Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

dzień,w którym wystartowałem szybciej niż mój samolot. dosłownie

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
~40 mg (niecałe dwie tabletki, każda po 22 mg 2C-B)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Brak nastawienia, lekkie zdenerwowanie. Nie przymierzałem się do doświadczenia psychodelicznego tego dnia. Wiedziałem, że istnieje możliwość, że będę zmuszony je połknąć jednak, gdyby to tego doszło myślę, że efekty 2C-B byłby akurat najmniejszym moim problemem.
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
W miarę regularnie:
MJ, Haszysz, Kodeina, Kokaina, Amfetamina, MDMA
Od wielkiego święta:
DXM, LSD, Ketamina, 1P-LSD, 3-MMC, 2-FA, 3-FA, 4-FA, 4-FMA, Bufedron, , Szałwia Wieszcza, , 2C-B, Kratom

dzień,w którym wystartowałem szybciej niż mój samolot. dosłownie

Cześć i czołem. To nie będzie typowy tripraport, a raczej historia, w której takowy się znajdzie.

Z głowy jednak wspomnienia ulatują, a “papier” nie dość, że przyjmnie wszystko to i trwałość ma dłuższą. Z resztą w internecie nic nie ginie, a to jest coś, co chcę opisać sam dla siebie.

Oto ja, dwudziestokilkulatek mieszkający w Londynie, miłośnik substancji psychoaktywnych (czasem praktykujący :p ), cichy wielbiciel psychodelików. Jak można zauważyć w “Doświadczenie” 2C-B mam już wpisane, gdyż sytuacja, którą chcę opisać to nie był mój pierwszy raz z tą substancją. Ale jak to w ogóle się zaczęło?

Nauczyłem się ogarniać ciemną sieć. Coś na co czaiłem się od dawna, bo jako osoba niezbyt towarzyska, uciekająca wręcz od ludzi, fobik społeczny nie byłem w stanie nikogo prosić, ani nawet spytać o cokolwiek związanego z narkotykami. Chyba, że ktoś sam z takim tematem wyszedł do mnie. Zatem zdobycie dojścia do czegokolwiek innego niż coś, czego używano w moim otoczeniu przez najbliższych znajomych było praktycznie niemożliwe. A tak się składa, że z psychodelikach nie gustował absolutnie nikt, a niektórzy nadal twierdzą, że po LSD lata się na jednorożcach.

Do zakupów po drugiej stronie internetu niejako zmusiła mnie sytuacja, gdyż gdzieś tam pocztą pantoflową ktoś się dowiedział, że coś tam wie o ciemnej sieci i zostałem poproszony o zakup oleju RSO. Sam nigdy nie odważyłem się nic kupić, nigdy nie postawiłem mojej ciekawości wyżej niż np. wizję wpadki i całego szeregu konsekwencji, który się z tym wiąże. Ale tu cel ważny, nie dotyczy mnie. Kupiłem - i się udało. I to było… takie proste! No i się zaczęło…

W styczniu planowałem urlop w Polsce. Pierwszy raz w życiu święta spędziłem poza domem i bez najbliższej rodziny, w dodatku bardzo długo nie widziałem się z nimi, więc postanowiłem sobie to odbić, z nawiązką oczywiście.  I zaczęło się planowanie, większe niż przedświąteczne szaleństwo. Gdy tu planujemy co, komu kupimy i przy kim usiądziemy przy świątecznym stole, ja planowałem co, gdzie, z kim i po czym będę latał. No cóż, priorytety :D A zakupy poszły dość konkretne: MDMA, ketamina, LSD czy właśnie 2C-B. Oczywiście też inne rzeczy, które również próbowałem zamówić do swojego domu w UK. Jednak tutaj paczki, a były bodaj dwie, nigdy dotarły. Do Polski oleje doleciały jednak bez problemów, więc wszystko zamówiłem do swojego rodzinnego domu. Nawet nie chce myśleć jaką minę miała by moja mama, gdyby jednak zamiast paczki zapukali do niej smutni Panowie. Synek ze mnie przekochany, nie ma co.

Mama jednak na bieżąco informowała, że “to co zamawiałem dla kogoś i, żeby tego nie otwierała tylko gdzieś schowała, a ja to ogarnę, kiedy przyjadę” dochodziło. Paczka po paczce. Dotarłem zatem i ja. Tydzień zleciał jak z bicza strzelił. Wszystko okazało się być tym, co zamawiałem (po testach odczynnikami oczywiście, gdyż jestem człowiekiem, który lubi wiedzieć, co ćpie - choć nie zawsze się to udaje) No oprócz amfetaminy, która okazała się jakimś butylonem czym innym bieda-ketonem. Gdy już fetę czy MDMA miałem za sobą, a jako że od zawsze coś mnie ciągnęło do psychodelików, to na LSD i 2C-B nie mogłem się doczekać najbardziej. Skończyło się na tym, że LSD wciąż leży w szafce.

 

W dodatku jak się później okazało, w tej samej szafce, dosłownie 10 centymetrów od mojej narkotycznej skrzynki incognito, moja matka kitrała blatna. Marihuanę. MOJA MATKA! (o_O) Do tej pory w sumie nie wiem, co o tym myśleć, gdyż moja mama to jednak należy do tych anty. A tu proszę, nawet skrytki robimy w tym samym miejscu. To już chyba genetyczne. Jednak nie rozmawiałem z nią o tym, gdyż wyszedłem z założenia, że ja również czułbym się niekomfortowo, gdyby to ona znajdując coś takiego u mnie zaczęła ze mną o tym rozmawiać. Ale może przy następnej okazji, kto wie.

 

Kwasa nie tykałem, bo jednak do tego trzeba mieć czas, miejsce, ale i odpowiednie otoczenie, a dla mnie idealnym otoczeniem jestem ja sam. Przynajmniej w jednym pokoju, a jednak był ze mną mój luby. Jednak 2C-B działa ze dwa, trzy razy krócej od LSD, i podobno jest lżejsze i łatwe do ogarnięcia, więc złapałem okazję, poszedłem z koleżanką do mniej do domu i tam nie omieszkałem spróbować. Jedna tabletka oralnie, nie działa jednak tak jak się spodziewałem więc po dwóch godzinach druga poszła nosem. Ałaaa. Ale jednak wcześniejszy alkohol i inne używki i imprezowy ciąg skutecznie, moim subiektywnym odczuciu, dość znacząco spłyciły mi do doświadczenia. Je też będąc z nafeconą koleżanką, nie chciałem odlatywać, więc no było fajnie, coś tam się ruszało, ale uwagę skupiałem nie na sobie i swoich odczuciach. Jednak tyle, ile udało mi się ujżeć tylko podsyciło moją ciekawość.

Zatem na następny dzień znów spróbowałem. Jednak i tym razem coś poszło nie tak. Przede wszystkim znów nie byłem sam, jednak wiedziałem na co się piszę. Był ze mną mój luby. On jednak dość ciężko zniósł ten maraton. Rozchwiany używkami, z lekkim depresyjnym załamaniem i różnymi natrętnymi myślami, siedział ze mną, sam będąc trochę ciekawym. W pewnym momencie poszedł do kuchni zapalić papierosa, a ja w miedzy czasie skupiłem się na tapecie w pokoju, która coraz odważniej zaczęła sobie żyć własnym życiem. Jednak moja beztroska nie trwała długo, gdyż wrócił. Spoglądając na niego (już gdy 2C-B się załadowało) wiedziałem, że coś jest nie tak. W sumie wiedziałem, ale jednak przez chwilę przeszło mi przez myśl, że może fakt, iż wydaje mi się, że jego głowa zaraz wybuchnie, a jego twarz w dziwny sposób zmienia kolory to jednak tylko działanie pixy, a nie rzeczywistość. Jednak okazało się, że faktycznie jest tak źle - nie potrafił panować nad emocjami.

 

Twierdzi, że poszedł do kuchni, odpalił papierosa i ni z tego, ni z owego zaczął płakać. Ogarnął płacz, wrócił, ale gdy tylko chciał mi o tym powiedzieć to już zaczął nie płakać, ale ryczeć. Dodatkowo mówiąc mi o swoich niektórych myślach. Mi oczywiście było źle z tym, że ona się tak czuje, jednak wiedziałem, że gdy się zregeneruje wszystko wróci do normy. I kompletnie zapomniałem, że jestem pod wpływem. Przypomniałem sobie dopiero, gdy nagle przytłaczający smutek (prawdopodobnie  spowodowany tym, że osoba, którą kocham przeżywa chyba teraz wewnętrzne minipiekło) zacząłem ryczeć. Nie potrafiłem jednak wtedy odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Było mi po prostu smutno. Czułem się jak smutek. I nie mogłem przestać ryczeć. Doszło do tego, że podczas, gdy on przy mojej lekko nietrzeźwej pomocy uspokoił się trochę, nagle widząc mnie nie potrafiącego powstrzymać płaczu, znowu zaczął. A ja zrobiłem się jeszcze większym smutkiem. Teraz próbuję sobie to wyobrazić jak to wyglądało z boku - siedzą, płaczą i mówią do siebie, że w sumie bez sensu i nie wiedzą dlaczego, jednak nie mogą przestać. No nie tak sobie wyobrażałem ten trip. Jednak niezapowiedzianie przyszły koleżanki więc jakoś udało nam się o tym (czym?) zapomnieć.

Teraz moją żądza poznania tej fenylki osiągnęła apogenum. I zdecydowałem się zrobić coś, o co nigdy bym siebie nie podejrzewał. Nie przeszłoby mi nawet przez myśl, że starczyłoby mi jaj, by o tym pomyśleć. NIe byłem w stanie zrobić pierwszych zakupów z darknecie, a tu *suprise*. I tak oto moi drodzy przechodzimy do historii właściwej, o której chciałem napisać od początku :)


 

Z 10 tabletek, które do mnie przyszły, chcąc nie chcąc, jeszcze mi zostało. Wszystkiego w sumie mi zostało, ale na nich zależało mi najbardziej. W dodatku zamawianie do mnie nie powiodło się. 2C-B, będąc tak naprawdę moim pierwszym, prawdziwym psychodelikiem (bo DXM to raczej taki DEMOpsychodelik. Taka trochę BiedaEdyszyn, dla chcących wrażeń dzieci z gimnazjum). Zauroczyłem się do tego stopnia, że stwierdziłem… że wezmę je ze sobą! Mądre prawda? A jakże!

Chwile analizując to, w jaki sposób przewozimy nasze leki, czy to zwykłe przeciwbólowe czy np. antydepresanty swojego czasu, nie zauważyłem specjalnego zainteresowania straży granicznej naszą walizką. Nasze blistry walały się praktycznie zawsze bez pudełek, a i czasem folia była zerwana, a tabletka wsadzona tylko tak, aby była na miejscu. I mimo tego nasze bagaże podręczne, bo o nich mowa, przechodząc przez te całe skanery, tylko raz bądź dwa razy zjechały do sprawdzenia w drugą taśmę. I chyba to był dla mnie wystarczający dowód, że się da, bo wsadziłem trzy pixy w puste miejsce w blisterze setaloftu. To nic, że Setaloft to mała, biała tabletka w kształcie prostokąta o zaokrąglonych rogach, a moje 2C-B to rzucająca się w oczy, okrągła, wściekle fioletowa pixa. Kto by tam zwracał uwagę na takie szczegóły, prawda? A już w szczególności straż graniczna :D

Oczywiście mój luby o niczym nie wiedział, bo przecież by mnie zamknął w piwnicy na trzy spusty i wrócił do domu sam, i pewnie zostawił by nawet tą nieszczęsną walizkę w obawie, że skoro wpadłem na tak głupi pomysł to może gdzieś ukryłem jeszcze głupszy.


W każdym razie, godzina wyjazdy się zbliża, odwozi nas nasz kumpel, mini szczurek przed wyjazdem z domu, ale oczywiście mi to nie wystarczyło. I jako, że 2C-B było brane z zamiarem poczekania na odpowiednią okazję w Londynie, tak żądny wrażeń zabrałem ze sobą kryształ, odpowiedni na uprzyjemnienie sobie podróży samolotem bez typowego, że tak powiem, ujebania po MDMA. Zarzuć miałem zamiar oczywiście w WC, na chwilę przed przejściem przez bramki ze skanerami. Jednak ostatecznie w łazience, z kryształu niewiele zostało, gdyż (jakby przypałów jeszcze mi było mało) chciałem skruszyć sobie MDMa, gdy zatrzymaliśmy się przy jakiejś uliczce obok lotniska. Na uliczce, na której oczywiście nie można parkować. Zatem zgadnijcie kto przydreptał do nas, podczas, gdy ja tu sobie spokojnie podziwiam Molly. Ostatecznie stając z papierosem w jednej ręce, a macając Molly w drugiej, schwaniej oczywiście w kieszeni, kolega utargował mandat i czym prędzej udaliśmy się na płatny parking przed lotniskiem. Ja wtedy szybciutko do WC, spożyć to, co mi tam z tego zostało.

I wtedy jednak naszły mnie obawy odnośnie mojego GENIALNEGO pomysłu na przemyt :D Dostając chwilowego przebłysku rozsądku, udałem się do lubego, który miał walizkę, pod pretekstem bólu głowy i koniecznością wzięcia tabletki otworzyłem walizkę, ostentacyjne sprzyłem painkillera (wiecie, jak obserwują to niech widzą, że to nic podejrzanego :D ) przy okazji szybciutko wyciągają fioletowe kółeczka z blistra (gdzie swoją drogą jedna mi  się wymsknęła przy próbie podniesienia walizki z podłogi. No super professional przemytnik z ciebie, Brawo TY! Zostawiam lubego z walizką na hali, tuż przed samymi bramkami ,a sam jeszcze idę na papierosa i oczywiście pozbyć się reszty balastu w jakimś spokojniejszym kącie.

I tam na papierosie, obserwując przez szybę bramki i lubego, widzę, że… nikogo nie ma. Żadnych pasażerów na tą chwilę. I naszła mnie refleksja (a już wiecie, że moje refleksje to są takie, że tylko pozazdrościć i uciekać przy okazji) i stworzył mi się w głowie plan. I w sumie poszedłem na tego peta i miałem je wyrzucić, bo stwierdziłem przecież chwilę wcześniej, że za duży przypał. Przecież nad walizka i tego co oni tam widzą nie mam kontroli. Jeśli znajdą to przecież nie przeskoczę przez murek odgradzający ich od pasażerów i nie wysadzę tej walizki, by pozbyć się dowodów. No chyba, że… Dokładnie moim drodzy. Chyba, że będę je miał przy sobie. Ludzi przecież nie ma, przejście przez to, razem z oddaniem walizek zajmie mi góra minutę, bo za nikim nie będę musiał czekać. Wsadzę w pysk, po przejściu wypluję, szybko do kieszeni i jedziemy. A w razie problemów zawsze można, no cóż, łyknąc i dowodów brak.  Ale po chłodnej kalkulacji i analize szczegółowej niczym w Agetnach NCiS wydawało mi się to mało prawdopodobne. Reszta, resztka albo raczej resztunia mojego rozsądku jeszcze działała, bo kończyłem papierosa lekko zdygany. Spoglądam na te kółeczka, miedzy palcami papieros i w sumie zadumałem się i zapomniałem na chwile o moim GENIALNYM planie, jednak szybko sobie o nim przypomniałem, gdy już na jego początku coś się ogranizacja lekko mi posypała. Jedna ręka wręcz ostentacyjnie trzyma te pixy ręku razem z końcówką papierosa, druga usilnie próbuje nie upuścić torby, nogi w tym czasie zebrały się do odważnego marszu, więc idąc wnet tańczyłem by wszystko utrzymać i nic nie upuścić, a jeszcze peta zgasić nie wsadzając go sobie po drodze do oka, gdy moim oczom tuż przede mną ukazał się Strażnik. No zupełnie jakby coś było przeciwko mnie (może nie wiem, rozum?) On był tam zapewne oczywiście zupełnie przypadkiem, w sumie teraz nawet nie jeste pewny czy w ogóle się na mnie patrzył, ale ja jednak, chcąc się zachować naturalnie, lekko schylając głowę wziąłem tego peta do ust, ściągając, jakże naturalnie’ ostatniego bucha, podrzucając sobie przy okazji 2C-B, i zgasiwszy szybkim ruchem peta, idę na halę. I widzę go, stoi i na mnie czeka i widzi mnie dokładnie. No przecież jak on zauważy, że coś wypluwam, a przecież nie mam gdzie tego wyrzucić to, mając na drugie przypał (i kto to mówi xD) zrobi mi awanturę na środku lotniska. Więc nie myśląc zbytnio po prostu poszedłem z nim prosto do bramek. Przechodzę jedne bramki, skanuję kartę pokładową, witam się z pierwszym Strażnikiem. No i wszystko spoko. Jeden zaliczony. Podchodzę do taśmy, uśmiecham się do pracowników,  JEB, walizki i ubrania na stół, rzucam telefon i nagle czuję w buzi jakby piasek.

 

No i chuj, no i cześć. Jak to możliwe? I co teraz? Milion myśli na minutę - niemlaskaj, nie ciamkaj tym ryjem, nie wypluwaj tego durniu. CO TERAZ!? W domu, próbując je pokruszyć wnet karty połamałem, a tu rozpuściły się już po niespełna minucie, w i tak suchym ryju? No, także tego nie przewidziałem.

I stojąc przez skanerem, przez który właśnie mam przejść, patrzę się na Panią Strażniczkę, która właśnie daje mi znak, że mogę iść,i  uśmiechając się jak kretyn modlę się aby tylko nie mieć fioletowych zębów :D Przechodzę i nic. Ani maszyny nie krzyczą, ani strażnik nie rzuca podejrzliwym spojrzeniem. Biorę pierwszą tacę z ciuchami, cały czas czują niezbyt przyjemny smak u buzi (jednak mogłem ją w końcu zamknąć) i wzrokiem szukam już łazienki, co by pobiec i szybko wypluć i wypłukać otwór gębowy. Jednak moja druga taca z moją walizką (wyobraźcie sobie moją reakcję, gdyby te tabsy tak jednak zostały) zjeżdżają do nich. UPS. I stoję i czekam, Pani szybciutko papierkiem przeciera, wsadza w maszynę, sprawdza, cacy, po minucie oddaje walizkę, a w między czasie mi już wszystko zdążyło się rozpuścić, a już i tak wysoki poziom adrenaliny sprawił, że na końcu już przestawałem kontrolować swój odruch połykania. Tym samym poszedłem na palarnie, spożywając w ciągu trzech godzin ścieżkę fety, MDMA, a na koniec wyssałem jakieś 40 mg 2C-B.

Z tego wszystkiego, zastanawiając się jak bardzo teraz mnie, szczególnie po MDMA, uderzy pizda, zapomniałem, że ja w ogóle to przyszedłem na samolot. :D A do niego jeszcze prawie godzina.

T+10: Palę papierosa, lekko zaszumiało mi coś w głowie, w sumie nie jestem pewnien co. Niestety nie mam się komu wygadać, więc dzwonię do odwożącego nas kumpla pochwalić się swoim osiągnięciem. Swoją drogą mu też nie mówiłem o moim genialnym pomyśle.

T+40: Siedzę przed bramką, gdzie nas załoga przyjmie na pokład. Siedzę, no bo co mam innego robić? Biegać? Piszę z ludźmi na fejsie, zauważyłem delikatną zmianę w odbiorze obrazu, ale nadal wszystko jest na swoim miejscu. Zatem lepiej iść do kibla teraz niż później.

T+50: Jakoś naprawdę mało ludzi, już wpuszczają przez bramkę. Jednak ja nie podchodzę, bo po co? Sprawdzam telefon - no, zaczyna się. Klawisze zaczynają już zauważalnie falować. Ale jedyna rzecz jaka mi teraz chodzi po głowie to to, aby względnie normalnie się zachowywać i nie wzbudzać podejrzeń. Oczy duże, ale da się je jeszcze kontrolować i zmniejszyć je patrząc np. w stronę mocniejszego światła.

T+55: Przed wyjściem na płytę lotniska udaje mi się znaleźć ławkę. Stanie prosto robi się naprawdę coraz trudniejsze i mimo to, że zdarza mi się odpłynąć myślami i siedzieć w taką zastygniętą twarzą, jestem w stanie w miarę szybko przywrócić się do porządku. Jak na złość 1,5 metra ode mnie stoją stewardessy. I moje ucho coś od jednej z nich usłyszało. W sumie nie wiem czy coś gadały czy to moje urojenia się włączyły. W każdym razie chcę jak najszybciej stąd iść.

T+60: Można wychodzić na płytę. Zatem idziemy. Do tej pory po mojej głowie chodziła myśl “Najważniejsze rzecz to nie wpadać w panikę”. I jakoś bez paniki udało mi się dotrwać aż tutaj. Dopiero próba zejścia po schodach pokazała mi, że moja głowa i moje ciało zaczynają być dwoma różnymi bytami. Głowa mimo, że już praktycznie powoli odlatuje cały czas ogarnia co robić, jak się zachować itd. Ciało jednak ukazuje nerwy podwójnie. Podczas schodzenia nie byłem w stanie wyprostować nogi i zgiąć ją dopiero w momencie, kiedy bym tego potrzebował. Szybkie zginające się ruchy były całkowicie mimowolne. Dopiero opierając cały ciężar ciała na nogach, a najlepiej jeszcze podpierając się ścianą, byłem w stanie nad nimi zapanować.

T+63: Muszę oddać walizkę, moje ręce również zaczynają się trząść, więc proszę lubego, aby tą walizkę ode mnie wziął. Ręce schowam, co by ich niepotrzebnie nie wystawiać. No własnie, karta pokładowa. Muszę ją pokazać przy wejściu. Wchodzę po tych schodkach starając się kontrolować te pieprzone nogi. Pani za mną z pewnością to zauważyła. Wyciągam telefon *ożeż w mordę*. “Ej, weź pokaż Pani karty pokładowe, bo ja ten. No weź” Dzień dobry, wchodzimy, nogi i ręce wciąż się trzesą, siadam na miejscu, przy przejściu niestety. Przy mnie jeszcze jakaś kobieta, która złą kobietą była.Po drugiej stronie i jedno miejsce z przodu siedzi mój.

T+70: Poruszanie się jest dla mnie problemem. Nogi i ręce wiadomo. Schowanie kurtki do górnej półki było nie lada wyzwaniem. Siadam. W ogóle wstawanie i siadanie było dla mnie problematyczne, gdyż klatkował mi się obraz. Zamiast płynnej czynności w mojej głowie widziałem tylko pozycję wyjściową, w połowie siedząco/stojącą i końcową. Nie mogłem przez to odtworzyć drogi jaką przebyłem i w jaki sposób, nie mogłem zatem stwierdzić czy działam w miarę normalnie czy może trochę jak robot.

A dodatku to wstrętne babsko wychodziło średnio, co 10 minut, a jak nie wychodziło to wołało obsługę

T+85: Odpalamy samolot. Powiedzieć, że półki mi falują to jak nie powiedzieć nic. One były falami. Przyciągały moją uwagę do tego stopnia, że musiałem zamykać oczy, aby się w nie nie wpatrywać. Jednak nie chciałem mieć oczu cały czas zamkniętych, bo no musiałem mieć chociaż najmniejsze pojęcie o tym, co się dzieje. I właśnie podczas mojego rozglądania się  obecny tam Stweard złapał mnie wzrokiem, jakby chciał mi dać coś do zrozumienia.

T+90: Pokaz załogi i wyjść ewakuacyjnych. Naprawdę ciężko jest się skupić. Wszystko faluje, podskakujący samolot sprawia, że mam wrażenie, płynę gwałtownie spływem kajakowym (?!)Zamykam oczy i odpływam z tą wizją.  Szybko jednak otwieram, gdyż przy mojej twarzy znajduje się moja wspaniała współpasażerka i z drugiej strony stweard. No przysięgam, że gdybym mógł to bym ją tym kajakiem uderzył. On odchodzi kontynuując i tym razem nie mam wątpliwości, patrzy się na mnie i wykonując gest rękoma chce, abym się uspokoił. No tak! Przeciez zewnątrz tak można to tłumaczyć - denerwuję się lotem. I to całkiem dobra wymówka w razie, gdyby komuś wzięło się na rozmowy.  Ręce, gdy tylko próbowałem zrobić coś manualnego odmawiały mi posłuszeństwa. W sumie do tej pory nie wiem jak udało mi się podłączyć te słuchawki.

Gasną światła i wtedy dopiero się zaczyna.

T+100(?): Patrzę na kokpit pilota (co jest raczej mało prawdopodobne już podczas jazdy zatem, coś innego musiało mi się zlać w taki obraz). Rozpędzamy się, wzbijamy, a przez ciemne rozświetlają przelatujące od samego dzioba, aż do tyły smugi światła od latarni, które mijaliśmy. Patrząc na przód (prawdopodobnie gdzieś w okolice drzwi pilotów) widzę kokpit, szybę, a za nią smugi od prędkości z jaką lecimy. Spoglądam nieco bliżej siebie, a tu pięknie pomarańczowe płomienie otulają kontur foteli dodatkowo rozświetlone przez te przelatujące przez wnętrze światło latarnii. "O kierwa, czy my się palimy się?!"

Dziękowałem Bogu, że myślenie można w miarę szybko na 2C-B przywołać, chociaż na chwilę. Bo tylko chwili potrzebowałem, aby w takiej właśnie gwałtownej myśli powiedzieć sobie “zdejmij słuchawki, spójrz na kogoś, nie ma masek? Nikt nie krzyczy? Więc wyluzuj”. Tyle wystarczyło, aby uspokoić swoją głowę i móc z powrotem udawać normalnego pasażera.

Wciąż wbija w fotel, zdaję sobie sprawę, że jedyne co widzę to fotele, głowy innych pasażerów i półki. Reszty samolotu nie widzę, ani ścian, ani podłogi tylko coś niebieskiego. Jakbyśmy lecieli z prędkością światła albo jakbyśmy przebijali się przez barierę ochronną lub płynęli w prądzie elektrycznym. Nie wiem czy brzmi to jakkolwiek, dałem się jednak temu porwać całkowicie. Nagle BUM, potężny smród. Zdałem sobie sprawę, że ja tak naprawdę wcale nie mam otwartych oczy. Nawet nie zdałem sobie prawy, że je zamknałem. Oh, no tak, Pani się kawusi zachciało, oczywiście musi się jeszcze spytać o milion innych rzeczy. Witamy z powrotem na ziemi.

 

Lot minął mi na słuchaniu muzyki, która porywała mnie do tego stopnia, że świat poza słuchawkami nie istniał. Muzyka tworzyła świetne, kolorowe tunele, po których podróżowanie sprawiało mi wspaniałą frajdę. Tunele wyłożone kolorowymi figurami geometrycznymi, potrafiły zmieniać się z całe obrazy przedstawiające konkretne miejsca, przedmioty czy  postacie. Zupełnie jakby chciały mi coś opowiedzieć, praktycznie w żadnym z nich nie ujrzałem celu. Nie było mi to dane, gdyż ta wywłoka z lewej, która dostała gorączki krwotocznej, bo nie jestem w stanie zrozumieć tak częstego wstawania w samolocie, skutecznie mi przeszkadzała. W dodatku historia urywała się całkowicie, a ja miałem problem z zapamiętaniem tego, aby w jakikolwiek sposób spróbować odtworzyć to, co widziałem ostatnio.

Gdy otwierałem oczy ilość informacji jaką musiałem przyjąć była dla mnie czasami zbyt duża. Najprostsze rzeczy typu: zgaszanie, zapalania światła czy ten charakterystyczny dźwięk przypominający o konieczności zapięcia pasów. “Przecież to taki ładny ptak.” Przez słuchawkę przebił się dźwięk szybko przechodzącej osoby? “O matko, co to za olbrzym!?” Z każdym bodźcem w pierwszej chwili miałem wrażenie, że spotykam się z nim po raz pierwszy i rzadko potrafiłem coś poprawnie zinterpretować.  Wszystko było takie nowe, takie dziewicze. Musiałem tłumaczyć sobie świat na nowo. Jednak ilość informacji potrafiła mnie dość mocno przytłoczyć, na szczęście czasem puknięcie mojego w ramie i zobaczenie jego reakcji wystarczyło, by w jednej chwili zejść na ziemię. Innym razem po prostu znów zakładałem słuchawki.

T+140: Połowa lotu za nami. Mam wrażenie, że ręcę przestają mi się tak mocną trząść, gdy staram się coś zrobić, jednak nie odważyłem się na żadne spektakularne czynności, oprócz trzyklatkowego wstawania i siadania. Mój spogląda na mnie czasem i widzę, że coś widzi, ale nie wie jeszcze co.. O ile cała załoga zdążyła pewnie zauważyć, że coś jest ze mną nie tak. O tyle nie widziałem i ich zachowaniu jakiegoś specjalnej uwagi skierowanej w moją stronę. Co innego “mój” stweard. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że młody połapał się w tym, co się dzieje na moim miejscu.

O ile większość czasu “spałem” by nie dawać nikomu okazji do analizy mojej osoby czy zachowań. Jednak moje dość nietypowy styl bycia zainteresował na tyle, że skrupulatnie wykorzystywał momenty, w których mógł mi się przyjrzeć. Moje spojrzenie czasami nie mówiło nic, innym razem wiem, że krzyczało wręcz, że absolutnie nie ma pojęcia, co się dzieje. Pomijając już fakt, że jako jedyna osoba, oprócz Mojego, mogła dokładnie zajrzeć mi w oczy - tak, bo nie omieszkał przyjść, gdy ta skretyniała Pani z miejsca B wzywała obsługę. A moje oczy mówiły same za siebie. W dodatku świeciłem się jak psu dupa. Przyłapałem się kilka razy na cmokaniu, mlaskaniu ustami i innych dziwnych dźwiękach, gdyż w głębi duszy modliłem się o szklankę wody, jednak nie dałbym rady nic z siebie wydusić, a by o nią poprosić.

Przez całą podróż miałem wrażenie, że moje ciało i umysł rozdzieliły się. O ciele przypominałem sobie tylko wtedy, gdy ta wieśniaczka coś chciała, bądź próbowałem nieudolnie coś zrobić. Było ono jak zestresowane dziecko, które nie jest w stanie wymówić pojedynczego słowa i jąka się, gdy musi coś powiedzieć. Trzęsły mi się ręce, nogi, palce,  stopy, głos. Nie panowałem nad nim absolutnie wcale, jednak jakimś cudem wiedziałem jak usiąść, jaką pozycję przyjąć, aby go nie napinać i by się uspokoiło. Wtedy całkowicie zapomniałem o jego istnieniu i mój umysł był całkowicie odseparowany.

T+200: Zbliżamy się powoli do Londynu, z jakiegoś powodu jestem całkowicie zrelaksowany, czuję, że peak już za mną, w międzyczasie wizuale zmalały do tego stopnia, że nie pochłaniały całej mojej uwagi. Mogłem w miarę sprawnie opuścić samolot i wyjść przed lotnisko, gdyż targały mną emocje i potrzebowałem zapalić. Tak bardzo, że spaliłem z rozpędu z cztery na raz.

Podczas tripa miałem też śmieszne problemy z pamięcią, za co posdumowano mnie, abym “nie zabierał się za rzeczy, których nie jestem w stanie dokończyć”. Chodziło, o to, że potrafiłem zapomnieć, co robiłem, jak coś się robi lub wiedzieć, że coś zrobiłem, ale nie pamiętałem co i po co. Dla przykładu, chcąc podwinąć przydługi sweter, aby schludnie wyglądać, w trakcie zatrzymałem się, bo nie mogłem sobie przypomnieć jak unieść rękę, by złożyć sweter w odpowiedni sposób. Autentycznie stałem w tym autobusie, który wiózł nas do budynku lotniska i ciągałem go próbują całkowicie na ślepo, czasami zakładając go na, zamiast pod kurtkę.

Do domu dojechałem na bardzo subtelnej fazie. Cieszyłem się, że największy nieogar przytrafił się w takim, a nie innym czasie. Ktoś może pożałował mi rozumu, ale postanowił mnie w zamian przypilnować, bo naprawdę nie jestem w stanie sobie wyobrazić peakowania fazy pod koniec lotu.

To był dzień, wktórym wystartowałem szybciej niż mój własny samolot. Na szczęście udało mi się też wcześniej wylądować.

 

I gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że kiedyś będę tripował 10 kilometrów nad ziemią to bym kazał mu się puknąć w łeb. Ogólnie 2C-B jest świetną, lekką, ale potrafiącą wyrwać z butów zabawką. Można jednak

zatracić z nią z smutnych myślach, a niemożność wyjścia z takiej pętli negatywnego myślenia mogłby być dla kogoś traumatyczne.

Ocena: 

Odpowiedzi

Piękny lot podczas lotu, czyli lot do kwadratu:-) Przyjemnie się czytało.

To tylko sen samoświadomości.

Zastanawiam się czy nie masz rozdwojenia jaźni, bo wspominasz o jakiejś osobie, która ci pomagała walizki i kartę podać i nie wiadomo kiedy jest, a kiedy jej nie było. Sam tam leciałeś czy z kimś, bo nie ogarniam?

"Zbyteczność: był to jedyny związek jaki mógłbym ustalić pomiędzy tymi drzewami, ogrodzeniem, kamieniami (...) A ja wiotki, osłabiony sprośny, trawiący, chwiejący się od ponurych myśli - ja także byłem zbyteczny."

J.P Sartre "Mdłości"

Że leciałem z narzeczonym. Stąd owe "rozdwojenie jaźni" :)

I tak zamknięty w błędnym kole - czułem się źle, bo brałem i brałem, by nie czuć się źle.

Jesteś gejem? Piszesz ciągle mój luby mój luby. 

Dokładnie - gratulacje Sherlocku :p

I tak zamknięty w błędnym kole - czułem się źle, bo brałem i brałem, by nie czuć się źle.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media