Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

bardzo słaby towar+ suplement diety= inny wymiar i niezapomniane przygody.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
Około 5 buchów bardzo słabego towaru
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nastawienie optymistyczne, duża ekscytacja. Palenie zioła nastpiło w domu kumpla, mieliśmy spokój i nadzieję, na dobre przeżycie podróży w świat odmiennych stanów umysłu.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
W tamtej chwili jedynym "narkotykiem" z jakim miałem wcześniej doświadczenie była gałka muszkatołowa.

raporty żelazny_aksamit

bardzo słaby towar+ suplement diety= inny wymiar i niezapomniane przygody.

Tego dnia postanowiliśmy nie iść do szkoły z moim przyjacielem o podobnym zdaniu odnośnie do życia- wszystkiego trzeba w życiu spróbować oprócz seksu analnego.

Udaliśmy się do kolegi, który już miał załatwione pół grama. Wiem, mało, ale na pierwszy raz wystarczy ;)

Podnieceni jak przedszkolaki szliśmy ulicą, by w końcu trafić do tego domu, który już zawsze będzie mi się kojarzył tylko z jednym...

Warto nadmienić, że byłem pod wpływem działania tabletek Nieistotny Product Placement. Są to pomocne przy redukcji (okresie spalania tkanki tłuszczowej), skonstruowane w oparciu o naturalne składniki piguły. Znajomy ostrzegał, żeby nie brać tego, kiedy się idzie pić wódeczkę, bo strasznie po tym odwala. Czyli jakoś się to wiąże z alkoholem... dziwne, ale prawdziwe. Ja jako alkoholowy abstynent (wóda to zło, tylko narkotyki bracia i siostry!) nie przejmowałem się tym.

No i zapomniałem o tym, że skoro TS reagują z alkoholem, to mogą też z Marysią. W nadziei na mały haj siedziałem już w domu kolegi. Nazwijmy go Asklepiades (jest takie imię).

Asklepiades stwierdził, że nie będzie jarał. Ja i przyjaciel- Kleofas, uznaliśmy, że świetnie się składa, ponieważ przyda nam się osoba pilnująca. Gospodarz czterech ścian przygotował bongo z butelki, wsadził lufkę i nabił, po czym wyszliśmy na taras. Pierwsze buchy poszły! Moje wrażliwe płuca chciały kaszleć i kaszleć, ale silna wola kazał zostawić dym w sobie tak długo, jak tylko dam radę. Wziąłem bodajże 5 porządnych porcji zbawiennego, lekko krztuszącego dymu. Kleofas wziął znacznie więcej.

Wspomnę, gdyż to istotne, że towar mieliśmy bardzo słaby. Tak powiedział znawca Asklep, kiedy już zużył to, co nam zostało. Kleofas bardzo się zawiódł na działaniu towaru, Asklep też, bo nie chciał przecież nam dać byle czego... A ja... ja jestem wdzięczny korelacji Nieistotny Product Placement z ziołem, bo nawet ten słabiutki szajs dał mi niewiarygodn stany świadomości.

Wróciliśmy do kuchni, usiadłem na stołku i zapytałem: „Kiedy się zacznie?” na co Asklepiades, jako fachowy jaracz odpowiedział „Powinno nadejść za chwilkę.” Czekałem jeszcze może 20 sekund i nagle... bum! Uderzyła mnie tak potężnie znienacka skrajna... no właśnie, jak ja mam to teraz nazwać? To takie uczucie, jakby się wszystko rozpłynęło. Nie świat, nie wizual... Cały ty w tym świecie. To tak, jakbyś na 2 sekundy stworzył jedność ze wszystkim, jakbyś był niczym i wszystkim na raz...

Powiedziałem, kiedy już po jakichś dwóch sekundach rozpłynięcia wróciłem na Ziemię : „O o!” Asklepides śmiejąc się, powiedział: „Hahaha już!” A ja, po dwóch kolejnych sekundach bycia w niebycie krzyknąłem: „Oooo ku*wa!”, ponieważ żadne inne słowa nie mogły tego opisać. Ogółem cała moja faza miała postać takiego falowania... takiej cosinusoidy. Chodzi mi o to, że przez 2-4 sekundy byłem „rozpłynięty”, by potem na kilka sekund wrócić. I tak w kółko. To było coś pięknego, najlepsze uczucie na świecie!

Siedziałem na tym stołku dłuższą chwilę i godziłem się z myślą, że wszystko jest inne, niż do tej pory myślałem. Świat, umysł, cały wymiar ukazał mi swoją drugą stronę medalu. Chłopaki śmiali się wniebogłosy. Po kilku chwilach powiedziałem coś w stylu: „Oooo... to jest takie.... Jezus Maria!” Asklepides odrzekł: „No i co, fajnie, nie?” Moja odpowiedź: „Ooooo... normalnie zajebiście!”

Koledzy przypatrywali mi się z ciekawością, a ja tonąłem gdzieś w filozoficznych rozkminach. Co to za stan? Jakim cudem? Jak to opisać? Do tej pory nie potrafię zebrać słów, by wyrazić to nieziemskie uczucie, które przeszyło me serce jak grot wykuty z najczystszego metalu- zrozumienia i nadświadomości.

To było takie piękne... tak jakby wszystko nagle znikało, jakbyś był zawieszony w jakimś „alter-wymiarze”, który nie ma w sobie nic, oprócz twojej myśli. Tak, jakbyś był centrum świata. Alfa i Omega. Tak, jakby nic już nie miało znaczenia, bo przecież to ty nadajesz wszystkiemu formę... Po maksymalnie 4 sekundach jednak wracasz do świata pełnego przedmiotów, gdzie jestem ograniczony prawami i materią. Nie to, żebym w tym „alter-wymiarze” nie widział przedmiotów i świata, nie to, żebym go nie rozumiał... wszystko po prostu nabrało nowego znaczenia. Kiedy wychodziłem ze stanu nieopisanej satysfakcji i zadumy, by znaleźć się na chwilę ponownie w naszym płytkim wymiarze, zacząłem zabierać głos:

„O nie wierzę! Chłopaki.... wy też? Ja... o matko.... to tak jakbyś.... jakbyś miał... nie wiem”

Przez jakieś 4 minuty w kółko powtarzałem bezsensowne, jakby się mogło wydawać ciągi słów, starając się ziomkom przybliżyć istnienie tego wymiaru, który mną zawładnął. Oni tylko się śmiali. Czułem się tak strasznie nierozumiany. Wstałem, chodziłem po kuchni i biłem się ze spowolnionymi na maksa myślami, których za nic w świecie nie mogłem wypowiedzieć. Kiedy już miałem koncepcję, jak wymówić te słowa, zaczynałem i się motałem.

Asklepiades stwierdził: „Chyba Kleofas za mało pociągnął albo łeb ma twardy!” rozśmieszyło mnie to niemiłosiernie. Wszystko z resztą potem mnie śmieszyło. Gospodarz dodał „Idziemy sobie jeszcze trochę pociągnąć, bo Kleofas musi jeszcze więcej przyjąć dymu! A ty tu siedź! Słyszysz! Siedź!”

Poczułem się lekko urażony. Mówili do mnie jak do jakiegoś psa albo nawalonego żula. Albo gorzej- jak do ćpuna na koce, któremu zaraz ma coś odwalić. Poczułem nieopisaną satysfakcję, że mimo swojego stanu mam zachowaną świadomość w stu procentach, a nawet coś ponadto. Mimo iż byłem falowo zagubiony w innym „teraz”, mimo iż na krótko oddalałem się od naszego wymiaru, mogłem spokojnie wszystko wyłapać- tzn. mogłem usłyszeć, co do mnie mówią, by potem to przetworzyć. Powiedziałem im dość powoli „Spoko... ogarniam wszystko!”

Gdyby wbił do nas listonosz, czy ktokolwiek nieznajomy, siedziałbym cicho jak mysz, ponieważ zdawałbym sobie sprawę, że jestem najarany i to mocno i że lepiej, aby się nikt nie ogarnął. Póki siedziałem cicho, nie mogli po mnie poznać, że jestem pod wpływem. Nie mogli, bo faza działa się głównie w środku mnie- w jakże wydajnym mózgu. A może w duszy? Wierzę w jej istnienie, a każdy kolejny trip umacnia mnie w przekonaniu, że nasz umysł to tylko zakichany zlepek neuronów kopnięty prądem, który sam nie mógłby dać tego... no tego jakby władania nad percepcją. Kannabinoidy powodują wydzielenie się dopaminy. Dopamina działa na określone fragmenty mózgu. Kilka dni po fazie analizowałem działanie konkretnych struktur i zobaczyłem, że owe struktury, choćby nie wiem, jaki zastrzyk dopaminy dostały, nie mogłyby za nic dać mi tego, co miałem. A miałem coś iście mistycznego. Przeżycie najlepsze w życiu. Poza tym nie wszystkie obszary, które mają w sobie receptory dopaminy, zostały u mnie pobudzone. Nie będę się jednak teraz rozwodził nad działaniem tłuszczowo-białkowego komputerka w mojej czaszce. Wracając do tripa: Gdyby zaczął gonić mnie pies, wiedziałbym, że muszę uciekać, albo przyjąć postawę obronną. Gdy koledzy powiedzieli: „siedź!” siedziałem grzecznie. Stuprocentowy stan zachowania kontroli. Zacząłem się śmiać z samego siebie- wyobrażałem sobie niepozornego, spizganego cannabis chłopaka siedzącego na stołku i rozprawiającego się z szokiem. Śmiałem się i śmiałem, a jednocześnie podziwiałem piękno tego wszystkiego. Oprócz „Alter-świata”, który był tak pociągający, zacząłem doceniać piękno tego naszego małego i materialnego uniwersum. Wszystko mnie cieszyło, każdy przedmiot.

Chłopcy wrócili, a ja powiedziałem im coś w stylu: „Wiecie co? To tak, jakby mnie tu nie było!” Na co oni śmiejąc się i kiwając porozumiewawczo: „Bo cię tu nie ma! Zgubiłeś się! Damian! Halo! Gdzie jesteś?!” Udawali, że mnie szukają po całym domu. Ja powiedziałem tylko „To nie śmieszne... ja wiem... ja widzę was i mogę... świat widzieć i kurde... no i....”- Po chwili zamulenia roześmiałem się. Przeszliśmy do pobliskiego pomieszczenia i usiadłem na wygodnej kanapie. Zacząłem śmiać się i analizować swoją fazę- Co mi się dzieje? Jak to opisać? Co wiem, a czego nie wiem?

Potem naszła mnie chęć, aby im opowiedzieć o mych przeżyciach. Mówiłem więc (oczywiście bardzo wolno, co jakiś czas robiąc przerwy, myląc się) : „To tak, jakbym był geniuszem zamkniętym w kopule downa. Może jest taka choroba, która sprawia, że jesteś geniuszem, ale nie możesz o tym powiedzieć ludziom, bo masz problem z komunikacją? Może jest więcej takich ludzi, którzy bardzo pragną powiedzieć nam, że świat to nie tylko to. Może tak jak ja widzą wiele. To tak, jakby człowiek wszedł między małpy i chciał im powiedzieć, jak to jest być człowiekiem. Boże, cudowne! Kocham marihuanę, jestem narkomanem, to mi się podoba!”

Potem wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Kleofas dalej nie wkręcił się w fazę. Po dobrych 20 minutach filozoficznego ględzenia i wyżalania się, co się dzieje wewnątrz mnie, włączyłem nagrywanie na komórce, mówiąc do samego siebie z przyszłości, czyli z czasu, kiedy już mi faza minie: „Damian, pamiętaj to... ten świat... [i tak dalej i tak dalej]” Jak widzicie, udało mi się zapamiętać ten stan, który tak zapamiętać chciałem i jestem pewien, że będę go pamiętał na zawsze. Ale opisać się po prostu nie da.

Ziomki zdziwieni po jakimś czasie zapytali: „O czym ty pier**lisz?!” Na co ja: „Bo ja wiem, że świat... świat jest inny!” I znowu zbiorowy śmiech.

Siedząc na kanapie, uznałem w końcu za bezskuteczne swoje starania, by zsynchronizować tok myślenia z niezjaranymi. Kleofasa zaczęło brać i byłem rad, że niedługo będziemy nadawać na tych samych falach. Tak się niestety nie stało. Kleofas nie był podatny na kopiącą moc MJ. Zresztą nawet sam Asklepiades nie do końca wiedział, o czym mówię, kiedy chciałem opisać ten stan. Pomijając fakt, że mówiłem jak żul, mówiłem sensownie, ale tylko ktoś, kto byłby mną z tamtej chwili, mógłby w pełni zrozumieć, co ja do jasnej ciasnej mam na myśli.

Zamknąłem oczy i relaksowałem się muzyką (Asklep zapuścił jakiś rap o trawie, przy którym nawet szło się wyczilować). Potem zrozumiałem kolejną ciekawą rzecz- na fazie moja percepcja ogranicza się do konkretnych bodźców. Załóżmy, że podczas normalnego życia dostajemy z otoczenia 1000 informacji na sekundę... nasz mózg działa oczywiście wybiórczo i postrzegamy tylko jakieś 50 z nich, by się nie przegrzać. Każdy jeden z tych 50 stymulantów analizujemy i widzimy może w 30%. I tak właśnie działa normalna, zdrowa percepcja. Natomiast moja percepcja na MJ ograniczyła się do maksymalnie 10 bodźców, które jednak intensywniej czułem (dajmy na to w 70%).

Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, wpadłem na pomysł, by kosztować jedzenia. Wyjąłem z torby pojemnik ze specjalnie wcześniej zrobioną potrawą (ponieważ chciałem się odżywiać bardzo zdrowo) i trzęsącymi się z podjarki rękoma umieściłem makaron w japie. Gryzienie go było dziwne. Tak, jakbym nie miał kontroli i czucia na policzkach i języku. Jednak sprawiało mi to dużą frajdę. Bałem się, tylko żeby się nie pogryźć. Poprosiłem Asklepiadesa, żeby wyłączył muzykę, bo chcę się skoncentrować. Makaron jadłem bardzo powoli i szybko mnie znudził. Kleofasa łapały początki fazy, ponieważ mówił już nieskładnie i śmiał się z byle czego, a ja razem z nim.

Poszedłem na dwór za radą Asklepa, który powiedział, że po MJ strasznie ciężko jest zachować równowagę. Co ciekawe, ja nie odczuwałem ani trochę kłopotów z chodzeniem. Powiedział, żebym spojrzał na Słońce. Spojrzałem i stwierdziłem „Słońce, jak Słońce” co sprowadziło na mnie myśl, że być może faza już się kończy. Fazy wnikania w inny wymiar były już coraz rzadsze i pojawiały się na krócej, jednak dalej było to oszałamiające wrażenie.

Następnie spojrzałem w lustro. Nie miałem zmienionych oczu, co mnie ucieszyło. Mój organizm, a raczej jego fizyczna część, najwyraźniej nie reaguje na narkołyki ;) Asklep zapytał, czy nie chce mi się pić, bo jego zawsze strasznie suszy na MJ. O dziwo, mnie nie suszyło.

Ważną informację sobie przypomniałem: Cały czas na bani miałem takie wrażenie, jakbym nie miał szyi. Dosłownie, miałem w tym miejscu pustkę. A głowa była lekka, jakby chciała odlecieć. Całe ciało wydawało się momentami obłokiem. Kiedy jadłem, nie czułem przepływu jedzenia przez przełyk.

Udaliśmy się do pokoju z komputerem. Asklep musiał wygonić stamtąd zamkniętego wcześniej psa, który raczej nie darzył mnie sympatią (Kiedyś mnie prawie dziabnął w łydkę). Był to typ malutkiego, jednakowoż przepełnionego szatańskim zapałem do szczekania i dziabania obcych psiaka. Upewniwszy się dwa razy, że nie ma go już w pomieszczeniu, wszedłem i napocząłem paczkę chipsów (i tak właśnie olałem swój plan ze zdrowym odżywianiem).

Jedząc je, miałem okropne wrażenie, że jem kamienie, które ranią moje dziąsła. Wręcz krzywiłem się z „bólu” i wsłuchałem się w trzaski dochodzące z moich ust, nie wiedząc, czy kruszą się czipsy, czy może moje zęby...

Potem grałem na komputerze w GTA V. Bardzo ciekawa i wielozadaniowa gra, w której mogłem sprawdzić kilka aspektów mojego umysłu. Zdolność prowadzenia pojazdów w świecie wirtualnym mocno uległa ograniczeniu, niemniej pędziłem na złamanie karku i czasem potrącałem pieszych. Potem stanąłem na dachu z karabinem snajperskim, by ustrzelić trochę głów ;D Szło mi nieźle.

Kiedy znudziła mnie gra, wziąłem się za dokańczanie makaronu, ponieważ nie mogłem znieść tego nieprzyjemnego uczucia, które pojawiło się w czasie gry na kompie- tak, jakbym połknął swoje migdałki... Grrr. Nie czując szyi, ale czując usta, faktycznie można było odnieść złudzenie, że coś jest nie tak. Po spożyciu kilku klusków odłożyłem widelec i usiadłem na ziemi. Zacząłem się śmiać. Faza powoli przechodziła. Coraz większe zmęczenie i coraz bardziej normalny nastrój wywołały coś w rodzaju szoku. Myśl w głowie mówiła mi: „To już koniec?!”

Pamiętam jeszcze, że podczas wstawania miałem wrażenie, jakby wątroba mi się przemieściła w środku ciała... niesympatyczne. Przeszliśmy obok kuchni, w której siedział tata Asklepa (wrócił wcześniej z pracy), powiedziałem kulturalnie „dzień dobry!” i przystąpiłem do nałożenia butów, co nie sprawiło mi trudności. Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie skonsumowałem dużą ilość winogron. Bania wygasła w trakcie jedzenia. Byłem usatysfakcjonowany swoim przeżyciem i mogę stwierdzić z czystym sumieniem, że były to najlepsze trzy godziny w mym życiu!

 

Jakże tajemniczą i niezbadaną rośliną jest ta marihuana! Strasznie dziwi mnie fakt, że nikt z jarających znajomych nie miał tego wspaniałego uczucia falowania między dwoma światami i przeplatania dwóch rodzajów percepcji: tej normalno-wymiarowej z inno-światową.  Jeżeli wy tego doświadczyliście- proszę, napiszcie w komentarzu. Powiedzcie też, jakiej mieszanki użyliście, bo raczej od samej MJ nie osiąga się tego stanu ;) Jeżeli nikt tego nie zna, być może umrę nierozumiany przez świat, z wciąż tlącą się w głowie myślą, że ja chcę o tym komuś opowiedzieć tak, by poczuł to, co ja czułem i mógł wraz ze mną łączyć się w zadumie i fascynacji. Być może jednak całe nasze życie jest tylko zlepkiem subiektywnych odczuć, a nasze słowa i tak są dowolnie interpretowane przez osoby nie mające wzglądu do naszego "ja"? Być może ja, ty i oni nigdy się nie zrozumiemy, bo każdy ma swoją rzeczywistość, diabelsko różną od perspektywy innych. To z jednej strony wydaje się być straszne, a z drugiej jest piękne. Tyle jednostek o odmiennych sposobach chłonięcia świata to przecież ogrmony zbiór nietuzinkowych doświadczeń dla absolutu, dla cząstki boskości, dla zbiorowego umysłu i  kosmicznej "bazy danych". Każdy z nas ma w sobie fragment nieskończoności i może ten fragment dowolnie rozwijać. Ja rozwinąłem się na swój dziwaczny, lekko chory, ale i logiczny, przepełniony inteligencją sposób, toteż droga mojego życia prowadzi mnie do stanów narkotykowego poznania wyższych prawd, za co jestem niezmiernie wdzięczny samemu sobie.

Wasze drogi mogą być usłane wybojami, jednak pamiętajcie- każdy z nas jest wojownikiem, a burze są w życu po to, by pojawiały się po nich tęcze. Nigdy, przenigdy nie uciekajcie od problemów w narkotyki. Substancje oddziałujące na mózg nie są zabawką i mają wile działań nieporządanych. Służą do skosztowania, poszerzenia wiedzy i doświadczenia, wzbicia się na wyższe sfery, a nie codziennego ubarwiania dni, które możemy przecież ubarwić innym sposobem. Zawsze podejmujcie decyzje wpływające korzystnie na całoksztat życia. W moim przypadku ten jeden raz palenia marychy był zbawieniem, odbije się pozytywnym echem na resztę moich dni. W waszym przypadku też może tak być, albo i już było, o ile podchodzicie do każdej substancji potencjalnie niebezpiecznej z głową i szacunkiem. Wierzę, że zachowacie we wsztystkim umiar. Bo to on jest najistotniejszy.

 

Ale mi się zebrało na filozofowanie na końcu ^^ Zawsze tak mam w nocy.

 

Serdecznie pozdrawiam i życzę wam, abyście zawsze doceniali to co macie, zabiegali o więcej, szli przez życie z uśmiechem i byli panami swojego losu ;)

Podpisano: Damian

Ocena: 

Odpowiedzi

Napisz skład tego suplementu, z etykiety ;)

A oto i cały skłąd tabletek Thermo Speed Hardcore. Do kupienia w sklepie sportowym, 25 zł za 30 tabletkowy blister, jeżeli jesteś zainteresowany. Polecam konsumować przez tydzień po 2 dziennie, aby organizm był w pewien sposób nasycony, kiedy już zechcesz spalić ziółko i dostać miły bonus :D 

 

Ekstrakt Garcinia cambogia

Ekstrakt gorzkiej pomarańczy

Ekstrakt z pokrzywy indyjskiej

Ekstrakt pieprzu kajeńskiego

Ekstrakt pieprzu czarnego

Ekstrakt z nasion zielonej kawy

Kofeina

Ekstrakt imbiru

L-tyrozyna

Ekstrakt guarany

Niacyna

 

Warto nadmienić, że wczoraj dobitnie przekonałem się, że Thermo Speed działa w połączeniu z MJ, bo przeżyłem jeszcze jedną, może nawet lepsza przygodę ^^ Niebawem kolejny trip raport.

No i koniec :D

Jadłam clenburexin (podobny skład) no i w połączeniu z ziołem jakoś nie zauważyłam różnicy, natomiast po alko to myślałam że mam zawał. Nie polecam takich ekspetrymentów.

ClenBurexin ma prawie dwa razy mniej imbiru, może to właśnie on tak działa? Może kiedyś połączę zioło z czystym imbirem, zobaczymy ^^ 

Dodatkowo Clen nie ma (tak jak Thermo) gorzkiej pomarańczy i pokrzywy indyjskiej, ale za to znajdziemy w nim prawie 4 razy więcej zielonej kawy. Jest to jednak mała różnica :P

Ale jak ktoś nie ma odwagi ekperymentować to oczywiście nie musi. Granica między odwagą a głupotą jest cienka, a ja chyba ją przekroczyłem dawno temu :D

No i koniec :D

Tak działa L-tyrozyna, która jest w tym suplemencie. Właśnie mam lekkie zdziwienie jak zmieniła odbiór zwykłej trawki. Testuję. Jest super.

Ostatnio doszedłem do wniosku, że to imbir tak działa, ale skoro piszesz, że l-tyrozyna też, to warto wypróbować :) Ja natomiast mogę Ci polecić jedzenie przez tydzień po jednej łyżeczce imbiru dziennie i spalenie "pani M" dnia siódmego, aby zobaczyć, czy i Tobie ta niesmaczna przyprawa umili przeżycie.
Ja połączyłem imbir z DXM i miałem po tym bardzo schizowego tripa, a tydzień potem spróbowałem dekstrometorfanu w identycznej dawce, tylko bez nasycenia imbirem, no i przeżycia były słabsze, ale przynajmniej miłe :D
Więc stąd wysnułem wniosek, że wspomniana przyprawa pomaga wzmocnić przeżycia, a nawet zupełnie je odmienia. I o ile z połączenia imbiru z DXM nie wynika raczej nic dobrego (przynajmniej dla mnie), o tyle w parze z trawką korzenny mocarz zwany imbirem może pokazać swoje wspaniałe oblicze :)

Pozdrawiam i życzę szczęscia w tripach =D

No i koniec :D

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media