Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

każdy mężczyzna i kobieta jest gwiazdą

detale

Apteka:

raporty unknown

każdy mężczyzna i kobieta jest gwiazdą


450mg DXM [Acodin] 170cm, 65kg.

[txt pisany na "zejściu" DXM...12 godzin po całym zajściu]



Sytacja przedstawiała się następująco... DXM wciągnęło mnie troszeczke...

Zarzucałem w odstępach czasowych:

4dni-> 4dni-> 4dni-> przedwczoraj->wczoraj

(łącznie 5 tripów do tej pory)

Po każdej jeździe rano wypijam browarka (ekonomicznie wychodzi:P).

Dawki - 400-600mg. Tripy są na zmiane- jeden fajny, następny zwalony,

znowu fajny, znowu zwalony... nie wiem od czego to zależy.

Wyczaiłem na razie że jak chcę w jakiś sposób "wpływać" na moją banię:

tzn. próbować wczuwać się w ciało, kontrolować myśli, to faza zaczyna mijać,

i jest strasznie lightowa...(o ile o DXM można w ogóle powiedzieć że jest

lightowe)

a potem długo nie umiem zasnąć i rano budzę się z kacem i ogólnie jak kapeć.

Gdy "poddam się" fazie, pozwolę by DXM prowadził mnie za rączkę jest o niebo

lepiej, rano wyśmienity humor.

Przedwczoraj wrzucałem 450mg i był "kapeć" i (po raz pierwszy coś takiego

miałem po DXM) w ogóle odechciało mi się jeść.

W każdym bądź razie spróbowałem dzisiaj w nocy (też 450mg).

Nie będę się rozpisywał dokładnie o całym tripie

...chodzi mi tylko o jeden motyw...

A miamowicie: Różne już miałem "schizy" po DXM, najróżniejszej maści

(matrixy, lecenie tunelami dotykanie myśli itd. itp)... ale wczoraj

przeżyłem coś dziwnego:

Byłem zmęczony po przedwczorajszej jeździe, zamotany totalnie, nie spałem

ani jednej godziny bo...nie umiałem...(mniejsza z tym)...ale "coś" mi

mówiło,

że choć by nie wiem co się działo dziś też mam wrzucić... potem

stwierdziłem, że

to może być nawet niezłe przeżycie, bo jak jestem "zmęczony" (tzw. stan

zombie:-) każdy drags

działa na mnie inaczej...mocniej...i w ogóle bardziej "psychicznie".

OK. o 23 wrzucam tabsy... bania...to co zwykle...po pewnym czasie

kładę się do wyrka, sklecam jakąś play-listę w winampie, słuchawki na uszy i

się kładę.

Fajnie. luz. Wizuale zajebiste, uczucie też...no i wogóle wyczesana

bania.

W pewnym momencie wpadłem na pomysł by "poddać się" całkowicie...

Przestałem zwracać uwagę na muzykę (do tej pory, na każdej bani, co by się

nie działo zawsze wiedziałem że muza leci i mimowolnie zwracałem na nią

uwagę...

no nie wiem jak to wytłumaczyć ale postanowiłem przestać zwracać uwagę na

muzę

i ... po prostu przestałem)...ciało zaczyna się "rozjeżdżać", myślę

\'zajebiście...może

w końcu uda....stój wróć...mam nic nie myśleć....\' i po prostu patrzę co się

będzie działo... i teraz motyw:

zawsze rozjeżdżałem się najwyżej metr od ciała...tzn. czułem że jest fajnie,

ale

ten "ślad" potem ginął...myślałem że to normalne... w każdym bądź razie

zaczynam nagle słyszeć coraz głośniej szum krwi w uszach...(nie wiem

czy serce biło mocniej, czy słabiej...nie zwróciłem wtedy uwagi)...

ok. myślę...szkoda że wizuale mi się skończyły 15 minut temu....

w tym momencie zdaję sobie sprawę że nie widzę...ale to nie jest

uczucie jak bym miał zamknięte oczy...po prostu nie widziałem NIC.

żadnej czarnej plamy, żadnych zamkniętych oczu...

nie wiem....po prostu NIC. jak by mi się zmysł "wzroku" wyłączył...

i uczucie że lecę...lecę....coraz szybciej, szybciej...w końcu

czułem się prawie jak rakieta...nagle poczułem że wokoło jest rano...

jest blado niebiesko...lecę dalej...czuję jakiś specyficzny "wiatr"...

cały czas jestem całkowicie obojętny...CAŁKOWICIE...

nie zwzrusza mnie to absolutnie...nagle poczułem jak by mi na głowę

założyli strasznie dużą czapkę....jak bym miał takie wiecie...jak traperzy

noszą futrzane coś na głowie....tylko bez tego ogonka...

czułem jak coś się w środku "przelewa" z jednej części mózgu do drugiej....

w tym momencie pomyślałem

"o kurwa, a jak przesadziłem z DXM, a to wywołuje nieodwracalne zmiany w

mózgu

i mi się właśnie mózg jebie, i ... umieram?"... potem już nie myślałem...

czułem że nie należy teraz myśleć bo to jest niepotrzebne...

CZUŁEM że i tak jak umieram to po jaką cholere o tym myśleć...

tzn. pojmowałem to wszystko tak ... od razu...jak "pstryk" palcami....

i nagle...

najpierw słowo wyjaśnienia...każdy kto brał DXM wie czym są haluny po

nim....

to tak naprawdę nie są haluny tylko wizuale...w końcu w RL nie widać

praktycznie

żadnych znaczących zmian (no chyba że siedzimy w ciemnym pokoju

i dostatecznie długo wpatrujemy się w ciemność...ale to i tak nie jest to co

za zamkniętymi oczami)

tak więc wizuale wizualami...miałem już naprawdę "realne" przeżycia...

ale w tym momencie, jeśli "wizuale" porónać do fruwających

w okół 256 kolorowych bitmap, to zobaczyłem jakiś objekt w pełnym 3d,

32bitowej głębi kolorów, przy wykorzystaniu całej możliowości najszybszego

kompa świata.

Zdałem sobie sprawę żę wszystkie "wizuale" są wyprane z kolorów w prównaniu

z tym..

była to trójwymiarowa biała gwiazda z żółtym odcieniem.... tzn w śrdku

miała malutką

kulkę, a której wystawały "kolce"...ramiona gwiazdy...

ogólny kształt był "okrągły"...i zajmował całą "powierzchnię obrazu"...

wizuale zawsze mają "odcień" nieralności...tamto miałem pewność że

mimo swej "nieralności" jest prawdziwe...też nie wiem jak to teraz

wytłumaczyć....

było strasznie wyraźne...mogę nawet powiedzieć że to było bardziej

rzeczywiste od mojej klawiatury na której piszę. Czułem że "to jest to".

Środek gwiazdy jaśniał coraz bardziej i zaczął się rozstępować robiąc mi

miejsce,

w środku było niby na pierwszy rzut oka ciemno, ale cały czas było jasno.

Było nawet jaśniej (geez...ja wiem że to głupio brzmi...ale tak było).

W tym momencie pomyślałem "o kurwa". Nagle przypomniało mi się,

że ja tak naprawdę w tym momencie gdzieś leżę na ziemi,

w ciepłym łóżeczku, pod kołderką, jest od cholery gorąco i wieczorem

była burza. Otworzyłem oczy by zobaczyć czy świat jeszcze istnieje.

No i ... otwieram, patrze....sufit....szary jak obudowa kompa...

zamykam...nic....zwykły widok jak po zamknięciu...

czekam...czekam...nagle..."budzę się" jak bym był w innym świecie...

"otwieram" moje drugie oczy, widzę wszystko wściekle granatowe, świeci

dziwny

księżyc, (uczucie tak samo REALNE jak ta biała gwiazda przed tem)....

nagle zdaję sobie sprawę że słyszę jakieś syczenie...

i....koniec...

czekam jeszcze chwile....i do jasnej ciasnej...jestem troche zawiedziony....

bo w jednej sekundzie "kolor" za oczami wyblakł, zwykłe czarne powieki,

podnoszę się z wyrka, wyłączam kompa...

prawie jestem trzeźwy.... próbuję iść...prawie normalnie...

ok... łeb mnie nie boli. stoję chwilę.... wszystko takie...oczywiste...

choć nie wiem o co chodzi....

ide spać...wiem że zasnę....wiem że rano nie będę miał "kaca"...

wiem że to była dobra jazda...



[Kolejna Głupia Ksywka]

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media