Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

kultowe syntetyki

detale

Chemia:

raporty unknown

kultowe syntetyki

Nazwa substancji : amfetamina (o.k. 0,4 grama dobrego, białego proszku, przyjęte donosowo), 3 tabletki (pentagramy, doustnie)


Poziom doświadczenia: marihuana, haszysz, amfetamina, ekstazy, DXM, benzydamina, efedryna, kodeina, tramal, terezepam, guarana




Dnia 16.10.2005 o godzinie 7:30 obudził mnie głos mojej babci. Poinformowała mnie, że zrobiła nam kanapki i powinniśmy już wstawać na pociąg, po czym opuściła mój dom. Moje mysli wyglądały mnie więcej tak: "Ja pierdole... moja głowa ! Jaki pociąg, gdzie jestem, co się działo?". Po upływie 20 minut ze strzępów wydarzeń w mojej pamięci udało mi się odtworzyć wydarzenia poprzedniego dnia. Mam 3 dzień z rzędu wolną chatę, ciągle pije i ćpam. Jest u mnie Tomek, powiedział starym, że wycieczka jego klasy do Krakowa kończy się 2 dni później niż podaje oficjalny termin. Wypiliśmy bardzo dużo wódki, łyknąłem 2 tabsy, urwał mi się film. To tłumaczy, dla czego czuje się jak by przejechał po mnie ruski człog. Wszystko zaczynało układać się w logiczną całość...




Posprzątaliśmy dom, umyliśmy się i przebraliśmy. Wziąłem telefon, pieniądze, dragi, stułę (szalik noszony przez księży) i kanapki. Ruszyliśmy na dworzec w Kołobrzegu, nasz pociąg okazał się autobusem, ale nie przeszkadzało nam to zbytnio. Podróż była długa, nudna i nieprzyjemna. O 13 byliśmy na miejscu.




Szczecin to ohydne miasto. Starając się nie patrzeć na otaczający nas ostateczny krach estetyki trafiliśmy do punktu przeznaczenia. Mieszkanie Eweliny, naszej znajomej, uczennicy liceum plastycznego w tym mieście. Wspaniała osóbka i dobra znajoma z poprzedniego świata.

Wypiliśmy kawkę, o 15 zaczęli docierać pozostali uczestnicy. W większości także uczniowie plastyka, część z nich poznałem już na Woodstocku. Wypiliśmy po winie marki "Komandos", po czym ruszyliśmy w stronę hali SDS. Założyłem koszulkę z Che Guewarą i stułę, wpuszczono nas do środka z godzinnym opóźnieniem...




Zaraz po przyjściu skierowałem się do toalety, aby przypudrować nosek. Potasowałem 2 kreski, zaaplikowałem... o kurwa, ale piecze... Bardziej niż ostatnio, choć i tak towar zawsze dobry, chyba nos mi odpadnie. Zespół jeszcze nie wszedł na scenę, leci nowy singiel z playbacku. Fetka już działa, ale słabo, za słabo... Ostro ostatnio brałem, pewnie tolerancja mi skoczyła, może się jeszcze poprawi? Kult! Kult! Kult! Już grają, zajebiście! Zaczęli od "baranka", można było przewidzieć. Ale coś jest nie tak, to nie to. Nie mam dość sił żeby wytrzymać pod samą sceną, jest za słabo. Po trzecim kawałku wyszedłem. W godzinę od speedowania i 15 minut od rozpoczęcia koncertu kupiłem wodę mineralną. Przyda się i tak, musze pić, jeśli nie chce mieć problemów, mam słabą kondycje. Za pomocą "Kropli Beskidu" wprowadziłem do organizmu 2 tabletki. Są dobre, XTC i zero amfy, tak jak powinno być. Przynajmniej tak mi się wydaje, nie badałem ich przecież :P Ale mogły by być trochę mocniejsze.




Wracam pod scenę, jest dwa razy lepiej, a przecież tabletki nie działają, wziąłem je 2 minuty temu. Ale mam świadomość, że zadziałają, o to tu chodzi. Korzystam z białkowego kopa, bawie się coraz lepiej, jest dobrze, fajnie, wesoło, beztrosko, przyjemnie, ciekawie. Ale żadnej głębi. Minęło 30 minut, mogłyby zadziałać te pixy, ale mają jeszcze czas. Jestem cały zalany potem, tętno mam jak koliber, brak mi sił. Każdemu technomaniakowi szczycącemu się siedmiogodzinnymi wyczynami na parkiecie mówię: tu nie wytrzymałbyś 30 minut. Pogo to pięciokrotnie większy wysiłek niż taniec w rytm nadawany przez Dj-a. Nie mam siły, idę do kibelka, czas coś wciągnąć. E jeszcze nie działa, trudno oszacować dawkę. Takie sytuacje zazwyczaj kończą się u mnie maksymalnym zaćpaniem. Tak miało być i tym razem.




Zostały mi dwie kreski i tabs. Jeśli wciągnę całe białko już teraz to o 2 będę wrakiem. A czeka mnie jeszcze after party. Ale kreska to za mało... może jednak nie ? Dobra, to impreza wyjątkowa, po niej wszystko ma się zmienić, ona kończy jakąś epokę. Kreska i tabs. No to szybciutko pod scenę i bawić się dalej! Najlepsze kawałki, najlepszy klimat, esencja twórczości tego zespołu. A te światła... są takie piękne, ciepłe, delikatne, dobre... zaraz !... Dobra ekstazka nie wkręca się uderzeniowo. Ona wchodzi powoli, tak, że nawet tego nie czujesz. Aż tu nagle spostrzegasz, że coś jest nie tak, że to jest zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Bo nie jest. Dwie pierwsze łyknąłem 45 minut temu, zgadza się, to one. Stoję urzeczony tym, co widzę i czuje, błogostan. A po chwili coś mnie wyrywa z tego stanu i każe iść pod scenę. To trzecia kreska.




Ja nie tańczę, po prostu unosi mnie muzyka. W międzyczasie słucham tekstu, interpretuje go, patrzę na scenę, zwracam uwagę na gitarzystę, bo sam gram na gitarze i jakby tego było mało zastanawiam się nad różnymi sprawami. Wszystko naraz, bez wysiłku, wychodzi idealnie. Ja tak na prawdę nic nie robię, wszystko dzieje się samo. Gdzieś po drodze zadziałał trzeci tabs. A zespół schodzi ze sceny. Już? Tak szybko? Kurwa, grają już ponad 2 godziny, ale ten czas leci :P Jeszcze bisy, niesamowicie wykonane "Mieszkam w Polsce", odśpiewani acapella przez Kazika "sowieci" i tym razem na prawde koniec.




Moja ekipa zostaje pod sceną, ja idę się odsikać. Sądząc po rozmiarach ptaka to jest naprawdę ostro :) Wracam do nich, Ewelina spogląda na mnie. Mówi: "Boże! Co sie stało z twoimi oczami?! Brałeś coś?" Ja się tylko uśmiecham, ale zrozumiała, o co chodzi. Zdziwiła mnie jej reakcja. Każdy bawi się jak chce. Spotkałem kumpla z Kołobrzegu, on zabrał ze sobą jeszcze 2 osoby. Udajemy się do Żabki po dostawę komandosów. I do mieszkanka na after party.




After party nie opisze zbyt dokładnie, niewiele z niego zapamiętałem. Mało do mnie dochodzi, odjazd całkowity. Wszyscy się śmieją, cieszą, piją, rozmawiają o koncercie. Potem zaczynają się dyskusje, ja z racji mojego stanu staje się duszą towarzystwa. Rozmawiamy o sztuce, polityce, Kraw madze, Bogu, religiach, Hitlerze i setkach innych spraw. Wypiłem jeszcze 1,5 butelki komandosa, o którejś godzinie wciągnąłem ostatnią kreskę. Nie pamiętam. Ewelina prosi mnie na rozmowę. Wyjaśniło się, dla czego tak zareagowała na mój stan. Jej były 2 lata codziennie brał amfę i wylądował w Monarze, 4 znane jej osoby popełniły samobójstwo, bo nie chciały żyć w piekle, jakie zgotowało im białe ścierwo. Niby wiem doskonale, co to robi z ludźmi, jak działa na organizm i jak szybko niszczy. Ale kiedy słyszę z jej ust takie historie jakoś bardziej to do mnie przemawia niże suche badania naukowe, którymi karmi się każdy czytelnik hyperreala. Szczególnie: "Oni mówili to samo co ty".




Wszyscy się popili i większość zasnęła. Ja oczywiście nie mogę marzyć o takim luksusie. Gadam z niedobitkami, około 5 rano towar przestaje działać. Momentalnie tracę 80 % pamięci z poprzedniego dnia. Nie wiem, kim jest człowiek leżący na podłodze. Nikt z obecnych też. Nadaje mu imię: "Pan X". O 6 rano idę pod piwo do Żabki z kimś. Około 8 ludzie zaczynają się budzić, Pan X również. Bełkocze że nie wie co tu robi, poszedł tylko po warzywka do sklepu i nie wie jak znalazł się na koncercie :) Biore prysznic, oczywiście za śniadanko dziękuje. Pociąg powrotny mamy po 10. Trzeba się zbierać, żegnam się ze wszystkimi, dziękuje gospodyni. Udzielam błogosławieństwa z racji posiadania stuły. Swoją drogą podczas koncertu około 10 osób uznało mnie za księdza, i to "zajebistego". W długich włosach, koszulce z Chce Guewarą i zaćpanego całkowicie, rzeczywiście ciekawy ksiądz...




Część z kompanów odprowadziła nas na dworzec. Dostałem zaproszenie na osiemnastkę, ale nie mogłem skorzystać z braku funduszów. Po powrocie do domu wyprowadziłem pieska, zjadłem obiad (pierwszy posiłek od 48 godzin!) i wszedłem do łóżka. Nie opuściłem go przez następne 20 godzin. Nie poszedłem do szkoły, siedziałem w domu i grałem na gitarze.




Jeszcze kilka słów, dla czego to opisałem i co się działo później.

Napisałem ten raport, bo uważam, że było to cudowne wydarzenie, w którym mimo wszystko narkotyki były tylko środkiem a nie celem. A szczerze powiedziawszy coraz rzadziej mi się to zdarza. Myślę, że to wartościowy tekst, który choć trochę przybliży wam pewien fragment mojego świata. Nie zachęcam do niczego, niczego nie odradzam, każdy żyje na własny rachunek, grunt by był ze swojego życia zadowolony.

A ja nie jestem. Na skutek tego, co usłyszałem od Eweliny postanowiłem cos zmienić. Stwierdziłem, że nie pozwolę żeby mnie to zniszczyło, że jestem za dobry by wypalić się w taki sposób. Dałem sobie spokój z dragami na krótki okres. Ale potem przyszła impreza i sami wiecie, co się stało. A potem kolejna okazja i kolejna... Nie jestem jeszcze uzależniony, mogę bez problemu przeżyć dzień bez speedu, ale nie wyobrażam sobie imprezy bez dragów. Mógłbym przestać, ale nie chce. Nie chce, bo nie odpowiada mi ten świat nie znalazłem w nim niczego naprawdę wartościowego. Bóg, w którego nie wierze, filozofia, która jest piękna, ale w niczym nie pomaga, sztuka, która jest ulotna, przyjaciele, którzy okazują się zdrajcami, miłośc, która przynosi tylko cierpienie, materializm. Taki jest dla mnie świat. Ktoś może powiedzieć: "ej człowieku, ile ty masz niby lat, wszystko jeszcze przed tobą". Wiek tu nie ma znaczenia. Przemyślałem, doświadczyłem, widziałem więcej niż miliony starców. I nie znalazłem nic. Chce być szczęśliwy, choć przez chwile, choć w taki sposób. Bo nic nie ma znaczenia i nic nigdzie nie prowadzi. A jeśli na prawdę wiek cię obchodzi to 2 dni temu skończyłem... 17 lat.






Tekst powstał w 3 tygodnie po opisywanych wydarzeniach, jeśli chcecie podyskutować to proszę o kontakt: witobelial@wp.pl

Reszta jest milczeniem.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media