Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

dopefind: salvia 5 level

detale

raporty unknown

dopefind: salvia 5 level

Nazwa substancji: salvia divinorum (szałwia wieszcza) SUSZ

Poziom doświadczenia: lady salvia (drugi raz – wczesniej ekstrakt 5x), lady marijuana – nie jestem w stanie policzyć ile razy, kostka – dużo razy aczkolwiek mniej niż stuff, grzyby psylocybinowe (2 razy), amfetamina (kilka razy), smoke mix relax (zakupilem to wraz z SD jest to mieszanka następujących roślin: passion flower, california poppy, lobelia, damiana, heimia salicifolia)

Metoda: salvia (szusz) palona w dużej lufie, mieszczącej około 0,3g-0,4g;

Po salvii mieszanka MJ + smoke relax palona z tej samej lufy co SD w ilości około 0,5g stuffu + 0,5g stuffu; dodam ze dzień wcześniej paliłem podobnego mixa MJ+smoke relax w celu wprowadzenia MAOi do swojego organizmu a tym samym większego działania substancji psychoaktywnych

Set & Setting: bardzo pozytywne nastawienie na szałwię, zamówiłem ekstrakt 5x salvii oraz 10g smoke mix relaxu oraz dostalem gratis w postaci liści salvii (myśle że około 1-2g);







To by było na tyle schematycznego wstępu. Rozpocznę teraz opisywanie tripu.



Osoby, o których będę mówił w tym trip-reporcie to R, K i G.

Warto przed tym streścić mój dzień wcześniejszy przed tripem salviowym. Był piątek. Tak jak to wcześniej planowałem poszedłem na koncert zespołów KSU i Sztywny Pal Azji. Przed koncertem spaliłem z kolegą G około grama Smoke Relax Mix’u. Poszliśmy do klubu na koncert. Trwał pokaz Przystanku Woodstock, ponieważ cała impreza której głównym punktem był koncert nosiła nazwę „Woodstock Party”. W czasie pokazu filmu wyskoczyłem na chwilę z G z klubu w celu spalenia mieszanki MJ+Smoke Mix Relax. Przyjęliśmy lufę takiego mixu na dwóch. Wróciliśmy na pokaz. Niesamowicie wciągał! Tak przesiedziałem przez jakąś godzinę cały czas będąc na wyżynie. Przed koncertem Sztywnego Palu Azji, który był pierwszy poszliśmy na następną lufę. Muzykę odbierało się super, niesamowicie wciągała. Po prostu zabierało mnie! Była ona do tego idealna – rock czasami melodyjny, czasami szybki ‘skażony’ troszkę punk-rockiem. Przez cały koncert Sztywnego Palu Azji zabierało mnie. Następnie przyszedł czas na KSU, czyli legendę polskiego punka, genialną kapelę wprost z pięknych Bieszczad, z Ustrzyk. Stąd nazwa zespołu – KSU to początek starych rejestracji samochodowych z Ustrzyk. Wszyscy wyszli pod scenę by się bawić. Każdy kto zakosztował pogo wie o co chodzi – niezwykla zabawa, która jest przyjemna pomimo wydawało by się wprost masochistycznej natury. Zabawa była przednia, jako że stuff działał na mnie cały czas – to jest jakieś 5 godzin. Długość tripu zawdzięczam zapewne palonej dość często w ostatnim czasie mieszance z zawartością inhibilatorów MAO. Gdy już impreza dobiegła końca oczywiście udałem się do domu. Zasnąłem bardzo zmęczony, lecz spokojny.

Następny dzień to pobudka około 10:30. Około 11:00 przyjąłem lufę tego samego co poprzednio mixu. Czułem się bardzo przyjemnie, pozytywnie nastawiłem się na cały ekscytujący dzień – ponieważ wiedziałem, że dziś prawdopodobnie znów się spotkam z Lady Salvią. Czas pomiędzy 11:00 a 14:00 spędziłem na relaksacji, odpowiednim nastawieniu się do tripu. Słuchałem spokojnej muzyki. Nic nie mogło zmącić mego stanu ducha. Z domu wyszedłem o 14:00, by tak jak się umówiłem z K. i R. być u nich koło 14:30. Zabraliśmy ze sobą gram ekstraktu 5x, susz salvii (około 1-2g), smoke mix oraz około 0,5g stuffu. Postanowiliśmy wyruszyć w plener dla lepszego klimatu. Wyszliśmy o 15:00, by dojść na miejscówkę w kilkanaście minut później. Tamtejsze otoczenie było wręcz idealne – oddalone od ludzi, raczej nikt tamtędy nie mógł przechodzić. Las, zarośla, skarpa i płynąca za nią rzeka od której odbijały się promienie słoneczne nastrajały niesamowicie. Wygodnie się rozsiadliśmy, zaczęliśmy myśleć o tym co zaraz będziemy palić: ekstrakt czy susz. Po krótkich pertraktacjach wypadło na susz. I dobrze, bo nie wiem gdzie zaniósł by mnie ekstrakt, ale o tym za chwilę. Ja miałem palić pierwszy, wziąłem wielką lufę z upchanym w cybuchu około 0,3g suszu. Podpaliłem, zaciągnąłem się jak tylko mogłem, potrzymałem długo dym w płucach i zgodnie z radą R. po wypuszczeniu dymu ściągnąłem jeszcze jedną chmurę. Od razu poczułem charakterystyczną dla Salvii grawitację. Położyłem się, by całkowicie poddać się działaniu psychodeliku. Popłynąłem gdzieś w przestworza, lecz jednocześnie czułem, że jestem dalej na ziemi. Nagle poczułem jakiś niesamowity przekaz który zawierał w sobie szum rzeki. Czułem, że chce ona mi coś przekazać. Nastawiłem się na odbiór, wczułem się całkowicie w dźwięki. Niesamowite uczucie. A to był dopiero początek… Gdy te odczucia osłabły ciągle leżałem na ziemi i odpoczywałem. Po chwili otworzyłem oczy. Zapytałem towarzyszy się ile to trwało. Okazało się, że około 5 minut.

Teraz taką samą ilość co ja nabił K. i zaczął palić. Trudno mi opisywać jego trip, więc to pominę. Resztę pozostałą w lufie dopalił R, lecz nie miał wizji. Chwilę odsapnęliśmy. Postanowiliśmy zrobić coś szalonego i nabiliśmy do lufy 0,25g MJ + 0,25g Smoke Mix. Po spaleniu tego nabiliśmy drugą taką samą porcję i znów zawartość poszła z dymem. W tym miejscu warto jeszcze raz wspomnieć o potęgującym doznania działaniu inhibilatorów MAO, których w ciagu ostatnich dni napaliłem się dość. Następnie przenieśliśmy się do miejsca gdzie rosną duże, stare, można rzec wiekowe dęby. Sprzyjało to wczuciu się w naturę, zjednoczenia się z nią, zgłębienia jej tajemnic. Czułem się jak szaman. Postanowiłem skontaktować się z drzewem poprzez położenie na nim dwóch dłoni oraz głowy. Stopy opierały się mocno na ziemi, tworząc wraz z rękami i głową stabilną pozycję. W pewnym momencie poczułem, że jestem w tym drzewie. Wejrzałem w nie. Byłem w nim. I byłem nim.

Byłem WSZYSTKIM! Nie człowiekiem, którego otacza świat. O nie! To JA byłem ŚWIATEM. Pełna depersonalizacja. Niesamowite uczucie spokoju, głębokiej medytacji. Wczucie się w rytm falowania przyrody. Patrzyłem wgłęb drzewa tak, jak by to była niekończąca się studnia. Nie było widać jej dna ponieważ ona nigdy się nie kończy. Drzewo to było połączone z całym światem. To była jego część. Przemieszczałem się w nim zgodnie z ruchem przepływu energii w owym dębie. Widziałem trajektorię przemieszczania się skupisk energii w drzewie. Drzewa to nic innego jak wielkie kanały energetyczne. Naturalne połączenia z ziemią. Możliwość na odprowadzenie zbędnej lub pobranie potrzebnej energii.

Zrozumiałem, jaki świat jest cudowny poprzez jego niesamowitą głębię, złożoność która jest jednakże niesamowicie prosta i logiczna. Jedyna przeszkoda w jej odkryciu to niemożność objęcia jej w całości, kompleksowo. Pominięcie tego utrudnienia umożliwia Lady SD.

Odłączyłem się od drzewa. Przeżycia były tak intensywne, że aż wyczerpujące. Tuż po zakończeniu udanego połączenia chcąc się uspokoić starałem się wprowadzić w stan relaksacji, medytacji. Wpatrywałem się w rzekę, na której w urzekający sposób odbijały się promienie słoneczne. Jednakże ja widziałem niepoliczalną ilość złotych punktów w kształcie gwiazdek, czasem płatków śniegu. Wyglądało to fantastycznie niczym światła Las Vegas po zmroku obserwowane z lotu ptaka.

Kolejnym fascynującym odczuciem było uczucie przemieszczania się kanałem. Obowiązywały w nim zupełnie inne prawa niż w świecie materialnym. W pewnej chwili podróży wpadłem w ścianę tunelu. Skutkiem tego było fiasko mojej jakże przyjemnej podróży. Tunel był zbudowany z energii, był jasno-pomarańczowy. Efekt jego oświetlenia powodowała fluorescencyjna energia, która była jego budulcem.

Jedną z ciekawych wizualizacji był jogin w pozycji kwiatu lotosu z rękoma ułożonymi w kształt trójkąta. Gdy się lepiej przypatrzyłem to na joginie ujrzałem złote smugi energii. Tej energii, z której zbudowane jest wszystko. Pierwotny składnik tego, co nazywamy światem, jego kwintesencja.

Ciągle odbierając świat jako skupiska energii zaskoczony zostałem przez jak to nazywają moi towarzysze ‘wiatry beatlesów’. Moim zdaniem można to lepiej nazwać ‘wiatrami astralnymi’. Są to niesamowite zawirowania czasoprzestrzeni, chaotycznie wiejące wiatry. Raz po raz przechylałem się w coraz to nowe kierunki: w prawo, lewo, do przodu, w tył, a także do góry i w dół. Było to uczucie poddawania się strumieniom energii, popłynięcie wraz z nimi. Dałem się ponieść, złączyłem z pierwotnym składnikiem wszechświata. Po pewnym czasie bycia pod ich wpływem stało się to męczące, dlatego chciałem zapytać moich towarzyszy jak się od nich uwolnić, jednak zanim to zrobiłem odpowiedź sam na mnie spłynęła – powinienem chodzić po okręgu. Uzyskaną informacją podzieliłem się z kolegami K. i R., którzy odpowiedzieli że jest to dobry pomysł. Okrąg jest pierwszą, najdoskonalszą figurą. Zapewnia on spokój. Dzięki temu ‘wiatry’ przestały na mnie oddziaływać, chociaż czułem cały czas ich obecność.

R. wpadł na pomysł eksperymentu dla mojego i K. umysłu. Zapytał się nas co wyobraża sobie, że trzyma w ręce. Ta informacja sama do mnie spłynęła. Mówiła ona o tym, że R. trzyma coś organicznego, może liść, może kawałek drewna. Równo, w tym samym czasie ja i K. wypowiedzieliśmy praktycznie to samo jako odpowiedź na pytanie R. I zgadzało się to z tym co on sobie wyobrażał. Niesamowite!

Drugi eksperyment był nieco inny. Mianowicie miałem sobie wyobrazić przy zamkniętych oczach jakiś przedmiot i przenieść go tak by dalej go widzieć przy otwartych oczach. Zamknąłem oczy. Przywołałem obraz zapętlonego sznura. Skupiłem się na nim najlepiej jak mogłem. Gdy otworzyłem oczy… widziałem go przy otwartych oczach! Byłem w stanie wizualizować sobie każdą rzecz na świecie. Wczuć się we wszystko. Byłem w stanie zrobić wszystko. Czułem się jednością z przyrodą. Co najciekawsze mogłem stać się każdą rzeczą. Każdym źdźbłem trawy, każdym listkiem, każdą gałązką, każdym obłokiem, cokolwiek chciałem. Moja moc nie miała ograniczeń. Potrafiłem stopić swą świadomość nawet z stworzoną przez człowieka, syntetyczną, plastikową butelką. Nie stanowiło to dla mnie najmniejszego problemu. Chociaż muszę przyznać, że dużo ciekawszy był kontakt z przyrodą, z czymś organicznym. Dawało to poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Czułem się jak szaman.

Kolejnym zdarzeniem było uaktywnienie wszystkich czakr (ośrodków energetycznych) w sobie. Zacząłem się wprowadzać w jeszcze głębszy trans dzięki jakiejś wytwarzanej przez moje gardło psychodelicznej mantrze. Później się dowiedziałem, że była to wibracja Om.

Dzięki Lady SD byłem w stanie przejść do tak głębokiego stanu medytacji, do którego przypuszczam, że mnisi dochodzą latami. Całkowicie otworzyłem się na docierające na mnie zewsząd informację. Mój umysł obejmował wszystkie aspekty tego świata, wszystkie zagadnienia. Odbierałem wszystko bardzo głęboko. Doznałem tego, co niektórzy nazywają mianem ‘oświecenia’. Poczułem się jak istota nadprzyrodzona, nie mająca ograniczeń. Poczułem, że odkryłem swoją religię. Nie jest to ani chrześcijanizm, ani buddyzm, islam czy jakakolwiek istniejąca religia. Uwierzyłem w świat. W to jaki jest naprawdę. Z drugiej strony nie można tego nazwać religią. Po prostu religia to tylko mała cząstka wszechświata. Ja obejmowałem całe jego spektrum. Byłem ponad religią, ponad wszystkim.

Była godzina 19:00. Wizje już ustępowały. Nastąpiło uspokojenie myśli. Postanowiliśmy chwilę jeszcze porozmawiać, a następnie udać do domów. Droga była przede mną. Jakieś 50 minut szybkiego chodzenia. Jednak nie męczyła mnie ona, ponieważ w ciągu jej byłem dalej w lekkim transie, w którym dzięki wielkości umysłu i skupieniu miałem nieskończone siły psychofizyczne.



KRÓRY POZIOM OSIĄGNĄŁEM?



Jeśli brać pod kryterium skalę 1-6 przedstawioną na hyperrealu w artykule

( http://hyperreal.info/drugs/go.to/art/219 ) można powiedzieć, że osiągnąłem 5 poziom.

Teraz zacytuje jego opis z wyżej wymienionego tekstu:

„Poziom 5 - Byt niematerialny. Tutaj można stracić świadomość ciała. Szczątkowa świadomość jeszcze gdzieś pozostaje, niektóre procesy myślowe są jeszcze klarowne, jednak stajesz się całkowicie zaangażowany w swoje wewnętrzne doświadczenie i tracisz kontakt z rzeczywistością. Można również zatracić swoje ego, zostaje się wtedy połączonym z Bogiem/Boginią, umysłem, świadomością zbiorową... Można też doświadczyć "fuzji" z innymi obiektami - prawdziwymi lub wyobrażonymi [ np. doświadczenie "stawania się" ścianą lub fragmentem mebli domowych]. Nie jest możliwe normalne funkcjonowanie w świecie rzeczywistym osiągnowszy ten poziom, jednak niestety niektórzy nie pozostają nieruchomo i w takim oszołomieniu poruszają się. Dlatego, aby zapewnić bezpieczeństwo dla podróżnika osiągającego tak głebokie stany, potrzebny jest opiekun. Dla podróżnika to czego doświadcza może być piekielnie straszne lub niebywale przyjemne, a obserwatorowi taka osoba może wydawać się zdezorientowaną.”




PODSUMOWANIE

Mam głęboką nadzieję, że poprzez przekazanie informacji o moim tripie - górnych poziomach podróżowania z Salvią Divinorum, mojemu jak najwierniejszemu przekazaniu odczuć, wizji, napływającego zjednoczenia z przyrodą, staniem się całym wszechświatem, każdą jego cząstką, poprzez oświecenie – przysłużę się komuś. Może Tobie spodoba się napisany przeze mnie tekst. Będę niezmiernie szczęśliwy, jeśli zostawisz swój komentarz.

Szałwia wieszcza to jednak potężne narzędzie zmieniające człowieka poprzez najprostsze aż do najbardziej skomplikowanych struktur. Neoszamanizm to nie zabawa, to bardzo dokładne, dogłębne zapuszczenie się w przestworza umysłu, psychiki oraz świata. Dzięki SD można zalecieć niebywale daleko. Dlatego zaufani, doświadczeni opiekunowie to podstawa. Trzeba na tylko im zaufać, by oddać się pod ich opiekę podczas tripu. Bez wątpienia szałwia to nieporównywalnie mocniejszy psychodelik niż święte ziele. MJ jest źródłem relaksu, uspokojenia, a SD źródłem najgłębszych nadludzkich podróży. To dużo potężniejszy środek wymagający pełnego przygotowania i skupienia. Ci, którzy próbowali jej z pewnością przyznają mi rację, natomiast Ci, którzy nie próbowali kontaktu z tą mocą powinni posłuchać moich rad dla ich własnego dobra.

Trzymajcie się psychonauci, podróżujcie po własnym umyśle, ponieważ nie zdajecie sobie sprawy z tego ile jest w nim niezwykle ciakwych informacji. Jeszcze raz przypominam, że prawdopodobną przyczyną osiągnięcia przez mnie tak wysokiego 5 poziomu były palone przez ostatnie 2 dni zioła z zawartością inhibilatorów MAO.

Jeśli doczytałeś trip-report do tego momentu to bardzo Ci dziękuję, widać, że jesteś człowiekiem ciekawym swego umysłu i ponownie proszę o pozostawienie komentarza.






SCHEMAT CZASOWY TRIPU

11:30 – spaliłem lufę stuffu zmieszanego z Smoke Mix Relax

14:30 – jestem u K. i R.

15:00 – wychodzimy na miejscówkę

15:30 – jesteśmy na miejscu docelowym

15:30-15:45 – przygotowania do rytuału

15:45 – palę swoją cześć szałwii

15:45-16:00 – pierwszy etap stanu szałwiowego

16:15-16:30 – K. pali swoją część

16:30-19:00 – pełne wizualizacje, halucynacje, doskonała medytacja, oświecenie, postrzegania świata jako energii

19:00-19:40 – powrót do domu

20:00-22:00 – sporządzanie notatek, dzięki którym teraz to czytasz





Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media