Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

dxm - brama percepcji...

detale

Apteka:

raporty unknown

dxm - brama percepcji...

Doświadczenie - średnie, ale prawie wszystko z tej listy w ciągu dwóch miesięcy - MJ, gałka (X2), tramadol (x3), pabialginum, benzydamina (x2), tussipect, and last but not least - DXM (x3).




Zacznę od tego, że jeszcze 2 miesiące temu jedyne używki jakie znałem to MJ i alko, a mocniejsze rzeczy tylko chodziły mi po głowie. Aż pewnego dnia [...] się zaczęło.

Nie będę tu opisywał wszystkiego, skupię się na ostatnim weekendzie, który stał pod znakiem dwóch opakowań acodinu.


Wcześniej żarłem dwa razy po 450mg i było bardzo przyjemnie, czułem jednak że czegoś mi brakuje, kiedy przestawało działać czułem niedosyt. No i stąd pomysł na 900mg.


Set&settings - w ten piątek zerwałem ze swoją dziewczyną, więc nastroju nie miałem najlepszego, ale jako że 2 acodiny już leżały schowane w szafce, nie było odwrotu. Stary wyjechał, byłem w domu z mamą. Poczekałem cierpliwie aż pójdzie spać, i gdzieś około 1 w nocy zacząłem łykać po 5 pilsów, popijając wodą z cytryną - moim zdaniem to najlepiej łagodzi chęć rzygania. Po drugiej w nocy 700mg było już zjedzone. Początkowo wszystko było jak wcześniej, czyli księżycowa grawitacja, wata w głowie, poczucie błogości itd. W międzyczasie oglądałem filmy z dvd, żeby mieć alibi dlaczego siędzę tak długo w nocy. Zapuściłem chyba najlepszy filma na takie zabawy, czyli Las Vegas Parano. Oglądałem go już szósty raz, ale tylko raz na trzeźwo, więc za każdym razem odbierałem go inaczej. Kiedy się skończył gdzieś po trzeciej, było już naprawdę dobrze, nie ma mowy żebym poszedł spać. Chyba z 15 minut zajęło mi nastawienie nowego filmu, tym razem Wspaniali Bracia Baker - takie smutne romansidło, sam nie wiem czemu wybrałem akurat to, ale chyba po prostu bałem się swojej reakcji gdybym zapodał np. Resident Evil albo coś w tym stylu. No więc film sobie leci. Ja też już wtedy leciałem, to chyba najlepsze określenie. Niewiele z tego oglądania zapamiętałem, wiem że co chwilę gubiłem wątek, nic nie rozumiałem z tej historii, łapałem schizy że to najbardziej dołujący film jaki kiedykolwiek powstał, dopadał mnie ogromny strach i lęki kiedy całkowicie gubiłem fabułę, momentami myślałem że sam w nim gram i takie tam. Gdzieś tak od połowy całkiem straciłem kontakt z tym co działo się na ekranie, bo poczułem że umieram. Nie był to jednak jakiś paniczny strach, jak można by sobie wyobrazić uczucie śmierci. To była raczej wszechogarniająca świadomość, że nic nie istnieje naprawdę, nie ma mnie, nie ma tego pokoju i filmu, wcale tam nie siedzę, jestem jakby zawieszony w przestrzeni. Jestem tylko tym co myślę. Czułem że tak już będzie zawsze. No ale film się skończył, było po piątej rano ale miałem jednak świadomość że jeśłi zacznę oglądać jeszcze jeden, matka może się rano trochę zdziwić, dlatego z ogromnym trudem zmusiłem swoje ciało do wyłączenia tv i zacząłem iść na góre do pokoju. Nie było to łatwe, musiałem czepiać się ścian jednocześnie starając się być jak najciszej. Było całkowicie ciemno, wszędzie jednak widziałem rozbłyski światła, tańczące świetlne punkciki i słyszałem w głowie szum jakbym był na plaży. Jakoś dowlokłem się do łóżka, udało mi się rozebrać. W tym momencie miałem wrażenie że lekko mnie już puszcza. Zgasiłem światło i położyłem się. I wtedy się kurwa zaczęło. Kiedy zamknąłem oczy, znalazłem się... nigdzie. Nie potrafię tego opisać w inny sposób, po prostu pogrążyłem się w niebycie. Nie miałem ciała, w ogóle czułem że fizyczność nie istnieje, byłem tylko świadomością, niczym nie ograniczoną świadomością. Leciałem przez świetlne tunele, wisiałem zawieszony w jakiejś świetlistej cieczy, nic nie istniało w świece rzeczywistym. Mogłem pojawiać się w każdym miejscu jakie zapragnąłęm sobie wyobrazić, widziałem niezliczoną ilość twarzy z którymi rozmawiałem. Nie było mowy o jakimkolwiek uczuciu strachu - takie "ziemskie" uczucia w ogóle nie istniały, kurwa, nic nie istniało, tylko niczym nie ograniczona, całkowicie wolna świadomość. Niestety, wyrwała mnie potrzeba wylania się, poczułem się z powrotem w ciele fizycznym które zaprowadziłem do łazienki. Zrobiło się wesoło, bo kiedy wstawałem słyszałem w głowie brawa, wiwaty i okrzyki na moją cześć, publiczność (?!) życzyła mi powodzenia, i tak przez całą drogę do kibla. Zlałem się do umywalki i wróciłem do łóżka. Znów jak tylko zamknąłem oczy, wszystko wróciło do "normy". Nie było fizyczności i świata. Ale najwspanialsze uczucie dopiero mnie czekało. Tutaj już czuję że słowa to zdecydowanie za mało żeby opisać to co czułem. Mianowicie, te wspaniałe wrażenia jakie wcześniej opisywałem, odczuwałem do tej pory pojedyńczo, jako jedna - moja własna świadomość. Teraz jednak czułem to samo, ale trzema osobami na raz, stałem się trzema, niezależnymi jaźniami, z których każda odczuwała samodzielnie, ja byłem każdą z nich. Pamiętam że pomyślałem wtedy, że jeśli tak wygląda choroba psychiczna i rozpad osobowości, to jest to wspaniałe uczucie. W tym stanie w jakim się znajdowałem nie było absolutnie żadnych granic i rzeczy niemożliwych do objęcia dla umysłu, nawet to, że czułem iż jedna z tych części jest kobietą, dokładniej mówiąc ja byłem kobietą, miałem poczucie jej ciała, jej myśli i jej całkowitej świadomości. Wiem jak to musi niedorzecznie brzmieć, ale tak to po prostu wyglądało, żadna z tych rzeczy które doświadczyłem w żadnym stopniu nie wydawała się niemożliwa, ani nawet minimalnie dziwna. Wszystko było wtedy tak normalne, jak teraz normalne jest dla mnie to że siędzę i piszę. Więcej nie pamiętam, domyślam się że po prostu zasnąłem. A tak przy okazji spania - ten stan w którym się znajdowałem bardzo przypominał sen, kiedy też wszystko jest możliwe, nie ma rzeczy dziwnych, z tym że był on w całości pod moją kontrolą i 100 razy intensywniejszy niż jakikolwiek sen.




Następnego dnia wszystko ustąpiło, poza zachwianą grawitacją. Ale okazało się że matka gdzieś jedzie na cały dzień, więc po śniadaniu dojadłem pozostałe ok. 200mg acodinu. I było dobrze, nie będę się wdawał w szczegóły - miałem wrażenie że wcale nie wstałem i cały ten dzień ciągnie się od wczoraj kiedy zacząłem żreć w nocy. Kiedy mama wróciła pod wieczór już mi przeszło. A kiedy znów poszła spać, wziąłem 5 tabletek przeterminowanej pabialginy, poza dzwonieniem w uszach nic się nie działo, więc wypiłem 2 razy po ok. 100 kropel tramalu i poszedłem do łóżka w nadzieji na powtórkę z wczoraj, ale nic z tego. Nie ma porównania.


Kiedy to piszę minęły 3 dni, ale dalej dochodzę do siebie, czuję się baaardzo dziwnie i tęsknię do uczucia niebytu, bo tak naprawdę zacząłem xperymentować właśnie żeby całkowicie się w tym zatracić. Mój organizm też jeszcze nie doszedł do siebie, np. dzień po weekendzie sikałem tylko 3 razy, chociaż dużo piłem, a mocz był zajebiście ciemny i gorący, domyślam się że nerki i wątroba długo mi tego nie wybaczą.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media