Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

cześć matura

detale

Natura:

raporty unknown

cześć matura

Doświadczenie: marihuana, haszysz, extasy, amfetamina, grzybki halucynogenne, benzydamina, kodeina.




Dawka: 5 pigul (smerfy) doustnie.




Set&Setting: dobrej jakości impreza techno w średniej wielkości klubie.






Mam już calkiem spore doświadczenie z różnymi pigulami, więc pierwsza część tego raportu jest zapisem moich myśli dzień przed imprezą. Druga część, znacznie krótsza, jest krótkim podsumowaniem imprezy - większość przeżyć bowiem pokrywa się z tymi, które przewidzialem w części poprzedniej.




28 marca 2005, o godzinie 9.00 rano myślałem o tym, w co się ubrać na świąteczny obiad. Spodnie sztruksowe, wieczorem wyjęte z prania i nawet nie przewrócone na poprawną stronę; koszula biała, ze sztywnym kołnierzykiem i mankietami ściśle opinającymi nadgarstki, oczywiście wpuszczona w spodnie, spięte czarnym pasem z autentycznej skóry; szyja przyjemnie zaciśnięta czerwonym krawatem w czarną kratę; marynarka z brąz sztruksu, moja ulubiona. Stojąc spokojnie, wyprostowany, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie angielskiego nakrycia, pod którym czułem się niczym jedyny wysłannik cywilizacji na tych ziemiach, odbywałem swój staż wśród ludów, które z żenującą powagą naśladowały moją kulturę, moją moralność, mojego ducha.


Na dźwięki, dobiegające spod idealnie okrągłych kół święcącego w słońcu auta, które właśnie podjeżdżało pod dom, w który mieszkałem, odpowiedziałem krokiem w dół po schodach. Chciałem z należytym honorem powitać przybyłych gości, lecz wtedy dłonie, które mimowolnie wyskoczyły z kieszeni, kierując się własnym instynktem, powędrowały do tej małej, wewnętrznej skrytki marynarki, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu, zapakowane w przeźroczysty pakiet, zamknięty z należytą dokładnością, tak by żadna wilgoć nie dostała się wewnątrz, ani żeby nawet mała kruszyna nie wysypała się na zewnątrz, czekały na zjedzenie szaro-różowe pigułki, 15 złotych każda. Ja dostałem je za 10 złotych sztuka – klientów i przyjaciół zdobywa się odpowiednim gestem.


Tym razem ich nie było. Nie było to jednak bynajmniej przedmiotem mego zmartwienia, w końcu za miesiąc piszę maturę, nie, dobrze, że nie mam nic magicznego ze sobą. Mój umysł jest czysty, jasny, skoncentrowany na celu, który zapewnie mi szczęscie w życiu i, jeżeli takowe istnieje, także w życiu pośmiertnym. To, co robiłem kiedyś, przeminęło i niech więcej już nie wraca.


O godzinie 12.15 dowiedziałem się o jutrzejszym TechnoSpeedzie w klubie [...], a o godzinie 12.30 uzgodniłem z kumplem, że zjemy po trzy piguły. No i jeden gram zioła. Wystarczyłoby pół, ale co robić, gdy człowiekowi wpaja się od malutkiego trwogę przed brakiem podstawowych środków do życia. Strzeżonego pan Bóg strzeże.






Scenariusz jest następujący: wchodzimy i rozglądamy się najpierw przy barze za znajomymi twarzami, jęcząc w cichej nadzieji, że nie będzie tu nikt z ludzi, których spotykamy, i niejako utrzymujemy społecznie poprawne stosunki, w szkole, w gronie rodziny, bądź - co byłoby najgorszą rzeczą, jaka w tym momencie mogłaby nas spotkać - osób, które są nam w jakikolwiek sposób bliskie. Dancefloor też powinnien być choćby pobierznie przeegzaminowany pod kątem jakości powierzchni, na której spędzimy następne sześć do dziesięciu godzin.


Kwestia zawinięcia towaru jest, o ile cała akcja toczy się bez przeszkód, niemal niezauważalna. Jak szczepionka, gdy byłeś jeszcze małym dzieckiem – przed gabinetem boisz się, wewnątrz mechanicznie wykonujesz wszystko, co Ci rozkażą, i gdy czekasz na to coś, co przyprawiało cię o dreszcze od samego rana, słodka pani pięlęgniarka mówi, że możesz już wyjść.


Boże, oby nie było żadnych przeszkód, oby towar został dostarczony, oby diler nie zawiódł, o to jedno Cię teraz proszę, a gdy tylko wytrzeźwieję, będę żył według Twoich przykazań. Naprawdę.


Szybkie, ukradkowe spojrzenie na pigułę, choć przecież w tym momencie nie jest już takie ważne, co to jest, ważne jest to, że za chwilę będzie to już powoli rozpuszczać się w naszych żołądkach, by po dziesięciu, może piętnastu minutach, zacząć powoli krążyć we krwi, początkowo niezauważalnie, organizm będzie się bronił przed zaburzeniem tej spokojnej homeostazy, którą utrzymywał sobie do tego momentu. Lecz serce zacznie bić trochę szybciej, temperatura ciała wzrośnie, muzyka z każdym uderzeniem beat’u bedzię piękniejsza (i nie będzie to wyraz wspaniałych umiejętności DJ\'a), bas w uszach będzie coraz bardziej miękki, coraz bardziej wszechogarniający, dźwięki nie będą tylko d ź w i ę k a m i , lecz nośnikami wibracji, dreszczy, swędzenia, pęcznienia, skurczy i wzmożonego poczucia świadomości, ulokowanego już nie w głowie, lecz w każdej kości ciała, aż nagle .... KABUM!




- I hate to say that, but I think I\'m getting the fear…*




Lecz niepokój szybko przejdzie, strach będzie ledwie migającą reminiscencją rzeczywistości, o której na tym poziomie (poziomie czego? Pytanie prześladować będzie nas do samego końca, lecz żaden z nas nie zada tego pytania) nie jesteś w stanie wyrokować, dotarło bowiem do Ciebie, że do tej pory nigdy nawet nie rozumiałeś znaczenia tego słowa. Jedna myśl wypełni cały Twój umysł, a nawet poczujesz fizycznie, jak w Twoim mózgu prąd próbuje ci dać do zrozumienia, że wszystko, co dzieje się poza tym klubem to:




- Utter nonsense. We’ve found the main nerve.*




Oto miejsce, w którym wszystko się zaczęło.


Oto miejsce, w którym wszystko się skończy.


Oto miejsce, w którym żyjemy: ja, mój kumpel i wszyscy ci, którzy naćpani krążą wokół ... poprostu k r ą ż ą w o k ó ł .




Według planu początkowo połkniemy po jednej pigule, a pół rozgryziemy. To zadziwiające, jak uparci potrafimy być w realizowaniu naszych zamierzeń, jak niestrudzenie pokonujemy niepojęte dla normalnego człowieka przeszkody w realizacji planów, do jakich poświęceń jesteśmy gotowi, by uczynić zadość naszym nadziejom i marzeniom.


(Tak, jak, gdy jakiś czas temu, znajomy, który obiecał przywieźć nam zioło do domu, nagle przestał odbierać telefon. Nie musieliśmy się nawet naradzać, by jednocześnie zacząć się ubierać i udać w podróż do zielarza. To była zimowa noc, drogi oblodzone, a my na piechotę dreptaliśmy pięć kilometrów, z jeden wsi do drugiej, przez otwarte przestrzenie oszronionych pól, po to, abym po pół godziny czekania pod domem mógł, jedynie przy świetle księżyca, wyglądającego zza ciemnych chmur od czasu do czasu, zawinąć trochę przyjemności w bibułkę, którą skonsumowaliśmy niezwłocznie, bowiem ktoś lub coś, dostrzegając nasz trud, przysłał nam PKSa. Jechałem na stojąco, dziarsko spoglądając w rozświetlaną światłami autobusu ciemność, czując w tym metaforę mego życia.)




Nie miną pełne trzy godziny, gdy spalimy już przynajmniej półtora paczki papierosów i wypijemy mniej więcej po trzy butelki wody na głowę. Wiem, jak będzie wyglądał taniec. Przede wszystkim musimy być w tej samej okolicy, by wiedzieć, że wszystko jest w porządku. Dłuższa niż piętnaście minut nieobecność któregoś z nas wywołuje w drugim niepokój, który opanowany może zostać jedynie przez naoczny dowód, że kolega żyje i ma się dobrze. Jeżeli chodzi o dbanie o wzajemne bezpieczeństwo, żadne narkotyki nie są w stanie zaszkodzić temu precedensowi. Oczywiste jest, że jeżeli z którymś z nas dzieje się coś niedobrego, drugiemu stać się może dokładnie to samo, to jedynie kwestia czasu. I wtedy ja będę potrzebował opieki.


Poza tym, obecność kumpla na dancefloorze jest nieodzowna, by móc się wygadać. Najpierw jeden zaczyna opowiadać, jak się dziwnie, dziwnie, lecz dobrze, czuje, co się dzieje z jego palcami, nadgarstakami, o! a jakie piękne światła, a drugi próbuje się go pozbyć - nic jeszcze nie czuje, więc próbuje sobie masę wkręcić, a do tego trzeba być skupionym, co gadający kolega wciąż uniemożliwia, nachylając się co chwila do mojego ucha, pozbywam się go patrząc na podłogę, na tańczących ludzi, wykonując ruchy, których nie wykonuję na codzień, hmm... coś jest nie tak, coś chyba przykleiło mi się do butów.




- Ej, chyba coś przykleiło mi się do butów. Jakaś guma.




Kolega patrzy tylko kątem oka.




- Ej, chyba skarpetek zapomnialem założyć.


- Ej, chyba naprawdę w coś wlazłem.




Kolega się odwraca, zaczyna tańczyć wokół jakiejś dziewczyny.




-Ej, ale dziewczyne wyrywasz. Sądzisz, że masz szanse?




Tak, masa już na pewno weszła – nawijka się rozkręciła, ale muszę uszanować masę kumpla.


Choć odpoczynku tak naprawdę nie potrzebujemy, to całkiem przyjemnie jest sobie posiedzieć, potrzymać butelkę wody w dłoniach, pobawić się ogniem zapalniczki i mówić, opowiadać, rozmawiać, dyskutować, wykładać i nawet poprostu ruszać szczęką, która zmieliła tego wieczoru już niejedną gumę. Temat nie ma wielkiego znaczenia, cokolwiek nie powiesz, o czym kolwiek nie pomyślisz, jest to rejon do tej pory niezgłębiony, aż człowiek się dziwi, dlaczego nikt nie zbadał tego obszaru ludzkiej myśli przed nami.


Trudno jest określić ile czasu przeznaczamy na rozmowę, a ile na tańczenie. Gdy nie tańczymy, rozmawiamy, a tańczymy właściwie nawet na siedząco, a rozmawiamy w każdym możliwym momencie, także podczas tańca, choć z reguły nie chcemy tego mieszać.


Oto czas, kiedy nie ma już nie tylko mnie, lecz i mojego kumpla, ani otaczających mnie ludzi.


Oto czas, kiedy egzystencja człowieka zostaje zakwestionowana.


Oto czas, kiedy egzystencja człowike przestaje mieć znaczenie.




I tak po trzech godzinach nachodzi moment, gdy kolejne kroki muszą zostać postawione. Plan jest taki, by zjeść teraz po kolejnej pigule, sztuk jeden per capita. Jako że masa z poprzednich dropsów właśnie schodzi, uczucie jest dość niezwyczajne. Przeżycia się pogłębiają.... żadne generalizacje nie oddadzą uczuć, towarzyszących każdemu ruchu, każdej myśli, każdemu widokowi.


Żadne słowa.


Oto czas, kiedy nie tylko człowiek, lecz i wymiary go otaczające, przestrzeń i czas, przestają istnieć.


Oto czas, kiedy powietrze przestaje być powietrzem.


Oto czas, kiedy nie rozumiesz.




Teraz czas nie jest już czasem, i choć na zegarku minęły dwie godziny, to ta miara nic dla ciebie nie oznacza. Jednak plan musimy realizować, bez względu na to, co się dzieje wokół nas. Chowamy się w jakimś ciemnym, jakże jednak wygodnym, miejscu by spalić lufę zioła.


Pierwszy buch wchodzi z lekkim zakotłowaniem w gardle.


Drugi buch to chyba ... tytoń? niemożliwe...


A gdy spalam trzeci raz, lufa wydłuża się w moich ustach, rozwijając się teleskopowo. Niestety moja ręka nie wykazuje takich zdolności, choć przekonany jestem, że powinna, tak że pojawia się problem. Pozbywam się go, oddając lufę w troskliwe ręce kolegi.


Siedzimy. Wargi okazują się jednolitą masą, która spaja usta, nie potrafiące wyłowić z siebie w tym momencie żadnych dźwięków, prócz lubieżnego mlaskania. Konieczny jest łyk wody.


Nagle... jak się tu dostaliśmy? Stoję ze szklanką wody pod barem. Kolega siedzi przy stoliku? Dlaczego? Dlaczego? Jak to wszystko możliwe? Ale co jest nieważne? Muszę się o coś spytać kolegi, który siedzi obok mnie, a siedzimy przy stoliku, ale nie tym, na który się patrzyłem, ja się patrzyłem? Muszę zapytać, muszę.




- Czy jak wyjdziemy stąd, to Jezus też wyjdzie? Przecież wielbłądy mają w garbie tłuszcz, a nie wodę. Tak jak dzieci w Afryce, w Pakistanie, w Ugandzie, Bandzie Wyjdzie Takie Zieja, że wogóle nie wiem o czym się tutaj rozmawia, aaa... Woda w brzuchu.




Kolega tylko spojrzy, mrużąc swe wielkie jak u Bazyliszka ślepia. Powoli, powoli, zacznie mi przypominać coś, jakiegoś nie... zaraz... nie!! Nie!!!


Otworzę oczy, które wcale nie zamykałem, w toalecie. Po co tutaj przyszedłem? Nie, to pytanie jest najmniej adekwatne do tej sytuacji.


Oto czas, kiedy pytania są najtrwalszą formą egzystencji.


Oto czas, kiedy wątpliwość jest jedyną wiedzą.


Oto czas, kiedy nic już nie nazywasz.




Trwać w tym stanie jest trudno. Dlatego szybko wychodzimy z klubu, w drodze do szatni przypominając sobie o pozostałej pigule, którą rozgryzamy zaraz za drzwiami.


Zaczyna świtać, a my idziemy, raz powoli, raz szybko, raz wesoło, raz smutno. Chcesz coś powiedzieć? Tak, chcę coś powiedzieć, ale szczęki mi się zakleszczyły. Idziemy i idziemy, a może już doszliśmy, choć przecież nawet nie wiemy, czy obraliśmy dobry kierunek. Może powinniśmy iść tam, a może nie, a może idziemy, by dowiedzieć się gdzie, po co i w jakim celu tak wciąż dreptamy?


Oto był czas, kiedy czyniłeś, by czynić.


Oto było miejsce, gdzie zacząłeś i gdzie skończyłeś.


Oto jesteś Ty, wciąż krążący w sobie samym.









A jaka była rzeczywistość?


Spotkaliśmy się z kumplem o godzinie 17.00, impreza zaczynała się o 21.00. Z dilerem umówiliśmy się już na miejscu, ale po chwili siedzienia w bezruchu przed telewizorem, postanowiliśmy skoczyć po towar wcześniej. Tak więc w posiadanie 6 smerfów i jednego grama zioła weszliśmy już o 18.00.


Przed wejściem do klubu skoczyliśmy jeszcze na piwko do baru, gdzie po przyjrzeniu sie zawartości pakietu okazało się, że nasz kochany diler się najwyraźniej pomylił – dostaliśmy siedem piguł. Z uśmiechem od ucha do ucha skręciłem blanta na później i weszliśmy do klubu docelowego.


Co się działo później? Najpierw postanowiliśmy zjeść pierwsze półtora o 22.00, po chwili zdecydowaliśmy, że pół godziny po otwarciu wejścia na dancefloor. Po wejściu stwierdziliśmy, że poczekamy jednak tylko piętnaście minut, po czym sekundę po tym niemal jednocześnie dopiliśmy piwko, popijając ostatnim łykiem po półtora piguły.


Nie znajduję słów na to, żeby opisać wszystko tak, jak się to n a p r a w d ę działo. Na miejscu dokupiliśmy jeszcze trzy piguły, więc w sumie zjedliśmy po pięć na głowę (tak przynajmniej mi się wydaje, ponieważ liczenie sprawiało mi ogromne problemy). Kolega nie rozumiał przez większą część czasu, co się wokół niego dzieje. Gdy pewnego razu wysłałem mu sms’a o treści: „Gdzieś ty ćpunie polazł teraz? Jestem pod barem.”, po piętnastu minutach czekania znalazłem go kilka kroków ode mnie, lecz tak schowanym, że spod baru nie byłem w stanie go dostrzec. Powiedział tylko:




- Dostałem od ciebie smsa. Ale nie rozumiem, o co w nim chodzi.




Zostaliśmy oczywiście do samego końca. Wyszliśmy – słońce stało już wysoko na niebie.



* cytaty pochodzą z filmu "Fear and Loathin in LasVegas" na podstawie książki Huntera Thompsona

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media