Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

let me show you the definition of infinty

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
50mg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Wieczór. Gwieździste niebo. Pokoj. Dobre samopoczucie
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
DXM
THC
2C-P
4-HO-MET
Psilocybe semilanceata
Mirystycyna

let me show you the definition of infinty

Około godziny 23:00 decyduję się na wrzucenie 50mg 4-Aco-DMT. Miało być mniej, 30mg, nie tripowałem od jakiegoś roku, ale w końcu postawiłem na 50mg. Zawartość samarki wylądowała w ustach rażąc swą gorzkością. Potrzymałem to trochę w buzi i połknąłem.

Zdecydowałem się prezejść na spacer w blasku latarni zanim substancja wejdzie. Gdy nastąpił ten moment, wszystko już zaczyna się robić troszkę inne, ale nie widać jeszcze oczywistych zman percepcji. Wróciłem na swoją posesję z zamiarem przyglądania się gwiezdnemu, lipcowemu niebu. Zaczęło być coraz bardziej konkretnie, poszedłem po plastikowe krzesło i rozsiadłem się pod drzewkiem. Zacząłem spoglądać na gwiazdy. Nie mogłem jednak się skupić, ponieważ lekki niepokój i potrzeba zrobienie czegoś mi to utrudniała. Spojrzałem na rozłożystą lipę, której ciemne kontury wyglądały trochę inaczej niż zwykle. Były jakby bardziej kosmate, żeby nie być nudnym i nie powiedzieć, że wyglądały jak fraktale, coraz bardziej szczegółowe i przez to sprawiające, że cała ta ciemna lipa zrobiła się jakby bardziej puszysta.

Wtedy uświadomiłem sobie, że będzie źle. Zacząłem czuć się nieswojo na zewnątrz wśród świerków, które w świetle latarni mają dosyć, powiedziałbym, psychodeliczny wygląd. Te same świerki na które gapiąc się rok temu poznawałem piękno tryptamin. Tym razem pokazały mi ich drugą stronę.
Postanowiłem czym prędzej iść do domu. Gdy usiadłem na fotelu, włączyłem światło i uruchomiłem komputer uspokoiłem się. Nadal jednak czułem niepokój, Gdzieś za rogiem czaił się terror, gdzieś w podświadomości tliła się iskierka gotowa wybuchnąć podlana odrobiną autosugestii i niefortunnych zbiegów okoliczności. Aby ukoić nerwy włączyłem sobie Gayati mantrę śpiewaną przez niejaką Devi.LINK Nie żebym jakoś szczególnie wierzył w dobroczynne działanie tych mantr, ale to wykonanie jakoś przypadło mi do gustu ze względu na taki lekki nastrój (hehe w pewnym momencie to trochę mniej lajtowo brzmiało, ale nieważne). Faktycznie na jakiś czas uspokoiłem się zamknąłem oczy i zobaczyłem najpiękniejsze CEV-y jakie kiedykolwiek udało mi się ujrzeć. Piękne bardzo szczegółowe półkola ułożone jak łuska, przypominające mandale, kolorów czerowno pomarańczowych spływające w dół, morfujące się w kolejne piękne wzory którch niestety teraz już nie pomnę.

Coś jednak poszło nie tak, nie wiem czemu wcześniejszy stan wrócił. Dalej odczuwałem ciągły niepokój, postanowiłem wyjść na balkon na chwilę. I to może nie był najlepszy pomysł. Ujrzawszy księżyc w pełni  (albo i przed pełnią, duży był) cały ten lęk powrócił nagle. W dodatku, co jest dosyć ciekawe, poczułem zwierzęcą dzikość, miałem wrażenie, że moje ciało porasta futro, i w ogóle z chęcią to bym pobiegł w las. Coś jak tranformacja w wilkołaka. Może te legendy to prawda? XD Ludzie zjadający grzybki, w pełnie przemieniający się w krwiożercze stworzenia, ktore po ogryzienu poprzez ranę przekazują substancję psychoaktywne ofiarom skazując je na ten sam los. Dobra koniec żartów. Wtedy średnio śmiesznie było postanowiłem przesiąść się do drugiego pokoju włączyłem TV z zamiarem przesiedzenia tripa oglądając jakiś dokument na Discovery (od razu mówię że jak komuś się nie podoba takie spędzianie tripów to niech spierdziela do lasu ;P) Pech chciał że akurat przełączając między programami na jakimś Animal Planet leciało coś o jakichś rekinach czy coś i ujęcię pełnej kłów paszczy jakiegoś drapieżnika. Wtedy to już było za dużo. Straciłem panowanie.
Wpadłem w panikę. No może nie taką panikę że zacząłem latać po domu i się drzeć, ale serce znowu wskoczyło na wysokie obroty. Wszedłem na hyperreal żeby zobaczyć ile trip na 4-aco-dmt trwa, niby wiedziałem, ale jakoś koniecznie musiałem sprawdzić. Okazało się to bardzo trudnym zadaniem. Włączyłem której FAQ dot. trypci i scrollowałem ciągle nie mogąc znaleźć odpowiedzi. Układ strony zdawał się jakimś magicznym sposobem teleportować ciągle czytałem to samo. Zrezygnowałem kompletnie i postanowiłem położyć się na łóżku i przeczekać najgorsze, a było co.

Położyłem się i zacząłem mieć różne halucynacje. Nie pamiętam rzecz jasna wszystkich, ponieważ, przynajmniej tak mi się wtedy zdawało była ich nieskończona ilość. Kilkanaście (tysięcy) różnych sytuacji zmieniających te chwile w piekło. W sumie chyba tak wyobrażałbym sobie piekło jeśli uważałbym że istnieje. Warto dodać że byłem dosyć senny gdy się położyłem, zamknąłem oczy i zobaczyłem bardzo ciemny las i kontury różnych postaci, jeśli ktoś ogląda Family Guya i pamięta odcinek w którym Brian miał bad tripa po grzybkach to powiedzmy że była to podobna sceneria. Jedną z "wizji" był jakiś wypadek, czułem ból nogi, który cieżko mi teraz ocenić czy był urojony czy prawdziwy. Innym razem miałem też wrażenie że mam krew w ustach, chociaż żadnych jej śladów nie znalazłem, więc to był omam. Wcześniej tamtego dnia oglądałem krótki dokument o skokach ze spadochronu. Mgliście przypominam sobie jakąś wizję podczas której leciałem między chmurami. Charakterystyczne dla tego tripa była powtarzalność. Niektóre wizje się powtarzały, w dodatku w przerwach między nimi już na jawie, robiłem mniej więcej te same rzeczy, tj spoglądałem na różowe pudełko, jakiś kwiatek, firanki. Oprócz tych wizji tak jakby na granicy słyszalności, słyszałem warknięcia i inne straszne dźwięki. Miałem wrażenie że jestem osaczony. Nie wiedziałem przez co, nie myślałem o psach, wilkach, jakichś potworach. Jakieś takie złe duchy. Wyraźnie jednak czułem obecność. Bałem się wykonywać gwałtowniejsze ruchy, na tyle że ciągle leżałem na jednym boku. Trwało to w moim odczuciu wieczność. W ogóle po tym tripie trochę bliższe stało mi się pojęcie nieskończoności.

W końcu gdzieś ok 3-4:00 nastąpiło stopniow ocknięcie. Podczas tamtego koszmaru byłem nim na tyle pochłonięty że nie zwracałem zbytnio uwagi na świat zewnętrzny. Skupiałęm się na wnętrzu z niedługimi przebłyskami mojego pokoju. Nagle tak jakbym się przebudził ze snu, to dosyć podobne uczucie. Od razu poczułem ulgę, jednak bałem się jeszcze trochę że to powróci. Poszedłem opróżnić pęcherz i wróciłem do pokoju. To było trochę dziwne bo mam i miałem wtedy wrażenie że zrobiłem to jakby od tyłu, z odwrotną kolejnością( nie było tak jednak o czym siadczyły suche spodnie). W ciągu jakichś 5min efekty ustały całkowicie. Muszę przyznać że to uczucie powrotu do trzeźwości to jedno ze lepszych uczuć na świecie. To coś jak uniknięcie śmierci (wiem co mówię).

 

Czasami myślę że niektórym ludziom przydałoby się takie przeżycie, może nie cały wymiar, ale takie 15 min nauczyłoby ich z pewnością jakiejś pokory, a może i czegoś więcej. Na pewno przemyślenia dużej części były by jedne- NIE BRAĆ PSYCHODELIKÓW. Innym by się może spodobało- z tymi nie chciałbym mieć nic wspólnego. Natomiast ja nie uważam że należy definitywnie kończyć przygodę z psychodelikami. Ten trip mnie wiele nauczył. O tym jak działa podświadomość, pozwolił mi docenić wiele rzeczy, może mnie trochę zahartował. Spowodował wiele przemyśleń na różne tematy. Pomimo iż te kilka godzin to było piekło na ziemii, to coś z tego wyniosłem. Na przykład to że benzo zawsze pod ręką.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media