Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

okrutny nielegal czyli "zgadnij kotku, co nam w środku"

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Bóg raczy wiedzieć. Zażyte nieświadomie.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Chęć przypalenia MJ na 4 godziny przed wieczornym wyjściem. Lekkie podejrzenia, co do towaru.
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
Wtedy codziennie tytoń, okazjonalnie alkohol i marihuana. DXM od wielkiego święta.

okrutny nielegal czyli "zgadnij kotku, co nam w środku"

Napisałem raport o testach 3-MMC (http://neurogroove.info/trip/3-mmc-pierwsza-wiadoma-przygoda-z-rc). Traktuje to jako moje pierwsze RC, bo to, co zaraz napiszę nie było zamierzonym, celowym, a całkowicie nieświadomym zażyciem. 

Telefon do osiedlowego ziołonosza, skromnie, bo gram. Czasem trafiał się lepszy staff, czasem słabszy, wiadomo. Exclusive odmiany pojawiały się rzadko i zazwyczaj były droższe. Było tego mało i rozchodziło się zazwyczaj szybko. Taka okolica. Jednak zawsze dostawałem MJ. Mocną, słabą, ale zawsze MJ. Wrócił, wziął kasę, zapaliliśmy szluga i tyle go było widać. Wszystko w najlepszym porządku, nigdy nie miałem zastrzerzeń do materiału.

Mieliśmy wyjść grupką znajomych na miasto, potem do domu jednej pary z ekipy. Mieszkałem wtedy jeszcze z matką, końcówka liceum. Biorę, wchodze do domu, zamykam drzwi i stwierdzam, że mam jeszcze 4 godziny - no to trzeba przypalić. Nawet zdąrzę wytrzeźwieć do wyjścia. Lufa, zapalniczka, fajki, materiał i jazda do WC. Patrzę na ten towar, zielony, ale zapach. Określiłbym go jako "coś pod MJ", ale trochę jakby jakieś ledwo, naprawdę ledwo wyczuwalne przyprawy zielone (po chwili obczajania, stwierdziłem, że już zaczynam wymyślać i zaraz wyczuję kurczaka). Przez ponad rok nabrałem do niego zaufania, więc moja podjerzliwość szybko znikła. Fajka po jaraniu już przygotowana, nabijam lufę tak na 6-7 ładnych buchów. Sprawdzam telefon. 16:20. 

 

Biorę bucha, chwila w płucach, wypuszczam, "uhu", mignęcie powieką. Kurwa, siedzę zastygnięty, patrzę na tę lufkę i myślę "Już się zjarałem? To ile ja tu siedzę?" Sięgam po drugiego bucha, od razu wypuszczam - kurwa, WAT THE FUCK!? Coś jest nie tak i czuję, że coś wielkiego dosłownie wisi nade mną więc zabieram gramoty póki ogarniam, aby nie paść z lufą i towarem w łazience. Gdyby matka mnie tak znalazła to bym już był na tamtym świecie. Doleciałem do łóżka, siadam, spoglądam na szafkę i... UMIERAM ZE ŚMIECHU! Była przezbawna. Mój tok myślenia wyglądał tak: "To jest szafka, moja szafka, która należy do mnie. Ja mam szafkę." Intelligencja na poziomie pantofelka. Ale na Boga - w życiu nic mnie tak nie rozśmieszyło. Jakby połączyć wszystkie rzeczy jakie kiedykolwiek mnie rozśmieszyły i połączyć w jedno. Aż mnie wszystko bolało od tej przerażającej radości. Położyło mnie do łóżka i blackout. Reset. Otwieram oczy i widzę czerń. Wszędzie czerń. Rozglądam się i nie ma nic. Przedmiotów, atmosfery, duszy. Nic. Pustka. Czułem, że jestem już tam kilkanaście lat i wtedy zrozumiałem, że ja umarłem. Musiałem - nic nie jem, nie piję i wiszę w niczym. Teraz wiem jak wygląda śmierć. Nie trafiłem do nieba, więc pewnie jestem w czyśćcu. Ale kto mnie oczyści z grzechów jeśli tu nikogo nie ma? Dryfowałem w moim odczuciu tak jeszcze kilkaset lat!!! Nagle ujrzałem pojedyńcze szkło jakby z witrażu - takiego jak mają np. w oknach kościelnych. Kolor fioletowy, potem pojawiają się różowe, szare i białe. Znikneła otchłań są witraże, wszędzie. Jednen wielki ze szkłami w różnych kształtach. W tym momencie już siedziałem na krawędzi łóżka i przewracałem się jak głaz na prawą stronę. I z powrotem do pozycji siedzącej. Nie wiem czy to moja wyobraźnia czy faktycznie kładłem się i podnosiłem. W kółko i znów, i znów, i tak kolejne wieki. Nie mogłem tego przerwać. Ja będąc tym moim ciałem w pewnych momentach czułem się jakbym tak naprawdę był w dalszym ciągu mną, ale nie jako ciało, ale inny byt (dusza?) Czułem, że czasem jestem wewnątrz i nie mam wystarczająco siły, by pokierować ciałem. Czas był dla mnie najgorszym wrogiem, dość, że mijały dziesiątki lat, co ja mówię, całe stulecia! Najgorsze jest to, że ja to naprawdę czułem, pamiętałem każdy dzień, miesiąc, który mijał. Po "latach romyślania" stwierdziłem, że te witraże to wyższy poziom czyśćca. Ale wewnętrznie uspokoiłem się, że nie przepadłem otchłań na wieki w zapomnieniu. Wtedy zniknęło jedno szkło z witrażu. Widziałem przez nie swój pokój. Kurde, te kolory to były barwy z mojego pokoju! Jestem zamknięty w czymś, ale zwrócili mnie do mojego domu. Zrobiłem sobie rachunek sumienia w tamtej nicości i odpuszczono mi. Mogę się wydostać! Ręka w stronę "dziury", znów upadam na prawy bok, wracam do pozycji wyjściowej, i znów do wyjścia i ciągle, raz za razem to samo przez "kilka lat"! To się nigdy nie skończy. W między czasie jednak znika coraz więcej szkieł z witraży. Udało mi się złapać oparcie od łóżka i z każdym kolejnym powtórzeniem przyciągam się coraz bliżej, podciągam się ile sił w łapach, co kilkanaście prób przesuwam się o milimetry, tracę powoli siły, ale idę. Gdy mam już się wydostać łapie mnie kaszel, im dalej się wychylę "ku wolności" tym mocniejszy on się staje. Na koniec miałem wrażenie, że wypluję wnętrzności przez to kaszlenie. Obraz totalnie rozstrzelony, nic nie jest na swoim miejscy, wszystko fruwa, a ja nie wiem czy idę po podłodze, suficie, a może meblach. Od łóżka kroki stawiałem na pamięć i obijając się o ściany dotarłem do salonu, zobaczyłem okno, a tam ludzie. "Ludzie, mój świat. Tu czai się nicość. Tam mi pomogą, musze tylko ich zawołać" - pomyślałem. Obsługa klamki okazała się dla mnie jednak zbyt skomplikowana, a desperacja osiągała już szczyt. I w tym momencie, gdy klamka okazała się nie do sforsowania moja pięśc pofruneła w stronę okna. O ostatniej sekundzie jakiś przebłysk rzeczywistości spowodował, że pięść zatrzymała się już na szybie. Po prostu w ostatniej chwili. Oszołomiony wróciłem na łóżko i przypadkowo usiadłem na telefon - BINGO. "To jest telefon, telefon służy do dzwonienia. Mogę po kogoś zadzwonić, pomoże mi." Moja przyjaciółka miała tego dnia urodziny, gości w postaci rodziny na głowie, więc mimo całkowitego oderwania od rzeczywistości stwierdziłem, że nie będę jej przyszkadzał (Gdy się dowiedziała, co zaszło i dlaczego nie zadzwoniłem omal mnie nie poćwiartowała). Zadzwoniłem do koleżanki, która wpadła na kilka dni w odwiedziny zza granicy, szła właśnie do babci i natychmiast sprint do mnie po moim rozpaczliwym "Spaliłem coś, nie wiem co mi jest, potrzebuję pomocy, przyjdź". Spotkała mojego chłopaka wracającego od rodziny i razem przybiegli. Gdy weszli leżałem w szoku na łóżku. "Co ja właśnie przeżyłem?" - próbowałem znaleźć odpowiedź. Ciągle przewijały mi się te widoki, tą czerń, te witraże. Gdy weszli mówili do mnie z korytarza, byłem przekonany, że to znów widmo, kolejne oszustwo z głębi nicości. Dotyk żywej osoby spowodował powrót na ziemię - tak to naprawdę oni. Nie chciałem rozmawiać, nie byłem w stanie wydukać słowa. Przeżyłem śmierć, byłem po drugiej stronie i wróciłem. Powiedziałem "już jest ok, daj mi chwilę". Dostałem herbatę, ale leżałem w bezruchu, praktycznie bez umysłu przez dobre 15 minut. Teraz najlepsze. Zaczeło się o 16:20. Gdy nadeszła pomoc w postaci znajomych byla...16:40. To trwało 20 minut! JAKIM CUDEM? Takiego zaginania czasoprzestrzeni nawet nie potrafię sobie wyobrazić.  

Po godzinie już było ok, po dwóch całkowicie wytrzeźwiałem. Potem mimo ostrzeżeń znajomi chcieli to zapalić na imprezie i skończyło się lataniem w kosmosie i również próbą "dosięgnięcia Ziemi", aby powrócić do domu. Było również łowienie ryb na zamarzniętym jeziorze (czt. podłoga w kuchni była zamarzniętym jeziorem z dziurą na wędkę. Drugi chętny poległ pod piecem, a następie recytował piosenki Kalibra 44 i Paktofoniki. Drobny szczegół - nigdy ich nie słuchał. Tylko przelotem, a tekst znał perfekcyjnie. Ta dwójka, która paliła rozmawiała ze sobą z jakimś języku. Potem twierdzili, że świetnie się rozumieli mimo, że był to totalny bełkot. Ale za to pełen emocji :p Ja zapaliłem raz jeszcze, ale tylko lekko ugieły mi się nogi. Na szczęcie.

Po roku stwierdzam, że to nie był bad trip, a mistyczne przeżycie. Mając tysiąclecia w pustce przemyślałem wiele kwesti, inne nabrały dla mnie całkowicie inny wydźwięk. Pozytywnie oceniam to przeżycie. Na drugie dzień biegacz wyłapał bułe na ryj i tyle go widziałem. Omija mnie szerokim łukiem ;)

Z pomocą forumowiczów HR ustaliliśmy, że to było AM-2201. Ale stuprocentowej pewności nie ma. 

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Forumowicze mają rację. A trip - modelowy opis doświadczenia dysocjacyjnego. Coś takiego mogłoby się wydarzyć po szałwi!

Była to dla mnie taka moc, tego się nie da opisać, ani z niczym porównać. Nie da się tego opisać intenstwnością efektów, a tą tajemniczą siłą, która ukryta była za nimi. Dużo czytam i szałwia jako jedyna mogła tak mi dać popalić - taki był mój wniosek. Ale ja na RC nie znałem się w ogóle. Nigdy nawet nie dotknąłem dopalaczy, gdy te przeżywały złoty okres. Więc odpowiedź dało mi forum. :)

Ja naprawdę w tej chwili nie bardzo wiem, kim jestem. Mógłbym powiedzieć, kim byłem dziś rano, ale od tego czasu musiałem się już zmienić wiele razy.

zgadzam się ojcze, typowe uczucie zawieszenia w próżni po szałwii wieszczej. 
Caprio szałwia nie jest RC, to jest roślina sprzedawana w postaci ekstraktu bądź liści,  do dostania w każdym smart shopie w Holandii. 

Ja obstawiałem Szałwię, bo o RC nic nie wiedziałem. Ciężko mi było uwieżyć, że mógłby ją ktoś w tak małym mieście mieć, więc spytałem na forum, by zobaczyć czy ktoś skojarzy. Nieśmiałbym takich obelg wobec Bogini użyć ;) 

Ja naprawdę w tej chwili nie bardzo wiem, kim jestem. Mógłbym powiedzieć, kim byłem dziś rano, ale od tego czasu musiałem się już zmienić wiele razy.

Fajny raport. Kannabinoidy mogą dawać przeżycia równie mistyczne co typowe psychodeliki, w moim przypadku były to niejednokrotnie doświadczenia o wiele mocniej wyginające rzeczywistość.

Mogłoby. Problem w tym, że szałwia nie bardzo przypomina MJ. Także jej zapach jest zupełnie różny, a przy tym tak słaby i niepodobny do niczego... Szałwia nie występuje w postaci topków, a w postaci ususzonych liści. Oczywiście nie wiem jaką MJ dostawał bohater TR'a, ale jeśli można ją było porównać do ekstraktu czy przesuszonych lisci szałwii to... nie zazdroszczę :D Jeszcze inna rzecz; ekstrakt to bardzo dorbno pokruszone listki, a im mocniejszy tym ciemniejszą ma barwę. Ekstrakty 40x i więcej są już niemalże czarne. Bardzo słaby ekstrakt lub liście mogły mieć jasnozielony kolor, ale czy podziałałyby tak potężnie na kogoś kto pierwszy raz styka się z salvinorinem? Nie wykluczone... bo z tą rośliną nie ma nic pewnego ;P Mimo wszystko jednak; szukałbym odpowiedzi w jakimś syntetyku, swoją drogą; niemniej ciekawym od Sally ;)

Mogę z pewnością potwierdzić, że historia tego tripa była zasługą jakieś substancji syntetycznej. Miałem okazję palić zapalić standaryzowany ekstrakt Salvii.

Syntetyki wyglądają przy Niej jak pistolet na wodę. Salvia zabiera w podróż do świata, w którym "Ciebie" nie ma ;) 

Ja naprawdę w tej chwili nie bardzo wiem, kim jestem. Mógłbym powiedzieć, kim byłem dziś rano, ale od tego czasu musiałem się już zmienić wiele razy.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media