Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

podróż w miejscu

detale

Natura:

raporty unknown

podróż w miejscu

Lokacja : Miasto wojewodzkie, przedmiescia


Srodek : Marihuana ( niezly skun )


Dawka : 5 rurek na 3 kolesi


Czas : 2001 rok szkolny, koniec listopada.


Doswiadczenie : duuuze...





Pierwszy raz mialem taka jazde po grasie. No wiec zaczelo sie tak ze razem z dwoma kumplami ( nazwe ich W i S ) postanowilismy ze trzeba cos zbakac. Zrzucilismy sie na torbe z samego rana i postanowilismy o 16:30 zaczac zabawe. Kolega S dysponowal srodkiem transportu zwanym popularnie malcuh wiec postanowilismy zrobic odstepstwo od reguly i wybrac sie w plener na przedmiescia. Zdazylo sie sciemnic jak wsiedlismy do wechikulu, S kierowal a ja siedzialem na siedzeniu pasazera. W siedzial z tylu i zajmowal cala przestrzen bo duzy z niego gosc. Pojechalismy na jakies pola i zatrzymalismy sie na srodku drozki prowadzacej na jedno z pol. W oddali widac bylo droge i jadace po niej samochody. Wyszlismy na zewnatrz i szybko wybakalismy 2 lufy. Po chwili postanowilismy wypalic jeszcze jedna bo bylo zimno. ( jakis pretekst musi byc ) Wypizgalo nas wiec wsiedlismy do malucha i tam chwile gaadalismy. Po 15 minutach stwierdzilismy zgodnie ze zero jazdy i chyba sprzedali nam gowno bo po takiej dawce juz powinnismy miec niezla grzane. No to co, dopalilismy co nam zostalo ( lufka i jeszcze mocno ubita dupka ) no i siedzimy. W koncu zaczelismy dostawac smiechawy... jest dobrze. Nie wiedzac kiedy minelo 30 minut i zaczela sie jazda na maska. W siedzac na tylnym siedzeniu w pewnym momencie zaczal jeczec „ O kurwa, O kurwa , o kurwa ...” i w pewnym momencie zaczelo nim rzucac od lewej strony samochodu do prawej. Odbijal sie tak od scian jak jakis lunatyk. Trwalo to troche bo zdazylem wyjsc z fury i sie prawie wyrzygac, po czym odejsc na taka odleglosc ze nie widzailem auta. Kiedy wrocilem W sie uspokoil ale stracilismy z nim wszelki kontakt. Do tej pory S byl ( jego zdaniem ) totalnie nietkniety wiec postanowil ze pojedziemy do jeszcze jednego kumpla. A ze to niedaleko i nie trzeba jechac normalnymi drogami tylko bocznymi wiec nie mowilem nie. Siedze i czekam az S ruszy. S w tym czasie wyjal z kieszeni kluczyki wlozyl do stacyjki, pociagnal za dzwigienke rozrusznika, zwolnil reczny (stalismy na polnej drodze wiec po zrzuceniu wstecznego auto kawalek sie ruszylo) chwycil za kierownice, i zaczal prowadzic, ruszal kierownica, wlaczal kierunkowskazy, zmienial biegi, poprawial lusterko, kazal pare razy W sie uspokoic bo nie moze sie skupic, no i po jakis 15 minutach nacisnal hamulec, wyjal kluczyki, pogasil swiatla, i mowi do mnie zebym skoczyl do kumpla i ze on mieszka tu w bloku, i pokazuje mi palcem gdzie. Ja z otwarta na oscież geba siedze przez cala „droge” i patrze sie na niego.... chodzi o to ze my sie nie ruszylismy z miejsca. Kiedy auto stoczylo sie kawalek S musial uznac ze jedziemy i przez 15 minut prowadzil samochod !!! Jak mu powiedzialem co sie stalo to wymiekl.... ludzie, nigdy nie prowadzcie po trawie kurwa jak nie wiecie co palicie....;))) Wylezlismy z wozu i poszwedalismy sie po pizgajacym dworze przez godzine. Wyswinilismy sie jak prosiaki bo dopiero co padal deszcz ale w koncu faza nam troche zeszla i pojechalismy do tego kumpla naprawde. Kolo mieszka w bloku na 9 pietrze. Kiedy weszlismy do klatki okazlo sie ze nie tak calkiem nam zeszlo bo nie umielismy zawolac windy ( moze byla zepsuta ) wlezlismy na 9 pietro piechota jak pojeby jakies. Kumpla nie bylo. No to schodzimy. Razem z W szybko ruszylismy w dol, wydawalo mi sie ze schodze z niekonczacych sie schodow i ze wpadlem w petle bo numery pieter ciagle byly te same. Schodzac slyszalem jeszcze jakies krzyki ale przestraszylem sie ze na zawsze zostane w tej wiezy i uciekalem jak szybko moglem. W tez zalapal tripa i wial jakby go paly gonily. Na dole skumalismy ze nie ma z nami S. Te krzyki to wlasnie on wolal zebysmy sie zartrzytmali. Okazalo sie ze S sie zgubil w bloku !!!. Widzielismy go z dworu jak walil w okno na 7 chyba pietrze. Balismy sie wchodzic do srodka bo faza trzymala oj trzymala. W koncu po jakims czasie wyszedl dwie klatki obok bo znalazl chyba przejscie miedzy klatkami. Fakt, ze wyszedl nie tam gdzie wszedl wprawil go w dodatkowa zadume. Przez dluzszy czas wmawial nam ze trafilismy do petli czasoprzestrzennej w co osobiscie szybko uwierzylem bo sam doswiadczylem petli na schhodach w bloku. Pojechalismy na amfitewatr i tam spalilismy jeszcze troche. Tym razem innego stafu. Okazalo sie ze dobrze zrbilismy bo krzywa bajka zeszla i pojawily sie normalne akcje. W po jakims czasie wymyslil ze moznaby zrobic niekonczace sie zrodlo energi.
Wyobrazil sobie ze gdyby tak w kosmosie ustawic w idelanie prostej lini laser o wielkiej mocy i zwierciadlo, w odlegloscji 2 lat swietlnych i wystrzelic z tego lasera, to promien dotarlby do zwierciadla za 2 lata. Gdyby w tym czasie w miejsce lasera dac drugie zwierciadlo i stopniowo je przyblizac w idealnej lini prostej to promien w koncu odbijalby sie to od jednego lustra to od drugiego. I tak zblizac az do odleglosci kilkudzisiaciu centymetrow i jeszcze to obudowac lustrami zeby nic nie ucieklo i tylko uderzac do duracell z patantem na sprzedaz ;)))) Troche sie jeszcze dzialo ale nic tak dziwacznego... oglolnie masakra.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media