każdy możliwy sposób i zmieniały formę, ukazując swój nadrealizm. Geometria brył cały czas ulegała transformacji. Sześciany stawały się dwunastościanami itd., aż do wszechścianu i na odwrót. Figury foremne, ścięte, proste i złożone. Generalnie całą tę multistrukturę nazwałbym wszędziewszystkościanem. Ten pokój... był jakby laboratorium, albo pracownią, ewentualnie pokojem zabaw transcendentnych potężniej istoty -Wielkiego Kreatora, a ja leżałem w jakimś akwarium(?), tudzież pudełku(?). Widziałem rękę Stwórcy, który złapał mnie dwoma palcami za głowę (a przynajmniej za centrum świadomości). Byłem dla niego wielkości małej myszki, lub jeszcze mniejszy. Wierzgałem wszystkimi swoimi ośmioma nogami i czterema rękami, a owe kończyny pozbawione jeszcze były stawów (bardziej przypominałem małą ośmiornicę, niż człowieka). W ogóle byłem tylko biomasą, pozbawioną jakiegokolwiek układu kostnego. Spojrzałem na twarz tego Wielkiego Kreatora. Widziałem ją. Wyglądał na mężczyznę w wieku około 20 - 30 lat. Uśmiechał się, lecz uśmiechem podobnym do maski anonimusa. Jego ubiór (o ile w takiej multiwymiarowości jego szatę można określić mianem ubioru) wyglądał dosyć groteskowo, przypominając odzienie nadwornego błazna - nie jest to właściwe określenie, bo na pewno nie był żadnym błaznem (miałem lepsze, ale uleciało bezpowrotnie), tudzież dworzanina. Lepił mnie - kształtował z galaretowatej substancji lewą ręką, prawą trzymając moją głowę. Dziwiło mnie to, że jeszcze nieobdarzony ciałem właściwym już miałem świadomość - widać tak musiało się to odbywać. Komunikowałem się w jakiś niewerbalny sposób z Wielkim Kreatorem . Ufałem mu. Wiedziałem co robi. Z resztą nie mógłbym i tak nic zrobić. W żaden sposób się sprzeciwić. Byłem tylko małym, dopiero co tworzonym zwierzątkiem. Trwało to wszystko zarazem chwilę, jak i całą wieczność...

 

NARODZINY

 

   Delikatnie substancja zaczęła puszczać, dzięki czemu poczułem fizyczne ciało, które pozbawione mojego nadzoru wierzgało we wszystkie strony - głównie nogi. Wtedy... puściło: Hyyyyyyyyyyyyyyyyyyy! - złapałem haust powietrza, jak przy narodzinach! Jakbym wynurzył się z oceanu, resztkami sił walcząc o życie. Jakby to był mój pierwszy oddech. Huuuuuuu - wydech... i jeszcze parę głębokich oddechów. Otworzyłem oczy. Dementor jeszcze mocno działał, co widać było po OEV-ach, a także czuć w całym ciele. Szybko spojrzałem na telefon - minęło 20 minut. Przez ten czas w ogóle nie oddychałem! Czułem mrowienie w całym ciele, jak i przepływające prądy - tak, jak gdy uderzymy się w łokieć, trafiając w nerwa, co najbardziej czuć w małym palcu. Zacząłem sprawdzać funkcje motoryczne ciała (ciągle jeszcze leżąc), bo nie wiedziałem, czy nie jestem sparaliżowany. Szybki rekonesans i pozytywna diagnoza - nogi w porządku, ręce też, tylko gorzej z palcami, którymi co prawda mogłem poruszać, ale nie utrzymałbym kubka z herbatą. Sprawdzałem zmysły, czy wszystkie są obecne. Były. Wykrzyknąłem z całych sił, ile tylko było energii w przeponie: Łuuuuuuuuuuu!, będąc w szoku popodróżnym i jeszcze parę razy: Łooooooooł!!! Łuuuuuuuuuuu! Łoooooooouuuuuuuuu!!! Dźwięk był nadwyraz czysty, dosyć wysoki, jak na mój basowy głos.

 

   Wstałem. Poszedłem do umywalki obmyć twarz wodą. Spojrzałem w lustro - twarz moja, ale jakby inna. Oczy z nowym błyskiem. Zacząłem krążyć dookoła, jeszcze co chwile krzycząc: łuuuuuuuuu!!! Byłem pod ogromnym wrażeniem. Rękami łapałem się za głowę i ciągle chodziłem w kółko. W tym momencie na gralnie wpadł Bąku. Gdy mnie zobaczył, od razu wiedział, co się stało. Powiedziałem do niego, że jeszcze chwilka i zaraz będę obecny. Spokojnie - odparł - wróć do ciała. Gdy już usiadłem, ten spojrzał na mnie i powiedział: o ja pierdole, jak Ty wyglądasz! No i cyknął mi fotkę, a rzeczywiście wyglądałem... inaczej. Hehe.

 

   Podsumowując - Ten trip był absolutnie najpotężniejszy ze wszystkich i najpiękniejszy, choć nawet lekko przerażający (zwłaszcza moment pierwszego oddechu, kiedy uświadomiłem sobie, że w ogóle nie oddychałem). W skali od 1 do 10 daję mu 13000;-) Pobił wszystkie moje doświadczenia razem wzięte. Pokusiłem się o stwierdzenie, że był tysiąckroć mocniejszy od Szałwi na kwasie (tylko orientacyjnie, gdyż nie da się tego w żaden sposób porównać). Oczywiście mój racjonalny umysł stara się zinterpretować wizje. Czy były to tylko moje fantasmagorie? Czy może rzeczywistość absolutna. Nie umiem stwierdzić, czy Wielki Kreator to Absolut we własnej osobliwości, czy może bardziej Brahma (samonarodzony, ten który stworzył ludzi i rzeczy, zrodzony z oddechu Brahmana - Mahawisznu - wg hinduizmu), czy też Deva, czy jakaś inna wielka istota astralna. Wydaje mi się, że bardziej jedna z najwyższych istot, ale jednak nie Absolut. Jednak w momencie doświadczenia nie miałem cienia wątpliwości, że to Stwórca. Nie wiem, czy całego wszystkiego, czy tylko wykorzystywał prawo dane mu od Najwyższego do stwarzania rzeczy i istot (w tym ludzi), ale był to na pewno Wielki Kreator. Rzeczywiście możnaby rzec, że "stworzył ludzi na swój obraz i podobieństwo". 

 

   Zdaję sobie sprawę, że można wejść jeszcze głębiej, jeszcze dalej, ale... czy wytrzymałyby to moje nerwy? Czy dimetylotryptamina może sparaliżować człowieka? Czy odważyłbym się świadomie na jeszcze potężniejsze doświadczenie? Po wszystkim stwierdziłem do Bąka, że "teraz od tripów na pewno muszę odpocząć... chyba...";-) Mam nadzieję, że chociaż w jakimś ułamku promila oddałem tę podróż. Pozdrawiam.

Ocena: 

Odpowiedzi

Piękne doświadczenie,

z czego było waporyzowane ? Polecisz jakiś dobry sprzęt ? Daj jakieś wskazówki 

 

Sieema, tak

Używam rurki fermentacyjnej do balonu (takiej do produkcji wina), dwukomorowej. Wsypuję dementora do pierwszej komory i podgrzewam, by wytopić proszek. Czekam chwilkę, aż pojawi się dym i zazwyczaj łapę dwa/trzy solidne buchy. Czasami pierwszy buch tylko nadaje cugu, a drugi ma największą moc. Ważne, żeby przyjąć buchy w jak najmniejszych odstępach czasu, żeby się przebić, ale każdy potrzymać kilka sekund w płucach. Palę , aż poczuję wejście - coś jakby ściśnięcie i odrętwienie, z reguły wiąże się to z wyczerpaniem materiału. Wtedy, póki jeszcze mam kontrolę nad ciałem szybciutko odkładam szkło i grzałkę. Myślę, że 50mg substancji powinno zapewnić przebicie. Czasami nawet mniej, ale na mniej to raczej szkoda zachodu. 150 mg to dla wytrawnych graczy. W tym doświadczeniu pierwszy, łapczywy buch był tak potężny, że wzionąłem wszystko naraz, co było dla mnie sporą niespodzianką. Po kilku użyciach można robić przepał.

To tylko sen samoświadomości.

Jak widzę zależnym można stać się od wszystkiego. Pociechą że zależność zależności nie równa.

Interesujący opis, ten o kreacji w łapkach bóstwa. Nie doszukiwał bym się tożsamości, Brahma nie Brahman jeden mit. Chyba że koniecznie chcesz się czegoś dopatrzeć, na siłę znajdziesz bez liku potwierdzeń, i nic co by temu przeczyło - taka dygresja.

Masz Abli rację, co do tej tożsamości. Porównanie wyciągnięte rodem z hinduizmu po pierwsze nastąpiło podczas pisania raportu przez szukający inerpretacji racjonalny umysł, a po drugie miało na celu pokazania skali ogromu Wielkiego Kreatora. Nie przywiązywałbym do tego większej uwagi. Nie przypominał on wyobrażeń hinduistycznych bóstw, a bardziej (jak zaznaczyłem) anonimusa. Podczas doświadczenia nie wiązałem tego z żadną religią. Nawet nie staram się tego przyporządkować do którejkolwiek filozofii/religii. Wszak, jak wiesz uważam, że są one tylko pewnym (mniejszym, bądź większym) wycinkiem nieopisywalnej transcendentalnej całości istnienia wszystkiego. Niewątpliwie jednak Wielki Kreator ma swój osobliwy charakter, a podczas doświadczenia nie było czasu na zwątpienie, że to Stwórca. Widziało się już różne byty eteryczne, czy astralne, ale ten był zdecydowanie największy ze wszystkich. Był istotą astralną o największej mocy, jaką dane było mi ujrzeć i nie chcę gdybać kim naprawdę jest, bo to mogłoby tylko zapędzić mnie w kozi róg, a i tak nic nie wymyślę. Był, widziałem go i to wystarczy. 

 

Co do zależności, też pełna zgoda;-)

To tylko sen samoświadomości.

W przypadku sajko bliżej temu do pasji, nieraz chorobliwej ale pasji, przynajmniej póki nie pokładamy w tym fundamentu pod normalne funkcjonowanie, a i takie coś nie trudno sobie wyobrazić.

Powiedz jak to jest z tolerką na codziennym wapowaniu. Słyszałem że dla DMT to kwestia godzin, ale chyba dla jednorazowego wyskoku.

Jest w tym coś z grzybów? Albo inaczej, w grzybach coś z DMT? I nie pytam oczywiście o wizuale, a o klimat, "miejsca" i komunie.

Mogę tylko mówic z własnych obserwacji. DMT można spalić po godzinie, ale zadziała nieco słabiej. Palone po następnej godzinie nie daje już raczej wizualizacji, ale odczucia fizyczne delikatnie występują. Waporyzowane dzień po dniu dają raczej pełen efekt, a z dniem przerwy, to już na pewno 100%. Wydaje mi się, że tolerka utrzymuje się około 3 do 12 godzin, ale dużo zależy od siły poprzedniego doświadczenia, gotowości na następne i indywidualnych cech - ogólnej kondycji szyszynki, jak i ogólnie psychiki. Wspomagam się 5htp do odbudowy serotoniny i ogólnie rzecz biorąc, to pomaga. Jednak w przypadku tak silnych psychodelików, to odnoszę wrażenie, że to one decydują, co nam zaserwują. Np. paliłem Changę codziennie przez cztery dni i zawsze działała (cholernie ważna jest dieta w przypadku Changi), ale jak poczęstowałem znajomego, to spalił całe szkło i nawet mu się nie ukazała, (a miał zerową tolerkę), gdzie mój pierwszy trip (opisany tu na głównej) to była mieszanka w szkiełku z mj i nawet nie dałem rady spalić wszystkiego. Była to dla mnie lekcja, że każdy sam do tego musi dojrzeć. Także z tolerką na DMT nie ma problemu do codziennego stosowania, ale i tak zalecam jednodniowe przerwy.

 

Co do Grybków, to jak najbardziej mają w sobie coś z DMT. Jest to jednak nie zawsze wyczuwalne. Właśnie to "miejsce" jest jakby przedsionkiem do "pokoju" na DMT. Jeśli chodzi o wizuale to raz! na Grzybkach miałem nawet podobne, do tych na dementorze, ale byłem wtedy chory i zjadłem 30, co było moim najmocniejszym doświadczeniem z Łysiczkami. (Najwięcej zjadłem 80). 

 

Generalnie wiem, albo lepiej - czuję, kiedy mogę się wybrać w zaświaty. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale czasem ni z gruchy, ni z pietruchy kosmos mi mówi "teraz". Nie zastanawiam się wtedy, tylko działam. Czasami mam wielką ochotę, ale kosmos mówi mi "nie". Tylko raz nie posłuchałem i już więcej nie mam zamiaru tego błędu powtórzyć, bo dostałem wtedy bardzo po dupie. 

 

Wiesz, komuś wystarczy jeden poważny trip na całe życie, innemu kilka, innemu co tydzień będzie dobrze, a ja mógłbym latać prawie codziennie. Przyznam jednak, że ten opisany powyżej spowodował, że musiałem się uczyć DMT od nowa, bo najzwyczajniej w świecie pojawił się u mnie strach przed paraliżem i pierwszy kolejny (z jednodniową przerwą) bardzo mnie rozczarował, bo 50 mg prawie nie zadziałało. Ale tak, jak mówię, to z powodu lęku.

To tylko sen samoświadomości.

To z tym "wszechswiatem" ktory nagle mowi "teraz" inaczej okaze sie ze jest chujowo... to sie nazywa uzaleznienie. Ciekawe kiedy to zrozumiesz ;) 

Niekoniecznie od dmt ale ogolnie tak to dziala.

Jak do tego dojdziesz gdzies po jakiejs terapii za kilka lat to napisz bom ciekaw ;)

Kosmos, a nie "wszechświat", bo to są wbrew pozorom, słowa o zupełnie innym znaczeniu;-) Gdzie ja napisałem, że jak nie teraz, to jest chujowo??? 

 

Przecież wiadomo, że najlepiej jest zachować absolutną czystość - jedzenia (nie jem truchła i raczej dbam o dietę), myśli (medytuję, śnię świadomie i choć jestem uzależniony od cierpienia, to nienajgorzej mi wychodzi obserwacja procesów myślowych i negatywne myśli przemieniam na pozytywne) i umysłu(/ciała) - tu oczywiście wykazuję wielką słabość. (Jak każdy na NG).

 

Zależność jest, ale patrząc, jak dzięki temu się zmieniłem, mimo utraty niewinności, to myślę, że jest warto. Jak dojdę do wniosku, że psychodeliki już  mi nic nie dadzą, to je odłożę.  

 

Nie sądzę, żebym potrzebował terapii. Nie zawalam pracy, która jest nienajgorsza;-) Nie mam myśli samobójczych, ani nic z tych rzeczy. Psychedeliki nie powodują chorób psychicznych, ani jakichś zaburzeń - mogą istniejące problemy jedynie wystawić na światło dzienne. To są narzędzia, a od Ciebie zależy, czy nożem kogoś zabijesz, czy pokroisz chleb i posmarujesz go masłem. Jednak, jak wybiorę się na terapię, to obiecuje, że to tu napisze;-)

To tylko sen samoświadomości.

Z tym oddechem to oczywiście zdawało ci się. Co do szyszynki, skąd czerpiesz te rewelacje?

"Fraktale są płaskie", oj niekoniecznie. Chyba że to miała być przenośnia.

Nie jestem taki przekonany, że mi się zdawało. Mogło, bo pewności oczywiście nie mam. Z resztą nigdy się tego nie dowiem, bo nie było pobocznego obserwatora, ale wiesz, jak to jest z kwantami. Dzieją się rzeczy, które nie mogą się dziać przy jakiejkolwiek obserwacji.

 

Oczywiście, że fraktale (a w zasadzie fraktal - bo przecież wszystkie są w jednym) są wielowymiarowe, ale w porównaniu do tej hiperprzestrzeni po DMT, to są płaskie;-)

 

Co do szyszynki, to o jakie rewelacje pytasz?

To tylko sen samoświadomości.

"dużo zależy od siły poprzedniego doświadczenia, gotowości na następne i indywidualnych cech - ogólnej kondycji szyszynki".

 

Myślę że oddychałeś szybko i płytko, ale oczywiście nie ma jak otworzyć tego pudełka żeby zobaczyć czy kot mruczał. W każdym razie to nie krija joga.

Po wielu podróżach zauważyłem, że szyszynka, w którą uderza DMT w jakiś sposób się zmienia. Staje się jakby bardziej plastyczna, gorętsza... Jak gwiazda ciągu głównego, która przed śmiercią pęcznieje i zmienia się w czerwonego olbrzyma. Myślę, że może dojść do sytuacji, gdy taka stymulacja szyszynki może już nic nie dać, albo zrobić krzywdę, gdy nie będzie ona już w stanie przyjąć więcej energii.

 

Z tym oddechem to nie było mnie w ciele, więc oczywiście ciało mogło wykonywać mikrooddechy. Wydaje się jednak, że czas jest ściśle powiązany z oddychaniem. Odczucie bezczasu, jako wieczności może być spowodowane właśnie bezdechem. Kiedy podróżuję na DMT, mając jakąś świadomość ciała, to oddycham bardzo wolno i głęboko, więc skłaniam się bardziej ku temu, że jednak oddech tak bardzo spowolnił, że w zasadzie się zatrzymał. To się czuje bardziej, niż rozumie. Tym nie mniej oczywiście mogę się mylić.

To tylko sen samoświadomości.

W takim razie, i pozazdrościć wglądu w, eee, swoją szyszynkę.

Uważasz, że wszelkiego rodzaju podróże astralne są tylko iluzją?

To tylko sen samoświadomości.

Nie, uważam że gdzie nie ma pewności to jej nie ma, a gdzie założenie tam założenie.

No tak, a gdzie jest pewność? Można mieć w ogóle co do czegokolwiek pewność?

To tylko sen samoświadomości.

Jakby tak weryfikować "astralnie"pozyskiwaną wiedzę, te szczegóły które zweryfikować można okazuje się że większość będzie tylko trafami w ślepo umysłu, większości chybionymi, po wg tego co się wydaje. W tym sensie projekcje umysłu są zawsze tylko iluzjami, które w odpowiadają rzeczywistości(ta jest obiektywna) na tyle, na ile pozwalają w niej funkcjonować, wchodzić z nią w interakcje. Pozostawione same sobie - symulacje - bez korygującego dialogu zmysłów z rzeczywistością niczemu nie służą, jak samym sobie. Nie korygowane - stanowią pozór rzeczywistości, odcięty od niej. To utrata funkcji.

Co nie znaczy, że te "astralne" iluzje nie mają innej funkcji, znaczenia. Skoro zajmują miejsce w umyśle, są jego integralną częścią, są nieuniknione, konieczne, jak sny. Ale wyśniona szyszynka to nie szyszynka, tak jak śmierć to śmierć. Tzn, symulacja z perspektywy tego, który jej doświadcza jest tożsama z symulowanym (to wynika stąd, że samo symulowane jest symulacją, najlepszą możliwą samego siebie, tu nie ma rozróżnień), ale tylko tak długo jak w niej tkwisz. Z chwilą gdy się budzisz, widzisz że to był sen. Utrzymywanie na siłę, że jednak nie to zaprzeczanie temu co samemu się widzi. A to rodzi rozłam w poznaniu, sprzeczność, ktora aby utrzymać się w mocy, musi być skryta. Sprytne samooszukiwanie się, kłamstwo. Sen dawno dobiegł końca. Podróż astralna nie ukazała mi nic rzeczywistego.

Możesz mieć pewność, że jak położysz się na torach szybko zginiesz, nawet jeśli ta pewność jest tylko kolejnym złudzeniem. Z chwilą gdy pociąg przejedzie złudzenie nabierze wydźwięku praktycznego: to jednak była pewność.

Co do pewności, to oczywiście jedynie śmierci możemy być pewni, ale myślałem, że dasz mi argument miłości, bo to jedyna "rzecz", co do której w takim kontekście można mieć jakąś tam pewność. Wiem, co czuję, nawet jeśli samo uczucie jest, lub przyjmuje, że może być, iluzoryczne. Wcale nie mam pewności, że gdy położę się na torach, to szybko zginę. Tory mogą być już dawno nieużywane. Z używanych ktoś np. SOKiści mogliby mnie ściągnąć. Zauważ, że wszystko jest w zasadzie niedoprecyzowane, jest tyle wypadkowych, tyle różnych czynników, tyle warunków do spełnienia, że wystarczy jedna niespodziewana zmiana i okazuje się, że miałeś pewność, że białe jest białe, a nagle się okazuje, że białe to zielone, czerwone, niebieskie itd. , że nawet czarne.

 

Co do astralnych wizji, to korygowanie ich ze zmysłami, ze światem zewnętrznym często rodzi interpretacje. Te nierzadko są błędne - właśnie taki strzał na ślepo. Wg mnie rzeczywistość astralna, czy transcensentalna jest bardziej prawdziwa od tego naszego wspólnego matrixa. Mam na tę tezę pośrednie dowody: kiedyś na kwasie (co jest też opisane w "największym badtripie starego kwasiarza) mój umysł zmienił grawitację. Poza słyszalnymi i widzianymi wygięciami drzew, czy trawy, co oczywiście łatwo wytłumaczyć iluzją, wypadła mi butelka z ręki... i poleciała 6 metrów do przodu, zanim upadła. Niektórzy moi znajomi twierdzą, że nie mogę otworzyć drzwi myślami itd. I przy nich nie stanie się nic nadzwyczajnego. Ale mam też takich, którzy mają naprawdę otwarte umysły i doświadczają niesamowitych rzeczy. Czasami się tym bawimy, bo generalnie kupę śmiechu to przynosi, jeśli korzystać z tego nie robiąc nikomu krzywdy. Zazwyczaj bawię się tak z Bąkiem, który tylko raz zjadł połówkę kwasa i dopiero wczoraj pierwszy raz Grybki (15/20). Jak widzisz nie trzeba nawet brać psychedelików, żeby działy się niewytłumaczalne racjonalnie "cuda". Czasami się przewidzi przyszłość, ale to już sztuka obserwacji. 

 

Natomiast co do tego całego wglądu w szyszynkę itd. W środku szyszynki znajduje się świadomość. Czasami wyruszam tą malutką kuleczką na rozeznanie w organizmie. I tak oglądam swoje płuca, które niestety bardziej przypominają dzielnicę fabryczną, niż piękne lasy, zaglądam do żołądka i jelit, do wątroby itp. I robię to bez wspomagania psajko, a medytacją, koncetracją, uwagą...

 

Rzeczywistość obiektywna, to tylko taka, co do której wszyscy się (raczej) zgadzamy. Rzeczywistość subiektywna, to taka w którą Ty uwierzysz. I ona istnieje! Nie ma rzeczy niemożliwych i moim zdaniem, gdyby ludzie uwierzyli, że możemy lewitować, to nie byłoby nic dziwnego w unoszących się wkoło ludziach. 

 

Oczywiście... mogą to być moje fantasmagorie, nie przeczę. Ale cała ta obiektywna rzeczywistość też może być (i raczej jest) mirażem. Przecież to nasze myśli kształtują rzeczywistość, a ludzie różnie myślą i różnie się dzieje. My żyjemy w pokoju, ale zawsze gdzieś na świecie jest wojna. Każdy kowalem swego losu, choć przebywając z konkretną grupą wpływ innych jest olbrzymi, to jednak ostatecznie sami za swój los odpowiadamy. Kwestia wyboru. Każdy prawdę znajdzie tylko w sobie i nigdzie indziej;-)

To tylko sen samoświadomości.

Z wiarą nie ma sposobu dyskutować. To co mi wykładasz to Twoja wiara, niepotwierdzone rewelacje. Jak zweryfikujesz prawdziwość ogłoszeniadanej szyszynki i płuc? Nie robisz tego, zadowalasz się jakimi się objawiają, jakie sobie wysnisz. Fakt bycia mirażem nie umniejsza obiektywnosci tego co jest na prawdę. Piszesz o potrzebie otwartego umysłu. Dla mnie, kogoś kto przez te "otwartość" przechodzi otwiera się możność przyjrzenia się tym wszystkim paranormalium także z zewnątrz, to kwestia pozostawania szczerym wobec samego siebie. Żaden obiektywny badacz nie natknął się nigdy na rzeczywiście paranormalne zjawisko. Wszystko to daje się banalnie wytłumaczyć słabością umysłu, uległością na sugestię. Proponuję zapoznać się z tym jak wyprowadzamy się na manowce umysłu. Masz rację, jeśli stwierdzisz że ci badacze nie byli dość otwarci, by tego doświadczać - zabrakło uleglosci do samooszukiwania. Na tym bazują cuda, głównie. Tymczasem poza przedracjonalną piaskownicą baśniowych miraży istnieje autentyczna sfera doświadczenia poza racjonalnością, a przecież fundamentalnie rzeczywista. To sfera istnienia i doświadczania, autentyczna transcendencja, oblegana mirażami jak mgłą. Prawda jest obiektywną rzeczywistością. Poznanie to kwestia szczerości wobec samego siebie, rodzącej pokorę, nie pozwalającej na zamknięcie się w zdobyczach wiedzy. Wolę oglądać potwora spaghetti, wylamiesz mnie z nonsensu? Zanegujesz, a może porzesz? - gdzie tu sens? Nie ma z kim pogadać.

A co jeśli prawdziwa jest tylko wiara? Nie ważne w co, po prostu wiara... Wszak przenosi ona góry. Albo co, jeśli nie istnieje nic prawdziwego? Szukasz potwierdzenia? Spójrz na rozwój nauki. Ile to było udowodnionych naukowo tez, które z biegiem czasu włożyliśmy do jednego worka z zabobonami... Żaden obiektywny badacz nie natknął się na paranormalne zjawisko? - Owszem, bo to wszystko jest normalne. Paranormalne jest tylko dla kogoś, komu nie mieści się w głowie. Słyszałeś o ludziach, którzy w wyniku jakiegoś urazu, czy też wypadku mówili w obcym języku, którego nigdy wcześniej nawet nie słyszeli? Z odpowiednim akcentem, nieraz z wyjątkowo niespotykanym dialektem. Nauka na to nie zna odpowiedzi. Być może Umysł jest jeden, samoświadomy, samopoznawczy, a ludzie/zwierzęta/rośliny to tylko pewien zbiór danych, by mógł on dokonywać samoobserwacji. Być może to pamięć z poprzedniego wcielenia... Nigdy się nie dowiemy...

 

Jedyną naprawdę obiektywną rzeczywistością jest ta, gdzie nie ma nic niemożliwego! Żadnych ograniczeń! Tylko my sami się ograniczamy. Piszesz o pokorze i pewnie nierzadko mi jej brakuje, chociaż staram się każdego wysłuchać, od każdego czegoś nauczyć. Nawet nie wiesz ile razy uderzałem pięścią w pierś, przyznając samemu przed sobą: Myliłem się! Nierzadko ze łzami w oczach, bo przyznanie się do błędu przed sobą samym jest cholernie trudne. 

 

Czy ból, cierpienie jest prawdziwy/e? Nawet ten urojony? No wytłumacz człowiekowi bez ręki, że jego fantomowy ból nie jest prawdziwy. Czy może boleć coś, czego nie ma? Wiem, że umysł płata figle i przepełniony jest iluzjami. Widzę te procesy. Jest tyle iluzji optycznych, słuchowych itp., że ciężko w ogóle ufać zmysłom. Ale wiadomo: widząc nocą patyk, powinniśmy widzieć patyk, a nie np. węża. Ale czasem strach tak robi, czasem zakochany, zamiast księżyca zobaczy twarz ukochanej... itp. 

 

Każesz mi zweryfikować prawdziwość mojego pojęcia szyszynki, czy płuc etc., a czy Ty potrafisz zweryfikować prawdziwość swojego istnienia? "Myślę, więc jestem"? A może jesteś tylko hologramem. No potrafisz to zweryfikować? Co jeżeli szyszynkę nazwałbym świadocentrem? Zmieni coś nazwa? Zmieni to fakt, w jaki to postrzegam?

 

Wiesz, kiedyś byłem na kwasie z trójką nowopoznanych muzyków. Zaprowadziłem ich pod "moje drzewo bodhi" i przyszła tam wspaniała, piękna dziewczyna, w cudnej białej sukience, co od razu skomplementowałem. Nawet jej się nie przedstawiłem, bo stwierdziła, że się znamy, na co odparłem, że chyba tak. I znała moje imię, a ja wiedziałem (po prostu wiedziałem), że ona maluje. Rozmawiałem z nią, jak z nikim innym, chyba najszczerzej. Pytałem skąd się wzięła. Mówiła, że z kosmosu. A ziemsko - przejechała 84 kilometry, żeby się ze mną zobaczyć, żeby dać mi naukę. Nie staram się wszystkiego racjonalnie wytłumaczyć, bo pewne rzeczy dzieją się, a są nierozumowalne. Tak po prostu jest. 

 

Szanuję Cię bardzo Abli, masz ogrom doświadczenia, ale są rzeczy, których nie możemy zrozumieć, czy wiedzieć, ani nawet całkiem poznać, tylko poczuć. Nawet, jeśli to wszystko tylko iluzja. 

To tylko sen samoświadomości.

" Co jeżeli szyszynkę nazwałbym świadocentrem?" A co jeżeli świadocentum nazwałeś szyszynką? A nie jest nią, w tym pierwszym kroku się zaczarowałeś. Mówienie o świadocentum było by uczciwsze.

Ta dziewczyna. Więc spotykacie się, wszystko wiecie, wszystko ku temu się układało. Doprawdy? Może cała ta historia powstaje dopiero gdy się spotykacie, w waszych głowach. Ile wówczas rzeczy jest przed tobą zakryte, o ile nie wiesz: czemu wyruszyła, czemu tak się przedstawiła, co wcześniej widziała, co sam, świadomie czy nie wywnioskowaleś. A widzimy tylko tyle w danym momencie ile chcemy, widzimy niecodzienne.

Ot, banał:

https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Zimny_odczyt

Takich banałów jest więcej. Wokół wszelkich możliwych cudowności tego typu. A język? Język rodzi umysł, z potrzeby komunikacji. Niech się głowią, to proste. Nikogo nie dziwi że dany minerał wydaje identyczne kryształy, czy z Afryki XC czy Syberii, czy Marsa. Czyżby to duch wędrował z miejsca w miejsce? Można w ten sposób to powiedzieć, mistycznie, to jakieś wyjaśnienie. Ale dorastając porzucamy baśnie, rozpoznając że to co nadaje kształt kamieniom jest samym kamieniem, i już z nim jest gdzie on. A żaden duch nie wędruje mówiąc kamieniowi co ma robić. I tak że wszystkim, od baśni do chłodniejszych prawd, też oczywiście baśniowych, bo z umysłu, ale już mniej, już bliższych prawdzie, bo prawdą nawigowanych. Dlaczego więc jeden i ten sam człowiek miałby być tylko pojedynczym wykwitem? Podobnie dlaczego dana sytuacja, przeżycie miała by być tylko raz dana? Albo myśl, dlaczego nie miała by być wspólna, nawet jeśli nigdy nie przekazana. To dużo prostsze, rzeczy już przyjmują ten wzór, wszechobecny. Ale to wiąże się ze zrozumieniem, że nie można owej cudowności spowodować zachcianką, przeciwnie, to ona powoduje nami, to w jej układance jesteśmy wstawieni. Więc znowu: to nie telepatia, jasnowidzenie, i nieznany, ezoteryczny magnetyzm. A zwykły los, przypadek i pole człowieczego widzenia w baśniowym horyzoncie.

Love, PiS i szyszynka. Pamiętaj, póki nie posmakowaleś Potwora Spaghetti nie posmakowaleś niczego na prawdę.

Co do tej dziewczyny wszystko, co napisałeś może być prawdą - mogłem wywnioskować za pomocą obserwacji, że maluje. Nie wiem, co nią powodowało, że przyjechała, mogłem całe spotkanie znadinterpretować. To nawet bardziej, niż prawdopodobne. Skąd znała moje imie? Nie wiem. Ważne, że dostałem naukę. Wszystko ok.

Co do kamieni, to poza tym, że dany minerał ma tą samą strukturę (choć i to nie zawsze), to każdy okaz jest inny, ale to jak z człowiekiem - każdy taki sam, a każdy inny. Wszystko zgoda. Myśl, a w zasadzie myślokształty przepływają cały czas i rezonując z nimi dopasowujemy je do naszych indywidualnych doświadczeń. To też proste. Ale...

Sytuacje w życiu pojawiają się i powtarzają, dopóki nie odrobimy konkretnej lekcji, wtedy już się nie powtórzą, bo niczemu by nie służyły. Jeszcze kilka lat temu tak, jak Ty wierzyłem w przypadek. Dzisiaj już w to nie wierzę. Wierzę w kosmiczne zbiegi okoliczności, które sami sprowadzamy, bo to jest przeznaczenie, które (przynajmniej w jakiejś części) sami sobie piszemy. Ofiara zawsze znajdzie oprawcę i na odwrót itp. Afirmacja przecież tak mocno działa. Potwór Spaghetti, czy Niewidzialny Różowy Jednorożec (jeden pies) to były moje argumenty w wojowaniu ateizmem. (Racjonalista.pl) i sądziłem, że Wszechświat powstał, bo mógł, bez żadnej głębi. Ot twarde przyziemne myślenie. Ale to tak, jakby z zestawu śrubek, nakrętek, przewodów, blachy itp. w tornadzie złożył się samolot. No wybacz. Też widziałem białe i mówiłem: to jest białe, a zielone to zielone. Ale zacząłem to zgłębiać, bo coś nie grało. Okazało się, że biały to wszystkie barwy światła. W białym świetle jest każda długość fal widocznych, co świetnie obrazuje pryzmat. Mam w domu setki minerałów z całego świata. Ich struktura wytwarza silne pola energetyczne (pomyśl, że uranit, albo uranofan, z racji pierwiastka o tak wielkiej liczbie atomowej, wytwarza tyle energii, że może zabić człowieka). Ta wszechobecna energia manifestuje się wszędzie - oddziaływuje na nas. Czuć ją! Zdajesz sobie sprawę, że kamienie trzeba rozładować, oczyścić i naładować (za pomocą innych kamieni, Słońca lub Księżyca)? Pietersyt to nawet ładuje się w burzy. Z resztą o kamieniach, to mógłbym godzinami gadać... Widzę aury ludzi i już po samym kolorze wiem z jakim myślokształtem rezonują. Czyż to nie czytanie w myślach? I oczywiście każdy człowiek na świecie może się tego nauczyć - widzenia aury i wszystkich tych magicznych rzeczy. Wystarczy 5 do 15 minut dziennie i po miesiącu już widzisz aury (nie używając psychedelicji). Mam kontakty telepatyczne z wieloma ludźmi i nie jest to mój wymysł, bo czasami nikomu nic nie mówię, a za kilka dni ktoś mi mówi, że miał ze mną kontakt. Dokładnie wtedy, kiedy to czułem, czuła to też ta druga osoba. Czasami ktoś do mnie dzwoni, bo wyczuwa moją energię i okazuje się, że jesteśmy bardzo niedaleko. Bliźniacy mają tak, że mogą być na innych kontynentach, a jeden złamie rękę i drugi od razu to czuje. To jest splątanie (fizyka kwantowa) całkowicie niezależne od odległości. Jasnowidzenie, to nic innego, jak sztuka obserwacji. Wgląd. Jak tak dalej będziesz odzierał prawdę z tej całej otoczki, która jest jej integralną częścią, to zostaniesz (o ile już nie jesteś) nihilistą. I nastanie smutek. Powiedz, jesteś szczęśliwy? Zapamiętaj Abli, że nie wszystko rozum może pojąć. Lepiej słuchać serca, bo ono Ci nic nie wytłumaczy, ale to ono wie. Rozum Ci wszystko wytłumaczy, ale nic nie wie. Taka moja dygresja. Aha. Jeszcze jedno. Cały świat opiera się na miłości i cierpieniu. Często cierpię, nawet jak posłucham serca, ale nigdy wtedy nie żałuję. No to powiedz Abli, jesteś szczęśliwy?

To tylko sen samoświadomości.

Szczęśliwy jak każdy, ani mniej ani bardziej. Za to znów coraz mniej usatysfakcjonowany.

Czy drzewa mają świadomość, czy są tylko strukturami?

To tylko sen samoświadomości.

Nie mam pojęcia. Przypuszczam że są mną nie mniej niż cokolwiek. Jak można to stwierdzić?

Tak samo, jak stwierdziłeś, że kamienie nie mają ducha (czyli świadomości). Niezależnie, czy założenie było prawdziwe, czy nie, to analogicznie jest z drzewami. Analogicznie jest ze zwierzętami i w końcu z ludźmi. Rozumiem Twój punkt widzenia. Skoro drzewa są Tobą, znaczy ni mniej, ni więcej, że wszyscy i wszystko jest jednym - Umysłem, samoobserwującym się Umysłem. 

 

Świadomość jest wszędzie. Zrób sobie prosty eksperyment: nasyp do dwóch różnych słoików ryż. Do jednego słoika wysyłaj negatywne sygnały (jak np. jesteś zepsutym starym ryżem, do niczego się nie nadajesz itp.). Do drugiego wysyłaj same pozytywne emocje (jesteś piękny, wspaniały itp.). Powtarzaj to przez tydzień, dwa. Zobaczysz, co się stanie z ryżem. Albo nalej dwie szklanki wody i zrób ten sam eksperyment. Po pewnym czasie wstaw szklanki do zamrażalnika - woda "negatywnie naładowana", po zamarznięciu będzie mętna, ta "pozytywnie naładowana" będzie keystalicznie przejrzysta. Tak wpływamy na siebie wzajemnie - wszyscy i wszystko. Informacja nigdy nie ginie. Proste prawo natury. Magia to, czy wzór? Co za różnica? Działa. Dzieje się. 

 

I teraz tak: możesz nie wierzyć, że coś się stanie. I się nie stanie. Możesz uwierzyć, że coś się stanie i się stanie. To właśnie nazywam Kosmosem. Tak działa afirmacja. Wysyłasz pewną energię, pewne wibracje, Kosmos z tym rezonuje i oddaje Ci odpowiednią energię. Prosty schemat, ale jakże magiczny. 

To tylko sen samoświadomości.

W przykładzie z kryształami duch nie miał nic wspólnego ze świadomością. Chodziło tylko o myślenie magiczne i jego ewolucję: pojęcie ducha odeszło do lamusa.

Kto zdecydował, że pojęcie ducha przeszło do lamusa? Bogowie istnieją, dopóki wiara w nich trwa. Kupała odszedł do lamusa, ale duch? W ducha, czy duszę wierzy więcej osób, niż w jakąkolwiek religie, więc prędzej chrześcijaństwo (czy jakakolwiek inna religia) zniknie z naszej świadomości, niż duch.

To tylko sen samoświadomości.

Strony

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media