Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

ciężka praca

detale

raporty unknown

ciężka praca

Ok, koniec opierdalania sie, zaczynamy...

Komedia w 3 aktach, występują:



  • Kava Kava 30% PE ekstrakt

  • Ephedra Sinica 8% PE ekstrakt

  • Salvia Divinorum 5x ekstrakt standaryzowany

  • Lobelia Inflata

  • Calea-Dreamherb

  • Tagetes Lucida

  • Sceletium Tortuosum dokladnie sfermentowane


Kava Kava to dość dziwny środek. Czasem jego działanie opierało się głownie na rozluźnieniu, czasem jedynie mnie usypiał, choć efekty nigdy nie były wprost proporcjonalne do przyjętej dawki. I w jej przypadku również pojawia się problem - niektórzy mówią ze Kava jest toksyczna dla wątroby i żeby nie przekraczać dawki 120 mg kawalaktonów dziennie. Wiec spróbowałem - 350 mg ekstraktu wywołało we mnie bardzo przyjemne uczucie rozluźnienia, cała sprawa nie warta była jednak świeczki z powodu długości, a raczej krótkości ;) działania - po czterech godzinach zdecydowanie dało się odczuć zmęczenie, doszedłem wiec do wniosku że już po wszystkim. Następna moja próba angażowała trochę większe środki - 2 g ekstraktu, czyli 600 mg kawalaktonow. Trip był intensywniejszy, bardzo trafnie mógłbym go porównać do tego po x. Naprawdę czułem niesamowitą przyjemność, zalewające fale ciepła i całą resztę efektów tak dobrze znanych Polinezyjczykom :> Po sześciu godzinach zmęczony poszedłem spać. Następna próba z identyczną dawką zakończyła się jedynie uczuciem senności. Przerwy pomiędzy tripami trwały minimum dwa tygodnie, nie sądze więc by był to jakiś efekt kumulacyjny, czy podwyższona tolerancja... Mam teraz zamiar spróbować z 3g, wcześniej jednak muszę doprowadzić moją wątrobę do stanu używalności :] Dodam jedynie że Kave spożywałem pradawnym mega tajnym sposobem, czyli wsypywałem do szklanki i zalewałem po równo wodą i mlekiem, po czym miksowałem 5 minut. Oprócz okropnego smaku i zdrętwiałego języka nie zauważyłem większych problemów z tą metodą.


O efedrynie nie napisze nic, bo nienawidzę tego środka i najchętniej bym się go pozbył... Jeśli jednak ktoś chce znać szczegóły powstania owej nienawisci - prosze o znak.


SD jak zwykle - pełen majestat, kupa miłości, przyjemności i duchowych tripów. IMHO Salvinorin to najmocniejszy halucynogen na świecie - nie powoduje zmian percepcji, lecz prawdziwe halucynacje, wraz z depersonalizacją, podróżami poza ciałem i całą resztą... Największa dawka ekstraktu - 200 mg po prostu wyrwała mnie z ciała. Nie pamiętam momentu wypuszczania dymu, od razu się położyłem i zamknąłem oczy (właściwie nie byłbym w stanie zrobić niczego więcej). Wszystko zaczęło się w przeciągu ułamka sekundy - mój pokój widoczny, a może bardziej odczuwany zza zamkniętych powiek został zdarty jak nalepka z muru, zgnieciony i wrzucony w czarną otchłań. Widzialem tam swoje ciało, w pierwszym momencie odezwał się więc instynkt samozachowawczy i zareagowałem strachem przed śmiercią. Unosiłem się w przestrzeni, wokół mnie zaczęły pojawiać się jakieś kształty (nadmienię że tam wszystko działo się jakby w przyspieszonym tempie i na wielu poziomach świadomosci naraz, stąd trip jest krótki, zaś pamięć czasem zawodzi - ważne jest jednak by doświadczalnie nauczyć się istnieć w tamtym świecie). Za chwilę rozpoznałem - były to identyczne wstęgi, nalepki, jak ta którą tworzył mój pokój. Wszystkie były dwuwymiarowe, kiedy jednak podchodziłem bliżej - widziałem głębie i byłem pewien że mogę tam wskoczyć i po prostu znaleźć się w danym miejscu. Obok mnie pojawiła się jakaś istota, z którą od poczatku tripu rozmawiałem, choć dopiero teraz byłem w stanie ją zauważyć. Nie kierowały nią emocje, jej ciało złożone było z opisanych powyżej wstęg, ona sama zaś przemawiała z dudniącym pogłosem. I tu zauważyłem coś interesującego - tam nie ma słów, nie ma zmysłów, jest tylko myśl, emocje, energia. Przekaz istoty był przekazem idealnym - zawierał w sobie reakcje wszystkich moich zmysłów na dane zagadnienie, wraz z emocjami, które ów widok mogłby wywołać. W każdym razie mój towarzysz był bardzo zdziwiony moim przywiązaniem do świata fizycznego, odnosił się do mnie wręcz z pogardą że w ogóle chcę tam wracać... Widziałem że był on w stanie wpływać na wstążki dookoła - kiedy je rozciągał panowała tam susza, kiedy je zwężał - nadchodził urodzaj, czasem rownież wprawiał je w delikatny ruch falowy co oznaczało trzęsienie ziemi lub inny kataklizm. W tym momencie powróciła moja fizyczna świadomość, gdyż zdałem sobie sprawę że nie mogę iść dalej - mógłbym po prostu nie wrócić. Brat który mnie pilnował opowiadał że w trakcie tripu wstałem zlany doszczętnie potem (w 4 minuty wygladałem jakbym dopiero co wyszedł spod prysznica), trzęsący się z zimna (w pokoju mam stałą temp. 24 stopnie) i wręcz biały, mówiłem że już dość, że już nie chcę, po czym najzwyczajniej na świecie położyłem się z powrotem. Nie muszę chyba dodawać że nic z tego nie pamiętam :) W każdym razie dalsza część tripu była już bardziej osobista i stanowiła rozmowę z szałwią. Wielokrotnie podczas rozmowy oddawałem jej cześć i do dziś zastanawiam się skąd w mojej glowie wzięły się te wszystkie gotowe indukcje i modlitwy... W każdym razie po 30 minutach nastąpił całkowity powrót do rzeczywistosci, która dla mnie jak po każdym tripie z Boska Szałwia nie była już taka sama.


Lobelia Inflata zw. Indian Tobacco w formie palonej bardzo mnie rozluźniła, kilku znajomych wręcz uśpiła. Efekty dało się poczuć od razu po zapaleniu, trwały jakieś 3 godziny, po czym wszystko wracało do normalności.


Dreamherb otrzymałem w postaci przetworzonej. Każdego wieczoru przez tydzień zjadałem 1 g zapakowany w chusteczkę po czym przepijałem wodą i od razu kładłem się do łóżka. Oprócz efektów moczopędnych (budziłem się w nocy i biegałem do ubikacji) zauważyłem że zacząłem doskonale pamietać swoje sny (co zostało mi do dziś), zaś w ciągu 7 dni dwa razy samoistnie doznalem snu świadomego. Bez użycia Calea zdarzało się to średnio raz na miesiąc samoistnie lub za każdym razem gdy stosowałem ćwiczenia.


Tagetes Lucida oceniam bardzo miernie - paskudnie smakuje, efekty delikatnie mówiąc nieopłacalne - lekkie rozluźnienie i delikatne CEV. Teraz będę testował herbatkę połączoną z palonymi liśćmi - jeśli coś ruszy - dam znać.


Sceletium Tortuosum zostawiłem sobie na koniec, bo to roślina która wywołała we mnie najwięcej sprzeczności. Efekt w moim przypadku był po prostu zajebisty - wyostrzenie zmysłów, dużo radości, szczery uśmiech zagościł na mej twarzy ;) Jeśli miałbym porównywać działanie z jakimś syntetykiem to stawiałbym na kox. Hmm, a co miałem na myśli pisząc o sprzecznościach? O tym chyba będzie wiedział każdy użytkownik Kanny lub Yopo - wciągnięcie 200 mg tego paskudztwa to naprawdę nie lada wyczyn. W każdym razie dokładnie sfermentowany i pokruszony materiał rozdzieliłem na ładne kreseczki i wciagałem łącznie jakieś 15 minut. Efekt utrzymywał się długo - od 5 do 6 godzin, jestem jednak pewien że w trakcie nie byłoby problemów z ew. zaśnięciem. Po tripie położyłem się i jeszcze długo doznawałem przyjemnych CEV, po czym zasnąłem bardzo odświeżającym snem. Każda następna próba jedynie utwardzała mnie w przekonaniu że gdyby nie sposób przyjęcia - byłby to środek idealny (przynajmniej dla mnie :)). Ale - coś za coś. Kupiłem sobie więc oczyszczające zatoki, krople do nosa i testuję dalej :)


Jeśli kogoś interesuja szczegóły jakiejś rośliny - dajcie znać.


Pozdrawiam


Goblinoid


Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media