Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

jak się czujesz? wrogo.

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
104 szt.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
na żywioł
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
ad psylocybiny - pierwsze eksperymenty, miast przyjmować ją taką jaką jest chciałem upchać ją w ramy DYSOCJACJI

jak się czujesz? wrogo.

TR z czasów moich pierwszych z psylocybiną doświadczeń, gdy niewiele przede mną ukazywała, była jeszcze płaska, oferowała jedynie kolorki, a szczytem psychodelicznego doświadczenia zdawało mi się być działanie dekstrometorfanu, które i w psylocybinie na siłę chciałem odnaleźć srogo dostając za to po dupie.

Zjadłem ich 60 sztuk z tzw. "zupką chińską". Nie minęło kilkanaście minut, gdy postanowiłem zrobić coś szalonego. Na sucho więc tym razem zażyłem kolejną dawkę w magicznej liczbie czterdziestu czterech. Z zamiarem spędzenia pierwszego tripu na zewnątrz opuściłem po chwili mieszkanie.

Wchodzę między bloki. Chłodny, szary, mokry jesienny dzień. Chociaż nie pada i nie jest mgliście, zaraz za zakrętem spostrzegam, że wszystko co widzę stoi jakby za mgłą. Niesamowicie szybka zmiana stanu świadomości, jeszcze nigdy nie weszły tak błyskawicznie. Nie powinienem się dziwić - zjadłem 104 sztuki. I to właśnie jest niepokojące. Tak więc nim mija kolejna minuta, kolory stają się soczyste, a uwaga skoncentrowana zazwyczaj w środku pola widzenia rozprasza się na cały jego obszar, ku brzegom. Zamglenie także się potęguje. Urzeka mnie ta przejaskrawiona percepcja.

Znalazłem się między garażami kierując kroki w stronę lasu. Tu pojawił się pierwszy dylemat. Napisałem SMS-a do mojej Dziewczyny.

W miejsce narastającej euforii wkrada się niepokój. Zastanawiam się, czy zdążę wyjść z miasta, skoro odurzenie narasta nie z minuty na minutę nawet, ale niemal z kroku na krok. Minęła zaledwie chwila od kiedy weszły, a już obawiam się napotkania jakichkolwiek przechodniów. Czy to dobry pomysł spędzić samotnie trip po takiej dawce w lesie? Przekonuję się, że jednak tak, argumentując sobie, że na pewno nic jeszcze po mnie nie widać. I kiedy piszę o swoich obawach do Dziewczyny przypieczętowuję pomysł spędzenia tego tripu w lesie. I już nie ma odwrotu.

Przeszedłem w pobliżu kolejnych bloków, supermarketu, minąłem obwodówkę i prosto jak strzelił aleją lipową ruszyłem do lasu. W międzyczasie puściłem ze słuchawek psychedelic trance.

Pod stopami, na starej drodze wylanej z asfaltu gdzieniegdzie zmieszanego ze żwirem ukazują mi się pierwsze wizje. Maszerują przed siebie, a one - owe połamane kontury, czy szare cienie prostych linii - przeplatają się jak jakieś sznurki, węże, warkocze, tańczą w rytmie muzyki. Nie ustępują, są wyraźniejsze. Gdzieniegdzie pojawia się motyw jakiejś twarzy czy też postaci...

Jest mi niedobrze. Pocę się ze strachu. Do lasu pozostało paręset metrów do pokonania, wzdłuż których mógłbym spotkać kogoś. Nie ważne kogo, kogokolwiek i wiem, że zamarłbym wtedy w środku, skoro na samą myśl o tym mięśnie wiotczeją, zalewają mnie fale potu, robi się mi słabo, a serce ściska się w duszącym skurczu. I będzie jeszcze gorzej i mocniej. I już nogi odmawiają posłuszeństwa, jakbym miał zaraz zacząć się zataczać.

Nie! Nie mogę się bać. Muszę myśleć o tym, że spędzę w lesie cudowny czas. Muszę się uspokoić, bo inaczej naprawdę dam po sobie coś poznać. Cały ten strach nie jest potrzebny...

Na drodze przede mną żółta koparka przed którą malują się krwistoczerwone równoległe linie. I - o tak - znowu się boję, bo nie wiem czy ktoś jest w kabinie, za szybą. Nie wiem, nie mogę wiedzieć, skoro mgła w polu widzenia wszystko mi zasnuła. I jak ja teraz wogle mogę wyglądać dla postronnego obserwatora? Rozregulowana kupa wiotczejących ze strachu mięśni, zbaczająca, zataczająca się od trawnika do trawnika; blednąca, anemiczna twarz zroszona kropelkami potu; źrenice niech pozostaną zagadką.

Nierozstrzygnięta walka euforii i obaw trwa, gdy tymczasem kontury opadłych liści, wyblakłych traw, drobnych gałązek i żwirku wtopionego w asfalt poczynają jakby falować, wibrować za mgłą. Uspokój się. Będzie wspaniale, będzie cudownie, mistycznie jak nigdy w życiu - gdy tylko ruszysz leśną drogą. I nawet nie myśl o powrocie do domu. Nie po to zjadłeś 104 sztuki i wychodziłeś z domu. Nie zdążysz wrócić, gdyż spływasz na głęboką wodę i powrót w takim stanie na pewno był by STRASZNY.

W końcu dotarłem do lasu, ale jeszcze nie dane mi było się uspokoić. Tam są ławki, ścieżki spacerowo-edukacyjne, można kogoś spotkać, ludzie starzy i młodzi lubią tu przebywać.

OK. Faktycznie mogę już nieciekawie wyglądać i niewskazane jest by kogokolwiek spotykać - znajomego czy nie - nieważne. Mam prawo do obaw. Uspokoję się dopiero za stawami, wkraczając w głąb lasu. Tam praktycznie nikogo nie napotkam, nie będę musiał już o tym wszystkim myśleć. Trip sięgnie apogeum kiedy będę z dala od ludzi.

Maszeruję uspokajając się tymi myślami. To już blisko. Nad skrzyżowaniem leśnych dróg przede mną zwisa rozłożysta gałąź drzewa, zdaje się być niezależną od niego, jakby wcale nie była do niego uczepiona, choć jest, jakby unosiła się niezależnie, wbrew prawu grawitacji, otulona mgłą, przyozdobiona drzewami dookoła. Jakby stworzona ten widok specjalnie na tę ojazję moim oczom. Zmysł wzroku porywa mnie ze sobą. Niewidzialnym bytem unoszę się przy niej lecz to tylko wzrok... Widzę ją - jakby jakąś strukturę z innego wymiaru, która przedarła się szparą w przestrzeni i zawisła swobodnie nad ziemią...

Minąłem stawy i na ścieżce prowadzącej w głąb lasu począłem się uspokajać.

Stoję przy terenie, gdzie przed kilkoma laty wyrąbano las. Nie mogę wciąż tak pędzić maszerując. Powinienem przystanąć, zapatrzyć i zamyślić się. Odwracam się ku wyrębowi. Młode drzewa i krzaki obficie zajmują żyzną przestrzeń gęsto przysłaniając pnie pozostałe po ściętych drzewach. Sterczące wysoko gałęzie kołyszą się nad wyrębem targane porywami wiatru. Nie. One są niczym wyciągnięte w geście pozdrowienia ręce. kołyszą się do muzyki, machają powitalnie. Zdają się tańczyć zarazem. Ze słuchawek sączy się psychedelic. Nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba. Rozglądam się po tłumie istnień zapadając w ekstazę. Jest tak, jak miało być - cudownie. Nawet słońce wychyliło się by przydać widokowi barw. I tylko korony Starych drzew otaczających wyręb zachowały powagę i kamienny spokój. Przedstawiają mi się w nich oblicza bóstw nadzorujących regenerację lasu. Murem zastygniętych w powadze twarzy okalają wyręb. Tymczasem gęstwina młodych krzaczków go porastających przekornie kontrastujących z drzewami od których bije dostojeństwo, wciąż mnie pozdrawia, śląc ku mnie miłość i otrzymując ją ode mnie. Muzyka podkreśla doznania i emocje, genialnie pasuje do ich ruchów stając się częścią widowiska.

Za kolejnym zakrętem drogi, w marszu spostrzegam wyginające się pnie wysmukłych drzew. Wygląda to mniej więcej tak: proste dotychczas wychylają się nieznacznie w bok na kształt łuku, by po ułamku sekundy wrócić do poprzedniej formy. Wszystko to ciekawe, fascynujące, ale czemu to służy? Co to znaczy?... Nie czuję, żebym znał odpowiedź. A mgła zasnuwająca oczy gęstniej...

Z utwardzonej drogi skręciłem na prawo w las. Po kilkunastu metrach przysiadłem na zwalonym drzewie opartym o wzniesienie na przeciwko stawu. Wyłączyłem muzykę i zapaliłem papierosa.

Cisza. Spokój. Szum wiatru. Zaciągam się nikotyną rozglądając wokół. Odurzenie jakby ustąpiło. Co? już po wszystkim? Chciałbym czegoś głębszego, niż to co dotychczas. Gdzie wejrzenie w siebie? gdzie wizje przyszłości i nowa kontemplacja rzeczywistości? Nie tak to sobie wyobrażałem...

Nie, nie ustępuje. Wzrok zdaje się być zamglony, kolory jaskrawsze, choć dominują tu szarość i brudna zieleń. Ale ciało jakieś zmęczone, niezbyt pobudzone, przytrute. A myśli? Normalne, codzienne, przyziemne.

Czemu? Czemu nic się nie dzieje? Siedzę, palę i czekam. Czekanie stało się frustrujące. Nawet wizje ustąpiły, a ja myślę w całkiem zwyczajny sposób. Nie, nie tak. Zamknąć oczy, roztopić się w ciemności i szumie wiatru... Ależ i tu nic się nie dzije! Jakieś mdłe linie.

Otwieram oczy. Unieruchamiam wzrok wbity w ziemię. Żółte, opadłe liście ścielą się gęsto pod nogami. Cicho!... Drgnęły. I znowu. Ruszjają się. Płyną. Przesuwają. Dostrzegam teraz w nich wzór: mozaika żółtych kostek ułożyła się w lwie pyski rozmieszczone regularnie.

Zamykam oczy przenosząc wizję pod powieki. Trwa chwilę, żyje własnym życiem. Kocie oczy, rozczochrane grzywy, dostojne pyski. Niczym mozaika z królewskiego pałacu. I już się rozmywa, rozlatuje. Pozostają tylko mdłe złociste linie... Otwieram ponownie oczy.

Unoszę głowę ku górze. Przyglądam się gałęziom wysokich iglastych drzew zwisających nad bajorem. Spuszczam wzrok. Siedząc tak na zwalonym pniu czuję się wyklętym wędrowcem, pustelnikiem. Przebyłem pielgrzymkę - nogi przyniosły mnie do świętego miejsca. Przyszedłem oczekując Objawienia. Pora więc się wyciszyć... Znów spoglądam ku górze, tym razem obok stawu.

W koronie drzewa wyraźnie dostrzegam skomplikowaną, geometryczną strukturę. Zmienia się, przebudowuje, przekształca. Przed sobą mam teraz oblicza i postacie mezoamerykańskich bóstw. Patrzą na mnie w milczeniu. Ruszają się i zmieniają. Jesteście. Pokażcie mi te wizje, te objawienia...

Ale Oni się tylko patrzą strojąc miny. Zdecydowanie nie są wobec mnie przychylnie nastawieni. Patrzą, ale jak?! Nienawistnie! Nie mogę ich ścierpieć, odwracam wzrok. Patrzę na pień sporego grzewa przede mną. Na poletkach jego spękanej kory także dostrzegam twarze. Cały tłum twarzy nawzajem się przysłaniających stroi do mnie groźne, nienawistne miny, szczerzy zęby, wybausza oczy. Tak, wiem, nienawidzicie mnie! Nie czuję jednak wobec nich strachu, pozostaję raczej obojętnie nastawiony, choć odwzajemniam im podłe grymasy. Czemu tu mnie nie chcecie? Co zrobiłem nie tak? Jak Was zmusić do współpracy? Choć milczący, jasno dają do zrozumienia, że nic tu po mnie.

Denerwuje mnie to. Pragnę Głębi, a Oni mnie odrzucają!

Naraz czuję na języku jakby pękającą grudkę. Spluwam i patrzę co by też to mogło być? Na jednym z liści widnieje czerwony kleks mojej śliny. Krew! Za wiele już tego dla mnie. Co to za znak? Skąd ta krew? Boję się. Podnoszę opluty liść i patrzę z niedowierzaniem: ślina owszem i jest, ale biała, całkiem normalna, a w niej jedynie niewielka czerwona kropelka, jakby zarodek z kurzego jajka. Kompletnie nie pojmując o co w tym chodzi, rozglądam się pod nogi, czy aby na pewno nigdzie nie ma plamy dopiero co wyplutej krwi. I faktycznie nie ma.

Omen staje się zrozumiały w powiązaniu z bóstwami. Znów przyglądam się rojnie przetaczającym się bogom na koronie drzewa, tzrymając w lewej dłoni liść z kroplą krwi. Chcecie w ofierze moją krew? No to macie - przepełniony pychą rzucam liść w Ich stronę.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w miejsce azteckich wzorów i postaci jakby przeniesionych ze świątynnych płaskorzeźb, ukazuje się w koronie drzewa wizja odnosząca się do mnie, dla mnie przeznaczona. Widzę siedzącą postać odworowującą lustrzanym odbiciem pozę w której siedzę. Do lewego barku postaci przyczepiony jest przycupnięty demon. Przekaz jest jasny: Będzie ŹLE.

Staram się opuścić to miejsce z należytym szacunkiem. Wstaję szybko, zakładam słuchawki i ruszam w pośpiechu. Znienacka, nim dochodzę do drogi, z chmur spada deszcz - kolejny znak.

Pod nogami ponownie towarzyszą mi przeplatające się wizje - teraz jednak pełne twarzy i sylwetek. Postacie dostrzegam w przydrożnych zaroślach, na pniach, na koronach drzew. Wszystkie przedstawiają demony spoglądające na mnie groźnie i nienawistnie. Nie przejmuję się nimi zbytnio. W miejsce psychedelic słucham "Księgi Tajemniczej - Prolog".

Chcąc jednak wznioślejszych doznań skupiam się na wyobrażeniu Oka Proroka (Oka Horusa) wyrażającego według mnie Najwyższego Pana, Jednię Świadomości ludzkiej i boskiej. W jego centrum łączy się z Bogiem niczym niezmącona ludzka jaźń, poprzez kontemplację siebie taką, jaką jest. Niech to Oko mnie prowadzi. Dzięki temu deszcz i mgła stają się przyjemniejsze, a "Nasze mózgi wypełnione są Marią" błogo wświdrowują się w czaszkę.

Ogarnia mnie ekstaza. Ekstaza deszczu, ekstaza psychorapu, ekstaza Oka Opatrzności. I idę tak mijając zakręt w prawo i metry drzewa ułożone na poboczu drogi, by nagle stwierdzić, że zakręt wciąż mam przed sobą, az a nim dopiero minę owo pocięte drzewo! Więc mój stan wcale nie zelżał, jest jeszcze głębszy.

"Usłysz mój głos!" wyrywa mnie w inny wymiar. Przed sobą wciąż mam zamglone pole widzenia ukazujące drogę i mnogość demonów formujących się w zaroślach, ale przy skroniach dźwięki bębnów i werbla oraz rapowane "Jeden-dziewięć-dziewięć-sześć rok, A-aa-aaa!-Człowieku!" stają się sunącymi przy mnie dwoma słupami totemicznymi ociekającymi barwami, pozostawiającymi za sobą korowody tęcz. Wizja jest niedostępna oczom. Jestem w niej obecny na innej płaszczyźnie niż czasoprzestrzenna, podległa moim zmysłom.

"Psychoza" budzi instynkt śmierci i głodu. Staję się wyjącą w niej zmorą, jakby bez udziału nóg krążącą krętymi ścieżkami w szarym, mrocznym lesie. Napotykam samotnie idącą kobietę. Boję się jej. Najchętniej zabił bym ją. "O tak! Przeleciał Cię strach?" - niech i ona poczuje lęk, niech poczuje buchająca ze mnie nienawiść, gdyż napotkała nie człowieka a istotę pełną zwierzęcych instynktów.

W obawie przed kolejnymi ewentualnymi spacerowiczami czmychnąłem z drogi w leśną gęstwinę. Dostałem od A.L. SMS-a z zapytaniem "Jak się czujesz?". Odpowiedziałem, że "Wrogo".

"To czyni mnie kimś innym od was wszystkich" zalewa skronie tęczowymi, kolczastymi fraktalami rosnącymi gdzieś w innych wymiarach rzeczywistości niedostępnych śmiertelnikom. Wyraża bunt wobec ludzkiego pojmowania świata. Ten bunt jest we mnie od zawsze, choć nikt tego nie widzi i nikt nie chce tego wysłuchać. "I nikt nie widzi Twego ulatującego ducha!". A duch mój ulatuje między płaszczyzny przy skroniach, pędzi z kolczastymi liniami, trójkątami, rombami wymalowanymi tęczowymi paletami.

"Do boju Zakon Marii!" czyni ze mnie okapturzonego ucznia czarnoksiężnika. Moje moce to te tęcze. Moje zaklęcia to te figury geometryczne. Mój pałac to ten kaptur, a mój wróg to wyklęty świat pozostawiony w obrębach miasta za lasem.

Przy "Plus i minus" staję się okapturzoną postacią z tęczowym Okiem Opatrzności zamkniętym w trójkącie w miejscu twarzy. Maszerując przez leśny gąszcz dochodzę do brzegu lasu. Między drzewami prześwitują jednorodzinne domki. Wolę na nie nie patrzeć, nie chcę widzieć jakichkolwiek ludzi. Kieruję się więc do brzegu, a domy odległe o dobra sto metrów przesuwają się metr od mojej skroni, a gdzieś za ich oknami kryją się patrzący na mnie ludzie, dla których jestem na wyciągnięcie ręki... Wracają obawy.

Schodzę na przyleśną drogę prowadzącą do Aleji Lipowej z zamiarem powrotu do domu tą samą drogą, którą przyszłem. Po mojej lewej stronie przesuwają się niemal ocierając o policzek - domy...

W "Psychodelii" kumulują się wszystkie czarnoksięskie moce. Aleją suną reflektory samochodu. Ktoś jedzie w stronę lasu. Policja? O nie! Skręcił w moją stronę! Policja! Jadą po mnie. Wpadłem... Jak bardzo SIĘ BOJĘ! Jak bardzo chciało by mnie tu nie być! Jak bardzo chciałbym zostawić to zatrute ciało! Staram się zachować resztki pozorów, że wszystko ze mną w porządku. Nie potrafię jednak iść prosto, mięśnie spinają się i wiotczeją, nie wiem gdzie patrzeć, jak trzymać głowę, co ze sobą zrobić?! - żeby wyglądać normalnie. Jestem parodią człowieka wystawioną na światła reflektorów jadącego ku mnie samochodu. Idę jak rozlatująca się maszyna w takt tej przeklętej, wyszydzającej ze mnie, roztrzaskującej mnie "Psychodeli".

Czuję watę zamiast nóg, kiedy samochód mam już daleko za plecami,a domy wciąż tak blisko twarzy. Nie ma mowy żebym wracał, zamiast na Aleję Lipową, skręcam z powrotem w las. Nie mając już siły łazić by uniknąć ludzi, siadam po prostu na oparciu najbliższej napotkanej ławki. Nie słucham już muzyki, muszę być czujny, świadomy otoczenia. Przepełniony lękiem spuszczam głowę w dół. Czuję, jakbym rozleciał się na setki pomniejszych "ja", a każde niosłoby w sobie jakąś myśl wyrażającą obawy. Jest mnie więc setki, z setkami obaw, każdej skupionej na innym kawałeczku rzeczywistości, kiedy wszystko jest przerażające.

Ściemnia się, a ja wciąż strasznie się boję, nie mogąc przemóc się by wracać do domu. bo i jak? kiedy po drodze będzie nie jeden samochód a wiele, nie kilka domów, a całe osiedla i mnóstwo, mnóstwo ludzi, a może gdzieś zaczajona na mnie policja?

Drogą na przeciw ławki idą dwie nastoletnie dziewczyny. Podnoszę na nie wzrok, a one - czmych! - momentalnie się odwracają na mój widok. Co zobaczyły? Bladego upiora o koszmarnie rozszerzonych, czarnych źrenicach pełnego wrogości na twarzy.

Nie mogę znieść tego dłużej. Od niewiadomo jak długiego siedzenia i unikania spojrzeń przechodniów wolę jednak perspektywę dotarcia do bezpiecznego domu. Wstaję i idę by zaraz po chwili ujrzeć przed sobą dwie postacie o bliżej niezidentyfikowanym wzroście, choć odległe o dobra sto metrów zdające się być na wyciągnięcie ręki. Postacie wydają z siebie jakiś syntetyczny "skrzaci" chichot. Jeszcze chwila i chyba oszaleję. Ruszam więc możliwie najszybszym krokiem, żeby wyjść z lasu przed nimi, unikając kontaktu z ludźmi. Udaje mi się przed nimi dotrzeć do drogi wychodzącej z lasu. One, te postacie za plecami, jednak nieustępliwie zbliżają się do mnie. Coraz wyraźniej słyszę narastający za sobą odgłos biegnących stóp. Po co ktoś miał by za mną biec? Zaraz słyszę za sobą wyszydzające ze mnie "Ćpun!" oraz "Dawaj go!", "Bierz go!". Zdecydowanie biegnie za mną dwudziestoosobowy tłum młodzieży, która upatrzyła we mnie cel. Już się nie boje. Jestem kompletnie spanikowany, na skraju nerwowego wyczerpania. I mięśnie słabną, och!, z każdą sekundą wiotczeją, a ja, tam w środku, w tym ciele rwę się wraz z oszalale bijącym sercem do ucieczki, miotam się w duchu, jakbym naprawdę miał za chwilę wyskoczyć z siebie. Chcę krzyczeć? Chcę uciekać albo się odwrócić. Chcę błagać o litość, ale zamiast tego idę niezmiennym szybkim krokiem przed siebie starając się nie potknąć, nie zataczać, nie dać po sobie poznać, że cokolwiek mnie oni wzruszyli, choć już niknie ostatni metr dzielący mnie od nich...

Z boku wyłoniła się dwójka dzieci. Gdy jedno jechało na rowerku, drugie biegło obok.

Droga Aleją Lipową dłuży się bezlitośnie, choć obwodnica zdaje się być rozpostarta tuż przed oczami wraz z jadącymi pół kilometra stąd samochodami. Po bokach tymczasem przesuwają się niemożliwie bliskie, namacalne domy. Pisząc SMS-y do A.L. staram się o tym nie myśleć i w końcu chwilami strach ustępuje, dając mi chwilę wytchnienia. Jest lepiej do momentu przejścia przez obwodnicę. I znów lękam się możliwości spotkania ludzi. Supermarket więc mijam tyłami, brnąc przez gęstą, mokrą od deszczu trawę, co do której nie wiem czy sięga kolan czy tylko kostek... Reflektory otoczone barwnymi aureolkami przesuwają się obwodnicą niemal przyklejoną do mojej siatkówki. Docieram do chodnika. Mijając ludzi uspokajam się myślą, że dzięki temu nie będe rzucał się nikomu w oczy i to faktycznie pomaga! Nikt nie zwraca na mnie uwagi, więc nie dbam już nawet o mokre buty czy nogawki.

Problem pojawił się ponownie przy próbie przejścia przez ulicę. Nie mogąc prawidłowo ocenić odległości przejeżdżających samochodów, stanąłem przed ulicą, wyjąłem telefon i udawałem, że do kogoś pisze, faktycznie czekając na opustoszenie jezdni. Obawiałem się jednak, że może moje zachowanie rzuca się w oczy.

Bloki osiedla zdają się sięgać zaledwie do pasa. Kolejni widzialni ludzie wciąż budzą niepokój, nie taki jak wcześniej, gdyż udaje mi się nareszcie opanowywać strach, ale jednak. Wyobrażam sobie, że stoję już przed lustrem w domu oglądając oczy, i wiem, że dzięki wyobrażeniu mam większe szanse na dotarcie do niego.

W końcu mój blok. Klatka schodowa. Drzwi. Uff... Jestem w mieszkaniu. Zapalam światło w przedpokoju. Patrzę w lustro: źrenice rozszerzone do możliwości granic, otoczone wąziutkimi pierścionkami szarych tęczówek.

Wchodzę do mojego pokoiku. Ściany są nienaturalnie białe. Pokój - większy niż zazwyczaj. Coś mi w nim nie pasuje. Czegoś w nim brak, ale nie mogę zidentyfikować czego. Przez chwilę na prawdę wierzę, że coś z niego wyniesiono.

Udaję się do łazienki. Siadam na brzegu wanny. Nie wiem co zrobić, co myśleć? Zaraz będzie A.L. Z bratem. Muszę się przebrać. Aha, chcę się wysikać. E... ale miałem wyjąć klucze. Najpierw powinienem umyć nogi?

Siedzimy we trójkę. Pozostaję nieobecny, nie odzywam się prawie. W środku powoli wraca moje zwykłe ego, jest zawstydzone swoją głupotą, poturbowane ostatnim natłokiem doznań. Wstydzi się swojej bladej twarzy, choć źrenice już nic nie zdradzają. Unika spojrzeń A.L. i jej brata, unikam wymiany zdań. Unika wreszcie przejaskrawionych, soczystych kolorów emanujących z telewizora, budzących wrogość.

Ocena: 

Odpowiedzi

myślę, iż szczery raport, ciekawy, pouczający...104 grzyby bez zadbania o set&setting...ryzykowne...

Ananda 

To był tylko jeden z etapów na ścieżce psylocybiny.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media