Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

???

detale

Apteka:

raporty unknown

???














O dekstrometrafogenie

dowiedziałem się z sieci, w którąś niedzielę grudnia. W dwa dnia później

ruszyliśmy już z kolegą, nazwijmy go Krokodyl, na podbój warszawskich aptek. W

pierwszym lokalu powiedziano nam, że jakiś tam Acidon w ogóle nie istnieje. Na

szczęście nie jesteśmy naiwni i wyczuliśmy ściemę. Jednak na wszelki wypadek w

następnym punkcie farmakologicznym spytaliśmy o Tussal, ten nie jest na receptę,

więc nikt nie powinien robić nam trudności przy jego kupnie. I rzeczywiście

problemów nie było, ale pod nazwą Tussal było dopisane odkrztuśny, a w

składzie substancji nie uwzględniono żadnego DXM,

może to kwestia tego dopisku, nie wiem. Skoro jednak kupiliśmy już to świństwo,

zżarliśmy je(w opakowaniu było 10 tabletek-po pięć na głowę), skutki uboczne,

pozytywne lub nie, nie wystąpiły. W kolejnych dwóch aptekach upomniano się o

receptę. Piąta i szósta okazały się dla odmiany trafione i w każdej kupiliśmy po

niewielkim kartoniku z napisem Acodin (polecam małe osiedlowe apteczki).






Konsumpcję zaplanowaliśmy na

następny dzień, mieliśmy mieć wigilię klasową w naszej szkole i trzeba było

jakoś wykorzystać wolne popołudnie. Przyłączył się do nas jeszcze jeden kolega,

tego nazwijmy Pelikanem. Jeść mieliśmy w domu Krokodyla, który mieszka dwa

przystanki autobusowe od naszej szkoły. Ja już w autobusie zjadłem pięć

tabletek, na nikim nie zrobiło to specjalnego wrażenia (w autobusie było wielu

młodych warszawiaków, którzy tak jak my jechali się trochę zabawić). Po drodze

wstąpiliśmy jeszcze do sklepu, Pelikan kupił sobie parę piw-miał nie jeść

Acidolu. Aha, w drodze wypiliśmy jeszcze ćwiartkę wódki na trzech.




No dobra zaczynamy. Krokodyl

szybko zjadł 27 tableteczek, Ja 22(w sumie był remis), te sześć, które zostało,

zdecydował się skonsumować Pelikan. Popijaliśmy soczkiem wieloowocowym (takim ze

złotówką w logo). Zajęło nam to jakieś pięć minut - teraz trzeba czekać na

efekty. Pelikan sączy kolejne piwa, a my się niecierpliwimy i obserwujemy nasze

zmysły, kiedy zaczną wariować? Żeby je popędzić strzelam sobie jedno piwo-minęło

już pół godziny, a ja czułem się całkiem normalnie.






U Krokodyla zaczyna się coś dziać-położył się na łóżku i śpi.

No nieważne. Ja z Pelikanem gadam w drugim pokoju. Od zażycia narkotyku minęła

już godzina, a ja czuję się normalnie, zaczyna mnie to wkurwiać. Pelikan idzie

na balkon zapalić, a ja sprawdzić, co u Krokodyla. Budzę go i zmieniam muzykę z

techno na Big Cyca. Zaczynam rozmowę z Krokodylem. Mówimy jak się czujemy, mi

coś jakby poprawił się humor, jak po paru dobrych buchach. Nagle Krokodyl mówi,

że się źle czuje, wstaje i idzie do kibla pawiować. Ja myślę, że to świrki, ale

przekonuję się, że naprawdę rzyga. Biegnę po Pelikana. Proponujemy Krokodylowi

pomoc, mówi że da sobie rade i dzielnie pawjuje. Zanim skończył Acidol mi

zaskoczył, jeszcze się jednak nie zorientowałem jak bardzo. Po chwili siedzimy

we trzech w łazience. Pieprzymy coś, że dolegliwości Krokodyla to wina tego

taniego soku i klniemy na wszystko dokoła, właściwie to nie wiem, o czym

mówiliśmy (Pelikan też był nieźle wstawiony). Tak minęły nam następne dwie

godziny. Krokodyl wymiotował jeszcze dwa razy, cały czas jednak z uśmiechem.

Mówimy coś, że dobrze, że nie przyszły koleżanki, po które dzwoniliśmy, bo by

się zdołowały naszym stanem.




Dochodzi piętnasta, od

zażycia minęły trzy godziny, Pelikan jest w miarę trzeźwy, Krokodyl coś jakby

lepiej się czuł z żołądkiem, ja cały czas zajebiście, ale zero kontaktu, ciemno

w oczach – kosmos. Pelikan mówi, że musi już iść, ma jeszcze korki dzisiaj

(dobrze, że jego korepetytor to żur). Decyduje, że pójdę z nim, boję się, że sam

nie dam rady wyjść z bloku. Żegnamy się z Krokodylem, Pelikan cały czas pilnuje

żebym nie zapomniał czegoś zabrać, np. pustych opakowań po leku (chodziłem już

od ściany do ściany, nogi z waty, właściwie to poruszałem się na czworaka).

Krokodyl w ogóle się nie rusza, jego nogi są z tytanu, siedzi w koncie i patrzy,

ale chyba mu dobrze. Wychodzimy, pierwszy szok, ja jestem taki mały, a świat

taki wielki, jak ja dam sobie radę? Mam ochotę wracać do Krokodyla, tam byłem

bezpieczny, tam było miło, tu jest strasznie. Jestem jak Neo, którego odłączono

od Matrixa, a on chce wrócić. Wydaje mi się, że z tyłu głowy mam gniazdo.

Chętnie bym to sprawdził, ale to zbyt skomplikowane, wymaga zbyt dużo wysiłku, a

ja muszę zachować siły, żeby wrócić do domu. Czuje, że to nie będzie łatwe. Mam

ochotę usiąść na ziemi i zostać tu, na ulicy. Na szczęście jest przy mnie

Pelikan, wstyd mi się przy nim rozkleić. Staram się, więc dotrzymać mu kroku i o

czymś rozmawiać, żeby do reszty nie odpłynąć. Po kilkuset metrach musimy się

jednak rozstać.




Iść samemu to coś innego niż

z kumplem, samemu jest dużo trudniej, nie mam nikogo bliskiego, kto mógłby mi

pomóc. Zastanawiam się czy do kogoś nie zadzwonić, mówiłby mi cały czas jak mam

iść. Myślę sobie jednak, że nie dam rady obsłużyć komórki, poza tym wiem, że

zaraz się przyzwyczaję i powrót nie będzie już dla mnie problemem. Po paru

metrach jest lepiej, postanawiam nawet kupić sobie gumę do żucia, będę miał, na

czym się skupić, to pomoże mi zachować kontakt z rzeczywistością. Kioskarka mnie

nie rozumie, pokazuje jej palcem. Dostaję gumę, ale nie wydaje mi reszt. Nie mam

jednak siły się kłócić (to było tylko czterdzieści groszy), cieszę się z

zakupów. Teraz kolejny problem jak wyjąć gumę z papierka i włożyć do ust? Przy

tej czynności połowę pogubiłem, resztę wsadziłem do ust i żuję. Jest ok.

Przyzwyczajam się do nowej sytuacji. Przede mną jeszcze jedno trudne zadanie.

Muszę się nauczyć przechodzić przez ulicę, a widzę tylko rzeczy w promieniu 10

metrów, kolorów świateł nie rozróżniam. Postanawiam czekać na jakieś starsze

panie i przechodzić razem z nimi. Pomysł okazał się dobry, staruszki, poruszały

się równie sprawnie, co naćpany siedemnastolatek. Dzięki Bogu za starcze

niedołęstwo. Właściwie to z myśleniem nie miałem problemów, byłem wstanie

trzeźwo ocenić sytuację i znaleźć z niej wyjście. Problem był z wykonywaniem

jakichkolwiek pomysłów. Ale ogólnie cały czas zajebiście, jak przystało na

sangwinika, przyjmuje wszystko z uśmiechem i patrzę z optymizmem w przyszłość

(myślę, że DXM to nie jest środek dla melancholików). Z powrotu do domu

autobusem rezygnuje - myślę, że nie dałbym sobie rady nawet z wsiadaniem do

niego. Rozważam taxi, ale uświadamiam sobie, że nie będę wstanie powiedzieć

gdzie mieszkam, właściwie to byłem w stanie dotrzeć tam jedynie instynktownie.

Decyduję się na spacer, poza tym mam nadzieje, że powietrze trochę mnie ostudzi.

Idę automatycznie, co jakiś czas przebudzam się i przypominam sobie, gdzie

jestem i po co.




Po godzinie jestem na

miejscu, staram się skupić myśli. Wiem, że w domu jest niewiedząca o niczym,

młodsza siostra. Najpierw muszę jednak znaleźć moje drzwi. Trzy razy sprawdziłem

numer domu, tabliczkę z nazwiskiem, piętro i przywoływałem wspomnienia, żeby

mieć chodź cień nadziei, że wejdę do mojego domu. Naciskam klamkę, popycham

drzwi, wchodzę, skacze na mnie jakiś pies-spory. Przypominam sobie, że mam

takiego. Muszę być u siebie. Oceniam sytuację, ściany mi fruwają, zamiast szafy,

która zawsze stała w przedpokoju widzę czarne drzewo (to z logo filmu

Przepowiednia). Staram się opanować, mówię Cześć siostrze, na szczęście nos

ma wlepiony w komputer i nie zwraca na mnie uwagi, biorę smycz i wychodzę z psem

na spacer. Obrożę udaje mi się założyć mu dopiero na schodach po pięciu minutach

przekleństw i nie wiem ilu próbach, z tym, że tylko prowizorycznie, porządnie

zrobię to dopiero na ławce na dworze. W drzwiach mijam jeszcze sąsiadkę, coś do

mnie mówi, odruchowo się uśmiecham, mówię jakieś Dobry, i idę dalej, właściwie

to nawet nie wiem, która sąsiadka to była, prawie nic nie widziałem. Jeszcze ją

w myślach wykląłem, tak na zapas. Nie wiem jak minął mi spacer. Dobrze, że byłem

z psem, w gruncie rzeczy to on mnie wyprowadził.




Wracam do domu, jakoś zmieniam ubranie i nalewam sobie zupy. Siostra cały czas ma mnie w dupie, bardzo

dobrze. Zupa nie ma smaku, jem ją z przyzwyczajenia. Myślę, że ktoś dolał do

niej wódki, nie wiem czemu, ale fajna idea – zupa na wódzie. Z drugiego

rezygnuje. Siadam w innym pokoju niż siostra, włączam telewizor i zapadam w

letarg. Wybija mnie z niego dźwięk domofonu, to wraca matka. Nie wiem co robić.

Wyłączam TV i idę do siebie, próbuje otworzyć książkę, ale nie potrafię. Wchodzi

matka, mówi jakieś „Cześć”. Po chwili dociera do mnie, że chce żebym wyczyścił

tapicerkę krzeseł „tym środkiem, który wczoraj kupiła”. Jestem zachwycony, za

godzinę ma iść z siostrą do teatru, jeżeli przetrwam ten czas będzie okej. Potem

jakoś dojdę do siebie. Przez godzinę siedzę i bezmyślnie trę krzesło jakąś

szmatą i spryskuję tym środkiem, zużyłem cały, z krzesła kapie na podłogę, ale

wyczyściłem.




Wreszcie poszły, zamykam za

nimi drzwi i przewracam się na podłogę, wreszcie mogę poruszać się tak jak mam

ochotę - na czworaka. Biorę telefon i chcę dzwonić do krokodyla, ale się boję,

że napędzę mu strachu. Na pewno na dźwięk dzwonka pomyśli sobie, że to jego

starzy i spanikuje, nie chce go stresować. Dzwonię do koleżanki i jednego

kolegi. Nie mogę się jednak z nimi dogadać. Kładę się spać i przez jakieś trzy

godziny mam wizje. Są to figury geometryczne, stworki z „Predatora”, a nawet

jeszcze lepsze (jeden mnie zjadł). Spadałem też w jakąś przepaść. Było trochę

jak przy wysokiej gorączce w dzieciństwie, tylko kolorowo. Cały czas zajebiście,

choć trudno to opisać w paru słowach. Koło dziesiątej wstałem, umyłem zęby,

wyszedłem z psem i poszedłem spać. W miedzy czasie wróciła rodzinka, ale obyło

się bez zgrzytów.


Jeśli ktoś dotarł do końca

tego długawego opisu to ciszę się, że mogłem się z nim podzielić moimi

przeżyciami. Nie wiem czy jeszcze kiedyś zjem DXM. Ale nie, dlatego, że mi się

nie podobało, po prostu na razie zaspokoiłem ciekawość. Jednak, jeśli ktoś

wyjdzie kiedyś z propozycją zażycia tego środka raczej nie odmówię. Gdyby ktoś

chciał żebym porównał DXM do innego narkotyku nie będę potrafił. Na pewno nie

nadaje się dla osób o słabej psychice. Trzeba również przygotować się na długą i

trudną, a przy większej dawce niemożliwą do opanowania jazdę (mnie trzymało

jeszcze następnego dnia, coś w rodzaju kaca dekstrametrafogenowego). Do skutków

ubocznych należą „szklane oczy”. Moje były przez dwa dni jak u lalki Beybe Born

– duże, nieruchome, świecące się. Poza tym ziewanie, jest mało przyjemne (na

chwilę zatrzymuje się oddech-wyjaśnia to ulotka w opakowaniu z lekiem). No i

jeden dość oryginalny, przez dwa dni bolały mnie zęby (regularnie chodzę do

dentysty, więc nie była to próchnica).




Na koniec pozdrawiam

Krokodyla i Pelikana. Życzę sobie i wam jeszcze wielu wspólnych jazd.










Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media