Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

drzewo

detale

Apteka:

raporty unknown

drzewo


Ten konkretny trip nie miał być niczym szczególnym, byłem nastawiony na lekką i miłą wycieczkę w świat iluzji, zatopiony w dźwiękach niemożliwie pięknej w swej dokładności muzyki. Ale Wielki DextroMethophor chodzi swoimi ścieżkami i nie zważa na zabawnych mieszkańców jeszcze smutnej planety. Uznał, że dość już bycia miłym wujkiem i trzeba przykładnie ukarać tego, kto ośmiela się zakradać co noc każdego nowego miesiąca, od już dwóch z hakiem lat do jego transcendentnej rezydencji.


W skrócie sytuacja była taka: Jest poniedziałek, mam ochotę na DXM, ale jutro muszę zwlec się do pracy przynajmniej o 7 rano. Udałem się więc do apteki z postanowieniem wzięcia tego co wpadnie w moje niecierpliwe łapki jak tylko się da najszybciej [zgodnie z zasadą: im wcześniej bierzesz, tym szybciej złazi]. Jest godzina 1915, biorę 3x30mg, w odstępach 15 minutowych, do godziny 2030 [łącznie 510mg, jeden kumpel podkradł mi pozostałe 390mg :]. W międzyczasie biorę 2x1200mg piracetamu [nootropil] celem zmniejszenia ew. neurotoxyczności dextrometophoranu. Piracetam przy okazji intensyfikuje i skraca sam trip, ale to właśnie jest mi na rękę.


O 2015, ku mojej wielkiej uciesze odwiedzili mnie znajomi coby „jakieś filmidło obejrzeć”. Optowałem za terminatorem 2, licząc na późniejszą jazdę w tych klimatach, ale ziomki niechętni były shawrzeneggerowej rozwałce. Obejrzeliśmy Family Guy’a. 2145 - nie jestem w stanie podnieść się z wyra, a mówienie sprawia mi wielkie trudności. Wyjątkowo domyślni znajomi uznają, że najlepiej będzie jak mnie zostawią samego sobie. Ściskam się z przyjaciółmi, zamykam drzwi i zaaaap...


O dziwo po chwili dochodzę do siebie i rzeczywistość wita mnie żygiem w kiblu. Zeżygany, półwesół postanowiłem udać się w daleką i pełną niebezpieczeństw podróż Do Łóżka, po drodze szukając mistycznego artefaktu, znanego w kręgach kuglarzy jako Czarne Słuchawki. Największym wyzwaniem staje się trafienie starożytną Końcówką Jack w Pradawne Gniazdo w Kompie. Uff, udało się. Mam ochotę pochwalić się moimi dokonaniami, ale uświadamiam sobie że nie mam komu, cóż...


Z słuchawek popłynęły informacje, które przybrały ostateczny kształt nowej płyty System of a Down [na co dzień słucham elektroniki]. Muzyka nie prowadziła mnie za rękę po sennych krainach, jak to jest w wypadku w/w elektroniki, ale bezceremonialnie galopowała nie zważając na mnie, podskakującego w siodle. Początkowa ciemność zamkniętych oczu okazała się czernią zbroi moich towarzyszy. Pędziliśmy na koniach przez rozległy, brzozowy las, a promienie słońca prześwitujące przez liście rzucały na okolicę migotliwą, bladozieloną poświatę. Nagle zatrzymałem konia. Nie było sensu gnać za towarzyszami, zresztą dawno już ich zgubiłem. Być może nigdy nie istnieli.... Muszę być ciężko ranny, mam halucynacje... Otwieram oczy, patrzę na zegarek 2248. Zamykam - uff las istnieje, ale już nie ten sam; jakby mroczniejszy, ale nie straszny.


Podchodzę do drzewa.. Pragnę odpocząć, a słońce delikatnie muska moją twarz. Spoglądam na drzewo.. jego kształt... taki znajomy. Czuję jego ziemisty, drzewiasty zapach, słyszę szum jego zielonych, zdrowych liści. Dotykam go.. Czuję nierówną fakturę kory. Nieskończone fraktalne ścieżki zakodowane w każdej jego komórce, w nieskończenie małych cząstkach jego kodu genetycznego.


Ale to drzewo jest mi obce, nie mogę go poczuć całym sobą, nie mogę stać się z nim jednością. Moje niedoskonałe zmysły, przekazujące mi obraz, dźwięk i zapach są niewystarczające... Wiem, że nigdy nie poznam prawdziwej postaci Drzewa.


Otwieram oczy, godzina 2252. Czas płynie tak wolno...


Zamykam oczy, a tam nadal stoi niewzruszone Drzewo [nigdy nie miałem halucynacji które by przetrwały otwarcie oczu]. Wiem, że Drzewo musi być z jakiegoś powodu wyjątkowe. Zrozumiałem, że tylko śmierć pozwoli mi poznać prawdę. Jak umrę stanę się jednością z Ziemią, będę częścią każdego istnienia naszej planety. Ale jeśli umrę, to czy będzie to miało to jakieś znaczenie? Bez zmysłów nie będę istniał. Ale czy moje zmysły to wszystko czym jestem? Przecież jak umrę czas przestanie mieć znaczenie. Czas się zatrzyma i jednoczesnie przeminie cały w swej skończonej ciągłości.


Jestem częścią wszechświata. W momencie mojej śmierci wszechświat także przestaje istnieć- umierając wypadam poza czas, wszechświat, który powstał w wielkim wybuchu, ginie w wielkim kolapsie. zostajemy w tym samym punkcie z którego wszystko się zaczęło.


Ta myśl była punktem zwrotnym mojego tripu. Od teraz, pozbywszy się tak charakterystycznej dla gatunku ludzkiego obawy przed śmiercią, mogłem bez przeszkód oddalić się od rzeczywistości, oddać się w pełni dxmowej iluzji. Była godzina 2301, niestety, choćbym chciał, nie mogę napisać co nastąpiło dalej. Były to już przemyślenia na tematy nie związane z ludzką egzystencją i naszym ziemskim padołem, więc niemożliwością jest przełożenie ich na ludzką mowę symboli i cyferek.



Ten trip wstrząsnął mną dogłębnie, miałem wrażenie że dotykam czegoś ważnego. Jakkolwiek. Bez przesady muszę przyznać, że był to najdojrzalsze i najpełniejsze z moich dxmowych doświadczeń.

text ten powstał ok. 8 rano, w pracy, pod ciągle jeszcze silnym wpływem dxmu. Późniejsza poprawa literówek, składni i pisowni zajęła mi więcej niż samo pisanie oryginału :]

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media