Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

impresjonistyczny świat

impresjonistyczny świat

Swoją przygodę z grzybami zaczynałem od skromnych dawek, pierwszy raz zjadłem ich 13 toteż nie odczułem najmniejszego efektu, za drugim razem przekroczyłem rzekomy próg odczuwalności i zjadłem ich 20, niestety nie odczułem ich działania lub po prostu mi się tak wydawało - wpływ na to może mieć wypalenie sporej ilości marihuany zapijając równie sporą ilością alkoholu, dlatego błędnie uznałem iż 40 grzybów nie wywoła u mnie jakiegoś niesamowitego efektu i szybko zajmę się innymi substancjami zapominając o tym że zjadłem kilka grzybków, na szczęście pomyliłem się i to bardzo. Tyle względem wstępu.

Był to niezwykle piękny październikowy dzień, panowała przyjemna jesienna aura a ja byłem w świetnym nastroju, więc był to wręcz idealny dzień na zjedzenie grzybów, dlatego o godzinie 16:00 zjadłem z kumplem po 40 wysuszonych grzybów, z jego domu wyruszyliśmy do parku, czekając na pierwsze efekty wypaliliśmy po lufcę marihuany aby umilić sobie bodyload który nie był zbytnio przyjemny ponieważ czułem się jakbym dostał piłką do koszykówki w brzuch, jednak było to do przeżycia, o godzinie 16:40 pojawiały się pierwsze efekty - zmiany percepcji, które zauważyłem wpatrując się w przyrodę, zauważyłem wówczas jak wszystko pulsuje, czułem puls życia, czułem jak cała flora i fauna współgra w harmonii, zacząłem czuć euforię oraz byłem niezwykle ciekaw dalszych efektów, zapowiadało się na prawdę świetnie, uznaliśmy że siedzienie na ławce nie ma najmniejszego sensu, dopadł mnie dziwny pomysł aby zrobić zdjęcia tego cudownego parku ale dotarło do mnie że przecież zjadłem grzyby przez co nie mogłem przestać się śmiać z tego pomysłu - od tego momentu do końca tripu ciągle się śmiałem, uśmiech mi nie schodził z twarzy - na widok przyrody ciągle odsłaniałem zęby z okropnie szerokim uśmiechem mówiąc "eee jakieeee to wszystko pięknee!" - powtarzałem to ciąglę jak mantrę do kumpla który powoli miał tego dość, mimo iż równie bardzo spodobał mu się trip. Była bodajże 17:00 nie zwracałem już absolutnie uwagi na czas, który się okropnie dłużył, kontynuując spacer w celu dostania się w dziksze tereny parku musieliśmy ominąć spore ilości ludzi, co nie wprawiało mnie w lepszy nastrój, uważałem że oni tylko przeszkadzają, przechodziły mi dziwne myśli przez głowę, mianowicie że ci ludzie są pustymi biomasami którzy nie są w stanie zobaczyć tego co my, choćby w małym ułamku, miałem chęć powiedzieć do każdego z osobna "niechże Pan idzie stąd jak najszybciej! zasłania Pan piękne widoki!" jednak wycofałem się z tego pomysłu, wystarczyło mi to że już teraz wymijają mnie zimnymi spojrzeniami, wkraczając powoli w dziksze tereny czułem się jak w muzeum "kontemplacja jednego drzewa zajmowała zbyt dużo czasu a mieliśmy jeszcze sporo innych drzew do obejrzenia" - oczywiście nadal umilałem kumplowi życie powtarzając powyższe zdanie o cudowności otoczenia, trip się coraz bardziej nasilał, pocieszało mnie że jeszcze cały trip przede mną ponieważ była około 17:30 udałem się z kumplem na wał rzeczny, z niego obserwowałem trawę, która wyglądała raczej jak dywan, bardzo piękny dywan, czas coraz bardziej spowalniał a moje zauroczenie wzrastało co zaowocowało większą częstotliwością powtarzania mojej mantry, kumplowi udało się cudem przerwać moją "wielką improwizację" i opisywał własne wrażenia które były raczej na równym poziomie, uznaliśmy że opuścimy dzikie tereny bo wierzyliśmy że jesteśmy tam za długo i że trip powoli dobiega końca. była 17:45 i znaleźliśmy się znów między ludźmi których traktowałem jak twór o inteligencji buta czy zapałki który nie jest w stanie zrozumieć naszej nieograniczonej mądrości, mimo tejże chwilowej mizantropii ominąłem ich ciągle się śmiejąc, okrążaliśmy park w celu znalezienia dogodnej ławki - mieliśmy już nogi z gumy, taka się wkrótce znalazła po kwadransie szukania, siedząc zamieniliśmy się w obserwujące naćpane posągi, świat zaczął wyglądać niczym namalowany pędzlem Claude Monet'a, czułem ogromną miłość oraz więź z naturą, rozkoszowałem się tym jednak spacerowicz z psem przerwał mi oglądanie, pies przechodząc obok dwóch naćpołków nie mógł się nadziwić, miałem wrażenie że spojrzał mi głęboko w oczy i dokładnie wiedział co zjadłem, gdzie byłem i w jakim celu siedzę na ławcę, mała futrzana istota wydała mi się potwornie śmieszna, czułem się jakbym pierwszy raz w życiu widział psa, wybuchłem ogromnym śmiechem na widok tak dziwacznego stworzenia na czterech łapach i wkrótce powróciłem do impresjonistycznego seansu, szczerze mogę przyznać że nigdy nie widziałem tak pięknego obrazu przyrody, pożółkłe i czerwone drzewa płonęły, pulsowały swym kolorytem tak jak całe otoczenie dzięki któremu poczułem się bardzo mistycznie, drzewo na przeciwko mnie zmieniało ciąglę kolory - myślałem że zaraz mi łzy polecą z powodu tych wszystkich pięknych odczuć i widoków, uznaliśmy że dobrym pomysłem byłoby posłuchanie muzyki, co było wręcz genialnym pomysłem, tak więc z jednych słuchawek słuchaliśmo mistyczno-ambientowej muzyki co musiało wyglądać podejrzanie, wkońcu mój kumpel poczuł ulgę gdyż muzyka podziałała jak smoczek na niemowlę - nie powtarzałem już jakie to wszystko jest cudne, zbliżał się zachód słońca i nagle czułem jakby na horyzoncie spadła różowa bomba atomowa która zaskutkowała niesamowicie skrajnym różem, który był wszechobecny wszędzie, spojrzałem na kumpla który wręcz promieniował różem, opowiadał iż widzi to samo co ja potem wyglądał w niebo w poszukiwaniu sam nie wiem czego, po chwili odpowiedział tekstem "ale niebo niestety nie jest cieka... czekaj, ależ ono piękne! wygląda jak różowe morze!" po chwili podzielałem jego opinię, z trudem mi teraz jest znaleźć odpowiednie słowa na to co właśnie wtedy czułem i widziałem, możliwe że to był peak, z wrażenia rozkopałem troszkę nogami ziemię pod ławką, co chyba było wystarczającym bodźcem dla smutnych panów do interwencji jak i to że z oczyma wielkości bili do bilarda wywijam ciąglę głową, nie przejmując się przykrymi scenariuszami ciągle siedzieliśmy na ławce na której czułem się jak na hedonistycznym fotelu, świat nieprzerwanie pulsował życiem, miłością oraz różem - dlatego na tej ławce spędziliśmy chyba grube kilka godzin - dwójka nagrzybionych chłopów rozwalona na ławce z jedną parą słuchawek na dwóch. Ciągle bawiło mnie to jak musieliśmy wyglądać, zacząłem zwierzać się przyjacielowi o tym jak śmieszne to było, odkryłem potęge żartu sytuacyjnego, każdy podobny "żart" nasilał u mnie ból przepony, rozmowa wówczas z kumplem była bardzo miła, miałem wrażenie że po grzybach stałem się kimś niezwykle mądrym, jeżeli ten TR jest w jakiś sposób elokwentny to rozmowa z kumplem była 10 razy bardziej, czułem się niczym geniusz, co wykorzystałem podczas tripu ponieważ dopadły mnie filozoficzne myśli, głównie na temat życia i ludzkości - niesamowite jest to jak grzyby poszerzyły u mnie horyzonty myślowe, uznaliśmy że wykorzystamy krótkotrwały dar erudycyjny i pójdziemy do baru i porozmawiamy z ludźmi w gorszym stanie świadomości, jedakże przed okrążaliśmy jeszcze park, był już wieczór lecz to nie przeszkadzało w delektowaniu się naturą, gdy trip się powoli kończył wyszliśmy z parku i znaleźliśmy się w całkowicie innym świecie - świecie pozbawionym natury, co ani trochę nie łączy się z grzybkami. trip się skończył o 22:00 kiedy to omawialiśmy ostatnie godziny nie mogąc się nadziwić co doświadczyliśmy tego dnia.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media