Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

chemiczno zielarski-weekend

detale

Natura:

raporty unknown

chemiczno zielarski-weekend

Był to jeden z weekendów w wakacje 2003. Zaczeło się w piątek, wiadomo jak każdy weekend. do wyboru mam dwie opcje: impreaz housowa albo wyjazd na dziełke z ekipą, wybieram tą pierwszą zwłaszcza, że opcja działkowa jest aktualna cały weekend. a jak impreza to trzeba jechać do sklepu--->telefon--->dojazd, odbiór--->powrót, wszystko w 15min. bez problemów. zakupiliśmy z kumplem jedną sztukę fety, 6 draży i funfa(5g zioła)-wszystko dla nas dwóch- i czekamy do godziny wyjścia. ustawiliśmy się o 21 z nim i z kumplem z lachą. na dobry początek około 21:30 aplikujemy po 1/4 fetki do nosa, a że jest krystaliczna to efekty czujemy praktycznie momentalnie, więc nie pozostaje nic innego jak spalić bata i podbić na tramwaj, po drodze jeszcze do sklepu po lizaki, gumy i tego typu gadżety. w tym momencie(mineło około 15-20min. od apliokacji)fetka już się wkręciła całkowicie, wsiadamy do tramwaju z maxymalnymi bananami na ryjach bo euforia ogarnia nas coraz większa, droga trwała z 10 min. a ja myślałem że mineło 10 sek. hehe Godz. 22 wbijamy się na zamek, w tym momencie jest już całkowity najsik. jako że impra jeszcze się nie rozkręciła to przychodzi czas na bata, wyszliśmy z ziomkiem na dwór żeby go tylko zrolować i spalić, a siedzieliśmy tam z 40min. bo się włączyła gadająca :-) jak wróciliśmy do środka to już parkiet był prawie cały zapełniony a że ameba działała to od razu wbitka na dancing. po 23 rozsypałem reszte fety do coli i wypite. no i znowu na jointy tym razem za dejotke, upaliliśmy tam przy okazji kilka osób i sami się spaliliśmy hajcem helendrem od jakigoś kolesia. w tym czasie nawet nie zauważyłem jak się reszta fety wkręciła i jak wstałem po tej masakrycznej ilości gibonów to mi się załączył las vegas parano hehehe na dancefloorze kiwało mnie masakrycznie ale fex okazał się silniejszy od baki i już zaraz śmigałem jak robocik. ale to jest już po północy więc przyszedł czas na krążownika(zielone serduszko hmmm) wkręcił się bez komplikacji(no może troche morde wykrzywiało ale to szybko mineło) jakoś po pół godz. i wtedy byłem w 7 niebie, wszystko zajebiście się kołysało i oprucz muzyki i światej bożego świata nioe widziałem. w międzyczasie jeszcze gibbonium i drugie kółko i w tym momencie straciłem całkowicie poczucie czasu i się troche film pozrywał. cały czas loota była niesamowita a kiedy zrobiłem trzecie kółko nawet nie wiem . i jak zaczełem dobrze wszystko kapować to była już 4:30 i całkowicie jasno, co oczywiście nie przeszkadzało mi w tańcu bo ameba była naprawde zajebista i jeszcze działała. no i nadeszło najgorsze, przed 6 godz. nastała cisze w głośnikach, nieeee to już koniec buuuuu. bat na dobitke i powrót do domu, a raczej na kameralny after na chacie, tam po spaleniu jeszcze jointa było dziwnie na maxa raz jakieś bloki i zawiech że patrzeliśmy na ściene a potem mega śmiechawki, ale i to się skończyło. około południa powrót do chaty(o co tu wogóle chodzi-dziwne zetknięcie z rzeczywistością). teraz czas wegetacji do wieczora i sytuacja się powtarza telefon--->dojazd, odbiór--->powrót hehe czas jeszcze lepszy jakieś 10 min. tym raze wzieliśmy sztuke fetki na 3 i funfa na 4. i w droge na PKP byliśmy tam około 19 a bene mieliśmy dopiero po 21:30(to była masakra siedzieliśmy na peronie jak warzywa i nic wogóle nie mówieliśmy), no ale po 22 byliśmy już na miejscu. chłopaki już się dobrze bawili na bronkach a my od razy zaaplikowaliśmy po 1/3 sztuki fexu każdy, w pierwszej chwili myślałem że padne na deski tak mnie zamroczyło ale na szczęście to szybko mineło i wróciła wixa z zeszłego dnia. najgorsze było to że jak wyszedłem z chatki po pół godz.(wiedźma już się załączyła na si) to wiara tam robiła grila i jak to zobaczyłe to skręciło mnie okrutnie. ogólnie ta noc mineła na paleniu gibonów, jakichś krutkich wycieczkach do lasu, dziwnych opowieściach(jak to na fecie) i wkrętach. koło piątej ludzie zaczeli umierać i zaczeła się walka z samym sobą żeby nie paść, pomocne w tym okazały się karty w które pykaliśmy praktycznie cały czas, ale było coraz ciężej. pociąg z powrotem mieliśmy chyba około 13. stojąc na peronie zastanawiałem się czy padne na ryj w chacie( na łużko) czy gdzieś po drodze. na szczęście udało się dotrzeć do łużka(14 godz.) spałem jak dziecko ale tylko do 18 bo wtedy zadzwonił kumpel z propozycją bakania, no to poszedłem się dobić. po tej torbie kany dopadły nas takie bloki że to koniec, było bardzo dziwnie ale fajnie zarazem. tak więc wixa która zaczeła się w piątek po 21 skończyła się w niedziele hehe też około 21.

w ten wochenende doświadczyłem wielu bardze pozytywnych, nieraz dziwnych, ale nigdy negatywnych na szczęście, loot. niestety skutki takiego maratoniku odczuwałem jeszcze przez dwa dni, ale wspominam to do dziś bardzo miło i było warto.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media