Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

cisza, aż w uszach piszczy

detale

Apteka:

raporty unknown

cisza, aż w uszach piszczy




Substancja: DXM (pierwszy raz)

Dawka: 450 mg na ok. 60 kg wagi ciała

Doświadczenia: było to dawno i nieprawda ;)

Settings: słoneczny początek września, sam w domu

Set: raczej nieciekawy, ale nie chcę się o tym rozpisywać

Czy dane doświadczenie zmieniło mnie w jakiś sposób: mam nadzieję, że nie :)



Opakowanie Acodinu 30x15 mg dostaję bez recepty. Ze względu na "set" oraz brak doświadczeń z DXM postanawiam wziąć na początek 150 mg - pomiędzy 1 i 2 plateau - na pusty żołądek. Zależnie od (braku) efektów dołożę resztę, co powinno wynieść mnie o jedno plateau wyżej.

Notatki oznaczone czasem robiłem jak długo byłem w stanie na bieżąco na komputerze (poddaję je niewielkim redakcyjnym poprawkom przed wstawieniem na stronę). Pomiędzy nimi znajduje się fragmentaryczny opis tego, co pamiętam z okresu najsilniejszego działania.



14:30

5 tabletek. Ale malutkie, ciężko się je chwyta! :)



14:45

kolejne 5 tabletek (w sumie 10). Robię herbatę, przebieram sie w luźne domowe ciuchy. "Efekt placebo" - oczekuję czegoś w miarę ciekawego/przyjemnego, zamiast katować się taką-sobie sytuacją osobistą. Zwracam większą uwagę na wszelkie objawy niezborności ruchowej. Czyli standard w okresie oczekiwania...



15:02

coś się zmienia, ale b. delikatnie. Nieco inaczej (z dystansem) odczuwam obolałe mięśnie. Lekkie pocenie. Hmm, DXM nie usprawnia działania umysłu - trochę gorzej się czyta lub słucha informacji. Mniej myślę o nieprzyjemnych rzeczach, ale to dlatego, że w ogóle mniej myślę ;/



15:48

siedzę przy kompie, przeglądam TR na hyperreal uśmiechając się do siebie gdy napotykam co celniejsze sformułowania, odpowiadam na e-maile, tętno 73, temperatura bez zmian (tak, zmierzyłem ze względu na alarmujące informacje o możliwej nadwrażliwości na DXM;). W ogóle jest normalnie (piszę, czytam, chodzę itp.), chociaż atmosfera ździebko inna.



16:00

mam ochotę coś zjeść, ale "przez rozum" postanawiam poczekać. Interesuje mnie raczej trzecie plateau, całe opakowanie byłoby akurat na jego granicy... Przyjmuję kolejne 5 tabletek (razem 15). Są wkurzająco małe (może po to, żeby jak ktoś przyjął wystarczająco dużo, nie był w stanie ich uchwycić?;)



16:13

hmm, coś jakby takie ciągłe piszczenie w uszach, w tle. Nie jest to świst dysku twardego ani wentylatora. Zastanawiające. Poza tym zmian niewiele. Czytam bez większych problemów DXM FAQ po ang.



16:22

puszczam testowo muzykę (techniawę, w końcu Roberta Milesa, bo inne rzeczy jakoś mi "nie wchodzą"). Trochę czuję fizyczne sensacje w brzuchu, jakby kłąb - za przeproszeinem - pozwijanych wnętrzności oddzielony od reszty ciała.

So far so good, zatem...



16:25

...czas na następne 5 tabletek (20) z resztką wystygłej herbaty. O, widzę że ostatnie 5 przyjąłem pół godziny temu. Czas szybko leci.



16:30

i jeszcze 5 (25). Pokojowy piesek-termometr ma dziwny wyraz pyska i takie... żywe oczy :) A może to niedźwiadek? Zdania są podzielone. Generalnie figurka jest bardzo byle jaka i na trzeźwo staram się unikać zawieszania na niej wzroku ;) Według wspomnianego wyżej FAQ swoje samopoczucie określiłbym nadal jako pierwsze plateau.



16:45

zjadam kawałek chleba (to był błąd) i wrzucam ostatnie 5 tabletek (30, koniec opakowania). Zmieniam muzykę na Chemical Brothers, ale chyba zaraz w ogóle ją wyłączę... Bez problemu wykonuję telefon. Eh, co to niby ma być ten DXM... Trochę buja - i to wszystko. No, ale nie traćmy nadziei, jeszcze się wkręca... Hm. Zaczynam odczuwać wyraźniejsze działanie. Np. przenoszenie wzroku z jednego punktu na drugi dostarcza dość przyjemnych wrażeń, przypomina upalenie. Pojawia się też miła atmosfera, takie wspomnieniowe "halo" dookoła rzeczy i myśli. Dobrze dobrze, coś się zaczyna dziać! :)



17:00

ale w sumie normalnie, nadal odpowiadam na maile, zaglądam na chat... Lekkie "świerszczenie" w głowie, i tyle. Ciało radzi sobie nieźle, chociaż przemieszczając się mam wrażenie jakbym poruszał się na autopilocie (nic dziwnego, jestem w dobrze znanym otoczeniu).



17:07

wyłączam muzykę, znowu zauważam, że w uszach świszcze, poza tym trudniej "patrzeć na oczy". Pojawiły się lekkie zawroty głowy. Ale pisze/myśli się sprawnie. Dobra, robimy eksperyment: zanotuję czas i zamknę oczy, potem je otworzę i spróbuję zgadnąć, ile czasu upłynęło. A przy okazji zobaczymy, czy są CEV-y.

17:10

zamykam oczy (kręci mi się w głowie przy poruszeniu nią przy otwartych oczach, ale przy zamkniętych jest lepiej)

17:13

trzy minuty? Zgadłem. No, to jestem gość! :) Trudno skupić wzrok. Z otwartymi oczami kręci mi się w głowie i czuję "igiełki" (w innych TR jest to określane jako "swędzenie"?). Natomiast z zamkniętymi oczami jest bardzo przyjemnie, słucham nadchodzących falami dźwięków dochodzących zza okna (szum wiatru w liściach drzew, fale ulicznego ruchu zwalniane z cugli zmianą świateł, czasem inne odgłosy) i te fale "kołyszą" mną. Mmm... :)



17:18

ojej jaka bania! Dziwne wrażenie, że "rzuciło mi się" na wzrok i błędnik... Co robić, co robić?.. ;) Nie jestem w stanie zatrzymać wzroku w jednym punkcie, a głowa jakby drętwieje! No, no, nie poznaję naszego drogiego DXM, to jest całkiem mocny "wjazd" i zupełnie inne działanie niż do tej pory, jestem zaskoczony!



17:22

nie jestem w stanie czytać. Przerwa na zamknięcie oczu, siedzę wygodnie zwinięty w fotelu a w uszach/głowie świszcze i trzeszczy...



17:25

ojjejej, już jestem porządnie natrąbiony, a tymczasem DXM nadal falami wchodzi i wchodzi... Problemy z poruszaniem się. Niewątpliwie jestem na granicy między 2 i 3 plateau (kolejne coraz mocniejsze fale pojawiają się wraz z trzeszczeniem i błyskami w głowie, wokół mnie rozpętuje się coś jakby zamieć, z zimnem i zawieją i niesionymi wiatrem igiełkami lodu, podmuchy tak gwałtowne aż trudno oddychać - najwyższy czas kontynuować podróż już w pozycji horyzontalnej!)



17:30

straszna bania jak po alkoholu, wszystko się kołysze. Bardzo fajnie jest oddalić się za zamknięte oczy, tak właśnie zrobię odpuszczając sobie te notatki... Dobrze by było wziąć butelkę wody i miskę na wszelki wypadek... Hmm, raczej nie jest to stan, który można kontrolować. Pieczenie policzków, mroczki w oczach, szmer w uszach. Pojawia się rozogniskowanie wzroku, ale raczej wyglądam jak zwykle - pomijając źrenice przyjmujące chwilami kształt ekranów telewizyjnych (zaokrąglone na rogach prostokąty!). Biorę z WC miskę na wypadek torsji i przemieszczam się na materac. No i niestety torsje, trwające może minutę...



Ostatnia notatka przed następnym etapem brzmi: "nie wiadomo kiedy się wkręciło i ostro daje popalić!"



*** 3 plateau:



W cudzysłowach podaję rzeczy zapisane (z ogromnym wysiłkiem;) na kartce - ku mojemu zaskoczeniu zapiski te są całkiem czytelne. Niestety DXM zabiera większość wspomnień ze sobą... Wszystko dzieje się cyklami: wraca świadomość, że jest się pod wpływem, chwila przerwy pozwalająca rozejrzeć się i skonstatować: aha, jestem w domu, leżę spokojnie na materacu chociaż w międzyczasie "podmieniono świat" (takie dziwne wrażenie, teraz już go prawie nie pamiętam;) - i już koniec przerwy: proszę wziąć głęboki oddech, rozluźnić się - i jedziemy!) DXM niesie samo, ja się poddaję się temu mile zaskoczony kolejnymi pokazami kosmicznych fajerwerków. Kolory są nieco przybrudzone/złamane, ale to nie przeszkadza - tak ma być; całość ma charakterystyczną ale niezbyt narzucającą się aurę, trochę obcą - w końcu jestem tam gościem z innego świata ;) Zmysły, no i przede wszystkim funkcje motoryczne są tak skutecznie odłączone, że nie ma znaczenia czy oczy są otwarte czy zamknięte; przy otwartych obraz otoczenia i tak po chwili zanika. Po włożeniu ogromnego wysiłku w skoncentrowanie wzroku możliwe jest dostrzeżenie otoczenia, ale obraz bardzo "pływa przed oczami". DXM tworzy (nie tylko je widzę, one są!) ogromne wiry, z których prowadzą barwne "halucyńskie tunele" pozwalające na chwilę przeniknąć do innych światów-historyjek. "Prześlizguję się przez nie, są jak gigantyczne filtry przepuszczające tony myśli i obrazów." Inne porównanie tego cyklicznego tripowania to moment lekkiego falowania i zaraz zagarnięcie przez tętniący nurt DXM; nabieram pędu - i już na łeb na szyję wpadam w kipiącą kaskadę kolejnej opowieści.



Najpierw są tylko geometryczne kształty przypominające obrazy widziane w kalejdoskopie o 2-3 osiach symetrii, potem robi się znacznie ciekawiej!

"Młynek halucynacji" - ma formę mieszczącej się w dłoni blaszanej dziecięcej zabawki, to było raczej wspomnienie (ale jakie słodkie!) bo chyba coś takiego kiedyś miałem, obracanie rączką uruchamiało znajdującą się w nim pozytywkę. "Czy ja go kiedyś znalazłem, czy tylko mi się śnił?".

W jednym z kolejnych odpłynięć okazuje się, że mój Duch Opiekuńczy w tej podróży nazywa się "Okot" ;)

W krótkich, kilkusekundowych przerwach "zbieram strzępki siebie", i zaraz kolejny wir, za nim tunel i gdzie jesteśmy? Ano, "czuję się jak na szkiełku mikroskopu" :) (od spodu materac, z wierzchu koc - a kto zagląda w okular?;)

Zostały jakieś przebitki wcześniejszego oglądania Hyperreal/Eurowid, bo następne zanotowane hasło-klucz to "kamera Eurowida". Przypominam sobie, że czułem się czymś w rodzaju próbnika wstrzeliwanego w wirujące na własnych orbitach DXM-owe konstelacje ;)

"ok. 18:45 no dobra, to dalej odpływam" (naprawdę, za wysiłek włożony w odczytanie na potrzeby tej notatki położenia wskazówek na ściennym zegarze powinienem dostać od Hyperreal medal z kartofla!;)

Zanotowane uwagi o DXM: "dziwnie trzepie w beret" (hehe, zaraziłem się zwrotem znalezionym na hyperreal), "robi rozstępy w czasie", "najlepiej zapaść w halucynacyjny sen... tam się dużo dzieje, tworzy, nie wiadomo co jest prawdą a co snem, ale ogólnie przyjemnie i nie dba się o to! Enjoy your trip!".

Jeden ze światów to jakieś miasteczko, małe oplecione roślinnością domki, słoneczne popołudnie; byłem jak wiatr zwiedzający uliczki, mostki (wszystko było słooodkie, zresztą widać po zdrobnieniach;)

Nie zapominam też o Naszych Drogich Czytelnikach z Hyperreal, mam zanotowane kulfoniastymi literami Przesłanie: "ludzie, dbajcie o zdrowie, o ciało, chodźcie na spacery czy trenujcie, chodźcie na rower - to będziecie mieć fajne tripy". Hehe ;) Dobrze mówię, nie? ;)

"19:12 czy ja nadal halucynuję?" (drugi medal poproszę!;)

Przez pewien czas powtarzam "Ommm...", mantra wydaje się rezonować w ciele od szyi coraz niżej i niżej, dźwięk przypomina ten wydawany przez "trąbity" Aborygenów. Bawię się falującymi ruchami rąk, falującymi jakby były pękami zakotwiczonych na dnie tropikalnego morza wodorostów; poruszanie nimi sprawia przyjemność. "Archetypiczne ruchy". Na podobnej zasadzie leżąca przy łózku kartka papieru i długopis wydają się miec jakieś szczególne, tajemnicze znaczenie.



Było tego oczywiście dużo, dużo więcej...



*** koniec 3-ciego plateau.

Po sprawdzeniu, ile czasu zajęło w rzeczywistości byłem mocno zaskoczony (ok. godziny, podczas gdy subiektywnie, pomijając mocno pomieszany upływ czasu, dałbym na ten etap przynajmniej trzy godziny).



18:32

jeszcze halucynuję, ale w międzyczasie udaje mi się sprzątnąć miskę z mało imponującą, pardon my French, treścią żołądkową (nawet nie narozrabiałem ani po drodze, ani w łazience). Ostrożnie (nie drażnić błędnika!;) wracam do pozycji horyzontalnej.



Otwieram oczy i usiłuję zaczepić wzrok na jakichś elementach otoczenia - prawie nie ma barw.

Wzory na zasłonach układają się w kłaczkowate mgławice.

Na ścianie z wiszącym na niej zegarem rysują się przez moment linie dające złudzenie wieży londyńskiego Big Bena. Hm, może jak już dojdę do siebie rzeczywiście je narysuję, będzie zabawny efekt? ;)

Obejmuję dłonią czoło, palce zmieniają się w słoneczne promienie sięgające hen w dal jakby dłoń była wschodzącym słońcem, a pod zakreśloną nimi niemal namacalną przestrzenią wyrastają "myśli strzeliste jak gotyckie katedry" - ale wizja zaraz rozpuszcza się i zanika.



18:39

już jakby schodzi. Uff!.. Dziwności! Zamykam oczy i wspominam wcześniejsze obrazy, a oprócz tego przelatują filmiki z "paryskich kafejek" w brązowo-zielonej tonacji, jakbym w ciągu 1-2 sekund z powiewem wiatru przelatywał ponad stolikami; wszystko to zanurzone w raczej cukierkowej atmosferze.



20:07

wędrówka do WC za potrzebą. Bania straszna. Nudności, ale mijają po chwili bezruchu. Nadal wiruje mi w głowie i niemal nie widzę na oczy (pisząc patrzę tylko na klawiaturę, bo na monitorze i tak nie mogę niczego odczytać). Od czasu, jak mnie wciągnął psychodeliczny wir DXM, działo się - auć! - działo!.. Szacuję, że jestem już w stanie zrobić herbatę (wrzątek - ostrożnie!) i wreszcie coś zjeść (jestem głodny!), a potem opiszę wrażenia - jeśli ich nie zapomnę...



"20:18 o rany, ale jestem nawalony, chciałbym coś zjeść - a tymczasem myśli przeszkadzają w chodzeniu" ;)



20:24

głównie rozkminki i niewyraźne CEVy wolno rozpuszczające się pod opuszczonymi powiekami. Przypomina mi się pytanie "czy to doświadczenie mnie zmieniło?" i tu mój umysł wykonuje niezłego koziołka, spóbuję go opisać:

"Psychonauci" poruszają się na pograniczu nieożywionego i żywego, świata materialnego i wrażeń. Aha. Ale wracając do pytnia, zmieniło czy nie zmieniło? No więc straciłem punkt odniesienia, "codzienną realność" (bo "podmieniony świat"), więc chyba tak? Ale żeby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba mieć punkt odniesienia, a ja go właśnie straciłem! No to w końcu jak jest?



Oczywiście teraz to tylko mocno bełkotliwe zdania, ale wtedy wykręciło mnie nieźle ;)



20:28

ależ nieciekawie muszę się z zewnątrz prezentować, taki nie doschnięty, gibający się glut! Prawie nie jestem w stanie się ruszać, i ani "be" ani "me"... Przemieszczam się trzymając się ścian, a jeszcze lepiej - futryn (podpatrzyłem to w TV u wędrujących po gałęziach kameleonów ;) Jak one, chwytam wszelkie napotykane po drodze futryny obejmując dłońmi trzy załamane płaszczyzny i przerzucam się wahadłowo krok do przodu.)



20:36

przygotowałem sobie "byle coś" do zjedzenia. Chodzę jak porozkręcany robot. Uff, mam nadzieję, że już nie zwymiotuję, i że "bania" szybko minie.



21:06

próbuję coś zjeść, ale kończy się na paru okruszkach. Nadal poruszam się jak połamany czubek, wyraz twarzy mam adekwatny... Położę się jeszcze, żeby przeszło kolebanie.



02:40

nie mogę zasnąć, ale za to udaje mi się w końcu zjeść kawałek kurczaka. Zabieram się za wstępną redakcję tego tekstu.



04:05

sen.



Podsumowanie:

Trip bez wrażeń negatywnych, ale i bez spektakularnych pozytywów. Mam wrażenie, że był w detalach nieco inny od obrazu jaki wyrobiłem sobie czytając inne TR. Zaskoczyło mnie huraganowe przejście z 2 na 3 plateau ("kielnią w beret";) oraz itensywność działania, ale to mogło wynikać ze zmęczenia i pustego żołądka. Plusem jest szybkie schodzenie, niemniej jednak teraz, po ponad dobie mam nadal lekki szmerek w głowie. Chciałbym więcej pamiętać ze szczytowego okresu... Generalnie: podobało mi się, ale nie brałbym DXM poza domem lub mając coś do zrobienia.



P.S. Zapraszam do rzucenia okiem na mój TR dotyczący innej legalnej używki - gałki muszkatołowej. Ciekawe, że biorąc pod uwagę różne skale czasu, sam przebieg sesji jest b. podobny. Niemniej jednak przeważają różnice, np. gałka nie daje tak silnego dysocjacyjnego efektu (ale to po niej przemieszczanie się było trudniejsze), nie ma gradacji działania (plateau), nie występuje ta wyraźna, specyficzna "aura" DXM. Z kolei DXM (poza chwilą, kiedy przenoszenie spojrzenia z jednego punktu na inny sugerowało "stopklatkę") zupełnie nie przypomina MJ.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media