Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

don mescalito - najlepszy tatuażysta w mieście.

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Szczegółowy opis w raporcie.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Samotnie w mieszkaniu. Podekscytowany, spokojny, jednak z lekkimi obawami. Miałem chyba nadzieję, że Don Mescalito pomoże mi rzucić tytoń.
Wiek:
32 lat
Doświadczenie:
Wiele oceanów przepłynąłem.

don mescalito - najlepszy tatuażysta w mieście.

   Witajcie duszyczki. Don Mescalito wołał mnie od chyba dwóch lat. Zapraszał do siebie, a ja chyba nie czułem się godzien. Od maja leżała u mnie paczuszka z 32g listków wyschniętej kory peruvian torch. Jarałem się tym faktem, choć nie czułem się gotowy. Jakiś miesiąc temu śniła mi się ta wyprawa, na którą w końcu się wybrałem... sam.

 

   Bałem się. Jak teraz na to patrzę, to bałem się, że zemdleję, że stracę świadomość i wyskoczę przez okno. Mój respekt dla Dona Mescalito był tak wielki, że się spowiadałem przez tydzień i się wyspowiadałem ze wszystkiego - nic nie ukryłem. Oczywistym dla mnie faktem było, że przychodzę na czczo na to spotkanie, mimo tego spodziewałem się rzygania i strasznego smaku tej strawy na cały długi dzień, którą częstował. Spróbowałem podczas ważenia wywaru i był gorzki. Bardzo gorzki, więc się nie rozczulałem i gotowy wywar wlewałem bezpośrednio do gardła. Znośnie (dużo gorsza od smaku była konsystencja).

 

   Specjalnie dla Dona Mescalito ustawiłem mały ołtarzyk na stole z minerałów i klejnotów, pośrodku którego siedział budda wyrzeźbiony w kwarcu. Czas mijał, popalałem gandzie, a jedyne efekty jakie zaobserwowałem to wyostrzenie kolorów, pocenie dłoni i podniecenie. Kolorki były obłędne, więc w oczekiwaniu na wydarzenie patrzyłem na moje zielone i niebieskie klejnociki (to moje kolory, o których się dowiedziałem, że są moje, gdy popatrzyłem całościowo na swoją kolekcję). Towarzyszyła temu najpierw muzyka medytacyjna (jakieś Tai Chi), później pieśni indiańskie. Popijałem wodę, ale i sok grejpfrutowy Tymbarku (zastanawiałem się kto wpadł na pomysł, by tak cudowny sok zepsuć cukrem). Obawiając się, że może być za słabo, podjadałem surowe listki kory. Żadne nudności się nie pojawiły i o żadnym rzyganiu nie było mowy - beknąłem jedynie, a odbiło mi się skórką cytryny, a nie świętą rośliną. Odłożyłem więc miskę przygotowaną na ewentualność katharsis do kuchni, dziwiąc się w duchu, jakie gówno w sobie trzeba nosić, by po tym cudownym nektarze bogów rzygać. 

 

   Trochę czułem się zniecierpliwiony, ale w końcu przyszedł. Powiedział "Witaj, przyjacielu". Na samym wejściu tak mi podbił samoocenę, że poczułem się mega wykurwiście. Pokazał mi moje piękno. Moją siłę. Aż się wzruszyłem. Nigdy tak naprawdę nie widziałem w sobie piękna, ani siły. Raczej słabości. Don Mescalito powiedział z uśmiechem, że przecież zawsze sobie dam radę, w każdej sytuacji. Przetrwam. Czy to bym się znalazł w dżungli, czy na pustyni i jeszcze znajdę w sobie siłę, by docenić piękno w tym surowym świecie, by podzielić się ostatnią kromką. Ogólnie wychodzę na plus i więcej daję, niż biorę. I to jest prawdziwa siła!

 

   Wszystko zaczęło powiewać, niczym firany, jakby niewiele cięższe od powietrza było. Czułem się wtedy, jakbym przegadał z Donem Mescalito wiele dni na wzgórzach przy ognisku. Powiedział, że dzisiaj jest najlepszym dniem w moim życiu. Zawsze jest dzisiaj. Zaproponował, bym się położył, wyluzował i zamknął oczy, tak też zrobiłem. Początkowo nic specjalnego, ot trochę kolorowego światła. Lecz z tych świetlnych błysków rodziły się sceny. Wystarczyło, że o czymś pomyślałem i już się tam znajdowałem. Odwiedziłem Himalaje, za chwilę byłem na molo nad morzem, to pomyślałem o dżungli i już liście egzotycznych roślin kołysały się nad moją głową. Przeszedłem pustynię, znalazłem się na Księżycu, na Marsie, wiele gwiazd odwiedziłem. Wizje tworzyły się ze światła, ale tak jakby bardziej je czułem, niż widziałem. Otworzyłem oczy. Krzesło wyginało się delikatnie, ale było szersze i niższe, niż w rzeczywistości. Ani przez chwilę nie czułem, aby trip mógł mnie przerosnąć. Zwiedziłem jeszcze kilka wymiarów i otworzyłem ponownie oczy. To wszystko. Zmieniłem muzykę na "cięższą" (The Ganjas, All Them Witches, Yuri Gagarin, Mountain of Judgement itp.). Poszedłem do lustra i ujrzałem cudną lagunę w tęczówkach.

 

   Usiadłem przed ołtarzykiem i patrzyłem przez drzwi balkonowe na tegoż balkonu tynk (typu baranek). Posłużył mi za ekran. Don Mescalito skończył i pokazał mi efekt końcowy. Byłem pod piorunującym wrażeniem. Jeśli jedliście Grybki, to wiecie, jak tatuują mózg wzorkami. Często azteckimi, chociaż Cubensisy bardziej majańskimi, a Golden Teachery potrafią czasem zrobić egipskie hieroglify. Jednak przy Grybkach zawsze ziewam, czyli może, że nudne są? No ale ładne wzorki mają i lubię je. W każdym razie Don Mescalito tatuuje swój wzór w ten sposób, że to, co przy Grybkach jest całym obrazkiem, u niego jest tylko malutką cząsteczką w całym obrazie, tylko jednym oczkiem w złotej kolczudze wojownika, który wydaje się jego autoportretem ze szczegółami z życia, o których rozmawialiśmy. Zrobił mi najzajebistszy tatuaż na mózgu, zajebistszy, niż mogłem sobie wyobrazić. Płynnie się zmieniający (w końcu na płynnej materii wykonany), a tematem jego była wolność. Bogactwo szczegółów, precyzja - mistrzostwo. No kurwa, mam zajebistą dziarę na mózgu.

 

  Nie musiał pytać, jak mi się podoba. Widział to. Miałem lekkie zawroty głowy, ale to normalne po takim zabiegu. Odblokował we mnie jakiś ukryty pokład energii. Czuję moc i coś mi mówi, że jeszcze długo będę czuł. Wstępnie umówiłem się z nim, że za pół roku znowu przyjdę. Czułem się zmęczony i jednocześnie pobudzony. Podziękowałem mu, powiedziałem, że wykonał kawał kapitalnej roboty. Do następnego Przyjacielu. To był dla mnie zaszczyt. Tak zostało mi już afterglow, które nieco przypominało kwasa.

 

NA KONIEC:

   Podczas podróży wiedziałem dobitnie, że za wszelkie nasze choroby jesteśmy sami odpowiedzialni. Czy jesteś gruby, chudy, czy jakikolwiek - jaki duch, takie ciało. Jeśli sądzisz, że Grybki, Changa, Aya, Kaktusy to narkotyki, to... powodzenia. Dla mnie ludzie, którzy tak sądzą są ślepi, nie mają bladego pojęcia o Naturze. O subtelnym wymiarze, którego bezduszne narkotyki nie mają. Jestem samotnym wędrowcem, samoukiem. Odpowiedzialnym za swoje wybory. Sprzątam czasem lasy po ludziach. Nie krzywdzę. Mam wyższe wartości. W ważnych sprawach nic, albo wszystko - żadnych półśrodków. Niedogodności utrzymują mnie w formie. Wygoda przytępia zmysły. Wolę przygodę. Wolność!

 

KUCHNIA:

   Mimo, że dawkowanie ma znaczenie drugo, o ile nie trzeciorzędne, to jednak dla jakiegoś wariata szanującego naturę, który chciałby się wybrać na spotkanie z Donem Mescalito bez przewodnika, informacja o nim może się przydać. Zwłaszcza, że ludzie podają spore rozbieżności. Zdaj się na intuicję, to po pierwsze, (Don Mescalito Cię poprowadzi już podczas przygotowań). Ja chciałem zmielić kaktusa w młynku do kawy (specjalnie do tego celu kupionym - kawy nie pijam). Niestety nie pociągnął i od razu się zepsuł. Kroiłem więc 20g listków kory Peruvian Torch nożem przez dwie godziny (ciężko szło i zdarzały się ciut większe kawałki, choć zamysł był, aby zrobić proszek). Po tym wsypałem to do garnka, dodałem całą, pokrojoną w plasterki cytrynę i zalałem 1,5l wody. Gotowałem przez trzy godziny, stale mieszając, i co chwilę dolewałem wody, bo wyparowywała. Zrobił się z tego niezły kleik. Po tym czasie zrobiłem pierwsze tłoczenie przez durszlak, resztę zalewałem szklanką wody i powtarzałem. Tłoczeń zrobiłem trzy. Trochę przypaliłem końcówkę:-/ Trochę wyszło strat, ale niedużo. Dojadłem w fazie ładowania kilka suchych listków (jak się później okazało 3g). Myślę więc, że 20g zrobi robotę, ale można więcej. Zależy od Dona Mescalito. Dona Mescalito, który jest zabawnym gawędziarzem i wielkim wojownikiem. To naprawdę zaszczyt poznać go.

 

   Pozdrawiam duszyczki.

Ocena: 

Odpowiedzi

Ahhh te zwiedzanie kaktusowych światów... 

Ten raport, chociaż krótki najfajniej mi się czytało z twoich. 

"Ani przez chwilę nie czułem, aby trip mógł mnie przerosnąć." Heheh dokładnie tak, samo dobro

Dzięki:-) Samo dobro! Nie przypuszczałem nawet, jak bardzo przyjacielski i delikatny jest kaktus, pomimo olbrzymiej mocy. Pomyśleć, że się go tak bałem... Hehe Myślę, że szacunek, jakim go darzyłem jeszcze przed spotkaniem zaprocentował w czasie podróży;-)

To tylko sen samoświadomości.

Macie farta z tymi dojściami.  Kartony, kaktusy, grzybki, dementor. U nas to tylko jaranie, emka i koks. Kiedyś był jeszcze dobry mefedron a chwilowe opcje najczęściej idą się jebać psu w dupę :(

Dekadentyzm w ćpaniu, hedonizm w życiu.

Poza tym, że kiedy człowiek jest gotowy, to pewne rzeczy same się dzieją, to przecież kto szuka, ten znajdzie;-)

To tylko sen samoświadomości.

Cebulka przyjacielu :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media