Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

amsterdam adventures

detale

Natura:

raporty unknown

amsterdam adventures

Wczoraj wróciłem z miasta rozpusty i niekończącej się rozkoszy. Opowieści o tym mieście wysłuchiwałem od kilku lat i w końcu postanowiłem sam się przekonać co jest grane :).Opowiem o jednym z dni który spędziłem razem z paczką znajomych w Amsterdamie.

Ranek, ok godziny 10, pobudka, jakieś śniadanko i oczywiście dobre palonko (Jack Harer). Zaczyna się jazda bez trzymanki he he.... Ruszamy spacerkiem z kempingu w kierunku centrum. Oczywiście wszyscy mają bardzo dobre humory i zapowiada się zajebisty dzień :))). Dotarliśmy do promu (przewozi za friko do centrum) i tam pierwsza akcja - będziemy płynąć po morzu =) Załoga do żagli hi hi, wszyscy tak się nakręcili że przez kilkuminutową podróż promem czuliśmy się jak załoga statku wojennego z 18 wieku.

Mamy ze sobą footbolówę i po opuszczeniu promu zaczynamy grać na ulicy... wow wszyscy są mili i grają z nami w piłę. Docieramy do pierwszego z niekończącej się serii coffeeshopów i kupujemy po Space Cake`u (ciasto pieczone z marijuaną). Wcinamy i ruszamy dalej. Po jakiejś pół godz. stwierdzamy że ciastko kiepsko działa (tak nam się wydawało :) i zapalamy dobrą faję (Sensymilia) W baaaaardzo dobrych nastrojach ruszamy do muzeum Van Gogha (zajebiste - bardzo polecam) W środku dużo turystów i oczywiście kupa obrazów. Zwiedzamy sobie a tu nagle bum bum bum odzywa się ciasteczko :))) Muszę przyznać że kop był niezły... tak się nakręciliśmy że prawie zaczęliśmy grać w piłę w muzeum he he he. Spoko spoko, nie doszło do tego ale były niezłe jaja.

Późne popołudnie, ok 17, siedzimy w coffeeshopie Baraka słuchamy Reagge i palimy jointa wszyscy są nieźle ujarani i mają niezłe jazdy he he he. Powoli nakręcamy się na Red Light District (Czerwona Dzielnica) i w końcu ruszamy tam (bardzo ciężko było opuścić Barakę) WOW To po prostu trzeba zobaczyć. Laski stoją lub siedzą na wystawach i uśmiechają się do ciebie jak by chciały powiedzieć że zrobią ci dobrze za darmo. Ale niestety nie ma lekko, im ładniejsza tym droższa :( za 100 Gld można już się nieźle zabawić z bardzo fajną laską Łazimy tu i tam i oceniamy towarki, jeden z kumpli wypatrzył jakąś niezłą sztukę i tak się podpalił że wchodzi do środka :))) Wszyscy czekamy z niecierpliwością, po ok 10 min wychodzi i ... zapala faję he he. Mówi że to był jego najlepszy numerek, jest bardzo nakręcony. Zapalamy jointa i biegamy jak szaleni po czerwonej dzielnicy w poszukiwaniu odpowiednich towarów.

Noc, ok 2, jesteśmy zrąbani, przepaleni i chcemy luli :) Wracamy do bazy, jeszcze ostatnia faja przed snem (tym razem Northern Light) którą zapalamy przy promie. Przyłącza się do nas jakieś towarzystwo (chyba z Niemiec) 3 laski i jeden koleś. Wyciągają jointy i każdy z nich zapala jednego, po chwili jest już niezła impreza i rezygnujemy z powrotu do namiotów (fuck jestem już nieźle zmęczony) po jakiś 2 godz zabawy (niewiele z niej pamiętam:) docieramy na kemping i regenerujemy siły na następny dzień jazdy.

Tak właśnie wyglądają dni w Amsterdamie (jak dla mnie zajebiście). Wszystkim polecam wizytę w tym mieście. Jak drugować to tylko w Amsterdamie.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media