Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

salvia divinorum - dwa podejścia

detale

raporty unknown

salvia divinorum - dwa podejścia

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie będzie to klasyczny TR, raczej opis dwóch prób z szałwią. Doświadczeni użytkownicy

SD zapewne nic ciekawego tu nie znajdą, natomiast początkujący mogą i owszem, choć niekoniecznie. Aha, jeszcze...

Wszystkich buraków, którzy czytają TR`s tylko po to, żeby je oceniać (pod względem literackim, czy oddania głębi

przeżyć), proszę, niech sobie odpuszczą. Nie będzie tu nic głębokiego, a i literacko niezbyt.




Okej, jedziemy.




Człowiek: Facet, niecałe 30 lat, 190 cm, 87 kg, niepalący, szuka dziew.... eee... sorry, to nie ten serwis :D




Doświadczenie: MJ (od ponad 10 lat mnóstwo i namiętnie, właściwie to jestem uzależniony); #; speed (parę okazyjnych wrzutów i kilka parotygodniowych rajdów); bieluń (raz - pierwszy i ostatni); kwasiki x kilka; avio x1;

efedryna&pseudo x kilka; doxepin x kilka, pigs x 3; grzyby x1; last but not least: alk wszelki mnóstwo, często i namiętnie




Salvia Divinorum - x 2 - opis poniżej.




O Salvii dowiedziałem się z hypera, przeczytałem wszystkie TR`s (łącznie z komentarzami) i FAQ`s. Brzmiało bardzo

zachęcająco. Namierzenie sklepiku trwało chwilę, parę dni później byłem posiadaczem 1 g extraktu 5x i 6 g liści (to znaczy

sprzedawca nazywał to gramami, waga by pewnie miała na ten temat inne zdanie :D).




RAZ PIERWSZY




Set&settings: samopoczucie raczej dobre, choć byłem zmęczony (po całym dniu pracy), czułem podniecenie wywołane wizją

testu nowego środka, strach że nie zadziała (to była moja schiza).




Środek: Salvia Divinorum & MJ




Przygotowania: Pomny przykazań coby nie używać bez opiekuna wstrzymałem się z konsumpcją. Jednak już dwa dni później

trafiła się okazja. Środa. Kumpel z pracy zostawał w niej dłużej, więc ok. 22.00 zawitałem do miejsca pracy i powiedziałem

mu żeby mnie pilnował. Człowiek z używek jedynie pali czasem mj i pije. Do mojego problemu podszedł ze zrozumieniem, choć

sam nie reflektował. Przygotowałem trzy porcyjki liści zmiksowanych z extraktem (zawiniętych w chusteczkę, coby było

łatwiej zbić). Puściłem muzę z kompa, rozsiadłem się na kanapce. Salvię podpalałem zapalniczką żarową. Dym trzymałem do

oporu.




Pierwszy mach. Czuję jak mózg odjeżdża gdzieś na tył głowy, dziwne napięcie - coś jak na kwasie, tylko sporo

silniejsze. Coś mnie wyrywa z rzeczywistości, ale na razie jeszcze słabo (stosunkowo).








Drugi mach. Jest konkretniej. Czuję jak odpływam (mówię do kumpla: -na razie-, naprawdę myślałem że gdzieś się

wybieram), nie mam pełnej kontroli nad własnym ciałem. Ale nie tracę kontaktu z rzeczywistością - niestety! Bo nagle

ta rzeczywistość zaczyna mi przeszkadzać. Kanapa jest szorstka, w miejscu pracy jest bałagan, w ogóle - to jest moja

robota, której nie lubię! Muzyka (delerium - after all) jest metaliczna, przeszkadza. Otoczenie jest chujowe, na dodatek

wydaje mi się że kumpel na mnie patrzy... Cały się spociłem, wszystko jak za mgłą, uczucie podobne do gorączki. Walka z

rzeczywistością.




Trzęsącymi się rękami zbijam kolejną lufkę.




Trzeci mach. Masakra. Odkładam lufkę, to ostatnie co jestem w stanie zrobić. Totalna utrata perspektywy, niemoc, brak

kontroli nad ciałem. W pokoju pojawiają się postacie, ale nie widzę ich, raczej mam wrażenie że są. Nie przejmują się mną,

a ja chcę żeby mnie zauważyli. Nie odpływam - wiem gdzie jestem, ale wszystko jest inne. Nie bardzo wiem jak

zagospodarować ta fazę, jestem rozdarty między TU i TAM. W pewnym momencie łapię taką bajkę, jakby moje biurko było dworcem

z którego wszyscy odjeżdżają, a ja się nie łapię na ten kurs. To nie była wizja tylko bardzo silne wrażenie. Cały czas mam

oczy otwarte. W końcu autobus odjeżdża - beze mnie. A ja powoli wracam do rzeczywistości (dopiero z perspektywy widzę jak bardzo odpłynąłem).




Powrót: Wszystko trwało może z 10 minut. Po kolejnych 10 minutach jestem wyluzowany, radosny. Świat staje się taki....

przyjazny po prostu, mały, kompaktowy. Mam ochotę na jointa, idę więc do pobliskiego punktu sprzedaży nocnej po druma.

Ulica jest przytulna, chodniki miękkie. Po powrocie skręcam dżoincika (drum + przednia mj), siedzę w oknie, palę z kumplem,

jest mi dobrze. Później jeszcze oglądam teledyski na kompie (muzyka wchodzi jak nigdy!). Świat staje się coraz miększy,

powietrze jest gęste i przytulne, przemiłe. Generalnie - to jakby faza po MJ ale do kwadratu.




Wnioski: Ani źle ani dobrze. Siła fazy porównywalna jedynie z bieluniem, ale dużo bardziej pozytywna (i krótsza

oczywiście). Wiem co zrobiłem źle: ważne jest otoczenie i klimat (tu zrobiłem błąd, praca to kiepski wybór). Oczekiwania

chyba były zbyt konkretne, za dużo chciałem na raz. Opiekun - dobrze że był, ale człowiek jakby nie ten. Większość

środków w życiu (z wyjątkiem alku of kors) spożywałem sam. I wiem że następny raz będzie w samotności.




RAZ DRUGI




Przygotowania: Postanowiłem połączyć żucie liści (metoda kulki) i palenie. W samotności. Przyszła sobota. Rano zapakowałem

2 gramy liści do słoiczka z wodą posłodzoną miodem, zbiłem dwie lufki mieszanki liści i extraktu, wszystko do plecaka,

wziąłem kocyk, wsiadłem na rower i ruszyłem do lasu.




Set&settings: Pogoda była cudowna (choć październik), cieplutko, słoneczko, zero wiatru. Mjut! Nastawienie wielce

pozytywne. Polanka w lesie zaciszna, bezpieczna, dobrze schowana. Trawa tworzyła b.miękki materacyk. Otoczenie super.




Środek: Salvia Divinorum




Rozkładam kocyk, wyciągam ze słoiczka liście, formuję kulkę i zaczynam żuć. W międzyczasie przygotowuję lufki i zapalniczkę - wszystko pod ręką.




Żucie jest niezbyt przyjemne. Smak spoko, ale trzymanie przez pół godziny takiej masy roślinnej w ryju (a to tylko dwie

torby, niektórzy zalecają nawet 6 gramów!) to niezbyt miła sprawa. Parę lekkich odruchów wymiotno - wypluwnych, ale

wytrzymuję. Po pół godzinie przykładnego żucia z ulgą wszystko wypluwam. Pojawiają się pierwsze efekty. Lekkie zaburzenie

perspektywy, wszystko wydaje się być bliżej. Jest przytulnie. Jakby las był ubraniem. Totalny luzik, zero negatywnych

myśli. Przez moment myślę, że samo żucie wystarczy, ale już chwilę później ściągam pierwszego macha. Potem drugiego.

Trzeciego - ostatniego - biorę już w stanie odpływu. Faza nadchodzi jak potężna fala. Tracę kontrolę nad ciałem, nad

umysłem. Stapiam się z kocem na którym leżę, z lasem, z trawą. Jest mi niesamowicie dobrze. Znowu wrażenie obecności kogoś,

kto nie chce się ujawnić. Myśli krążą wokół rzeczy, które z codziennością nie mają nic wspólnego, ale dokładnie nie

pamiętam. Nie wiem czy jestem TU, czy TAM. Zresztą nie to jest najważniejsze. Najważniejszy jest totalny relaks, poczucie

doskonałej harmonii. Nie ma halucynacji, nie ma wyjścia z ciała. Chociaż gdzieś się wyrywam. Ale pasuję - w pewnym momencie

nawet pamiętam taką myśl: - Gdzie chcesz wychodzić, skoro ci tu dobrze? Masz czas, rozkoszuj się chwilą -;. Ciało

jest jednością z duchem, z otoczeniem... Coś niesamowitego.








Powrót: Po mniej więcej 10 minutach wracam do rzeczywistości. Jeszcze chwilę odpoczywam. Pakuję się, jeżdżę jeszcze chwilę

po lesie i wracam do domu. Samopoczucie - super, bez euforii, raczej stan zrelaksowania, coś a`la post orgasmic

chill...




Ściągnięty trzy godzinki później mach MJ wchodzi gładziutko i działa bardzo fajnie. Jest dobrze! Siedzę w kinie na

Hellboyu, chwilami w bardziej romantycznych momentach łezka mi się kręci. Dziwne!




Wnioski: Bardzo silne przeżycie, dużo fajniejsze i bardziej konkretne od pierwszego razu.




Następnym razem odpuszczam żucie, sprawdzę w ten sposób co mi ono dało. Ale mam wrażenie, że dało dużo, bo dym wszedł na

przygotowany już grunt.




Otoczenie w jakim się spożywa jest bardzo ważne. Musi być czas, warunki, spokój. Opiekun.... hm.... mi już chyba nie jest

potrzebny, znam już siebie na tyle, że mogę to robić w samotności.




SD nie daje się porównać z niczym. Wiem że zaledwie liznąłem tego co ta roślina oferuje, ale eksploracja jej świata

dopiero przede mną. Na pewno chcę spróbować czystego ekstraktu i mixu SD z MJ. Ale nie spieszy mi się, wszystko w swoim

czasie. Się zobaczy, będę raportował!

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media