Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[2c-p] świat kolorków na dwucepie

[2c-p] świat kolorków na dwucepie

Cóż, tę banię mogę z pewnością nazwać jedną z najciekawszych, o ile nie najciekawszą. 

Jak zwykle, dodam, że wiek: 18, 21, 21

No więc...

17:00 Zjadam porządny obiad, wiedząc, że może to być mój ostatni posiłek tego dnia, pakuję się - podstawowe kosmetyki, paczka szlugów, słuchawki, okulary, koperta z RC'kami, kurtka przeciwdeszczowa, bluza.

18:00 Przywalam sobie 70 a-PVP siedząc i słuchając klubowej muzy, piszę ze znajomymi, jest fajnie, znowu zaczyna się ta nieprzyjemna część bani po a-PVP, mrowienie i problemy z napięciem mięśni. Gryząc się sam ze sobą, mając w perspektywie wieczór na dwucepie, mimo wszystko postanawiam dowalić pozostałe 70 a-PVP opustoszając samarkę. ,,Po cholerę mam to brać jeszcze kiedykolwiek, jak mogę już teraz skończyć" - zgodnie z moim postanowieniem, że wszystkiego testujemy tyle razy ile da sie kupić w najmniejszej ilośći. W przypadku a-PVP był to aż 1g, ale... połowę się odsprzedało, połówką mojej połowy podzieliło ze znajomymi, 250mg to już nie tak dużo.

Młodszy znajomy który chciał się z nas ponabijać niestety nie mógł pojechać, gadając z jego starszym bratem wyszedłem z domu ledwo zdążając na autobus (19:20). Cała droga zleciała mi na rozmowach o samochodzie, nawet nie zajarzyłem kiedy znalazłem się u znajomych, ani nawet, że będąc już u nich gadałem przez telefon jeszcze dobre 15 minut.

20:00 Kilka minut po końcu rozmowy telefonicznej wcinamy dużą michę frytek. Puszczamy sobie różne filmiki, czytam im TripRaport z poprzedniego razu, A. opowiada mi swoją wersję wydarzeń z jego "odlotu".

21:00 zaraz po tym dzielę trzy drobne kupki 2c-p na stole, po 12mg oraz 3 krechy po 40-50mg MXE. Dwucepa na pośliniony paluch i pod jęzor, obcięta rurka w rękę i szybki sniff. To co pod językiem trzymaliśmy każdy po 2-3 minuty, po czym przełknęliśmy i zapiliśmy sokiem. 

Przyszedł jeszcze czas na rytualną szlugę. Po wypaleniu postanowiliśmy powiesić zasłony, aby nie było widać to co będzie się działo w mieszkaniu... Tak na wszelki wypadek. 

Przypomniałem sobie, że muszę jeszcze zadzwonić do ojca i umówić się na dzień następny. Póki jeszcze MXE ledwo wchodziło, a 2c-p było na bodyloadzie postanowiłem wykonać telefon. Obyło się bez większych problemów.

22:00 Bania po MXE już jest. Robot Walk, dziwna ochota na taniec, ochota na rozkminy. Puszczamy sobie Hellsing Ultimate Abridged - tutaj dziwna sprawa, film jest parodią. Jest śmieszny, ironiczny... Bawił mnie, ale nie umiałem się śmiać. To utrzymało się prawie przez całą noc.

Do 23:30 2c-p zdążyło już się załadować, postanawiamy puścić zwykłego Hellsinga, który jednak szybko nas nudzi, ja zaczynam bawić się falującym obrazem i doznaniami wizualnymi tworzonymi przez półprzepuszczalną zasłonę za którą paliło się światło z werandy z naprzeciwka. H. Postanawia przywalić sobie jeszcze trochę 2c-p uznając, że tym razem to on chce sobie polecieć dalej. Byliśmy u niego w domu, co mnie to obchodziło? W razie czego są ludzie do ogarniania, nie będę miał przypału. Odsypałem z samarki na oko 5-7g, większość wsadził sobie pod jęzor H. część A. pozostałe okruszki w ilości około 1mg mokrym paluchem starłem i wsadziłem sobie do mordy ja, stwierdzając, że tak minimalna ilość i tak nic nie zmieni.

Około 1:30 puszczamy sobie kontynuację zaczetego na poprzednim tripie Dead Space: Downfall, czyli Epilog nazwany Dead Space: Aftermath. Ciężko skupić się na filmie, wszystko dookoła pływa, mindfuck potęgowany jest użyciem 5 różnych rodzajów grafiki i animacji w filmie. Po tym wszystkim postanawiam iść się położyć, mimo, że A. i H. koniecznie chcą jeszcze coś oglądać. Cały czas się śmieją i wariują, ja nie potrafię. Wiem co się dzieje, gdzie jestem i co robię, ale nie umiem mimo wszystko się ogarnąć. Ja mam grubo.  Nie potrafię na niczym się skupić, cały czas dociera do mnie, że jutro o 9 mam spotkanie, na 13 umówiłem sie z ojcem, że będę musiał prowadzić auto itp itd. a tu tymczasem taka zwała! To mnie straszliwie dołowało. Nie mając żadnych benzo, ani nawet browara czy melissy żeby choć troszkę się uśpić położyłem się na podłodze na kocu i zacząłem wpatrywać w sufit szukając doznań wizualnych. Po chwili znajomy przyniósł mi figurkę smoków z świecącą różnymi kolorami diodą i szklaną kulą z pęcherzykami powietrza, która hipnotyzowała mnie już wcześniej. Nie wiem jak, ale chwilę po tym zarówno H. jak i A. znaleźli się obok mnie, oczywiście w bezpiecznej odległości od siebie wpatrując się w sufit, na którym tańczyły kolorowe fale światła i cieni projektowane przez małe urządzonko i zmieniane dodatkowo przez 2c-p. To było dla mnie to. Uspokojenie.

Finał wieczoru. A. puścił muzykę stylizowaną na Indiańską, dość fajną do "medytacji", spokojną, łagodną, ze sporadycznymi wokalnymi wstawkami w nieznanym mi języku. Miałem już gdzieś, że była 3:30, a ja za 4 godziny miałem autobus powrotny do domu, że powinienem spać. To co działo się przed moimi oczami było zbyt porywające i piękne. Kolory rozlewały się na cały pokój, falowały, wirowały, czarne fragmenty żyrandola pojawiały się wszędzie i znikały, straciły się granice sufitu, ścian, rogów, plakatów i obrazów, wszystko było jednym wielkim falującym kolorem. W pewnym momencie przyszło mi na myśl zamknąć oczy i spróbować po podziwiać ewentualne CEVy, skoro OEVy były tak piękne. Niestety w tym czasie ich potęga jeszcze mnie przerosła. Wirujące fraktale, kwadraty i wszelkie inne figury geometryczne przytłoczyły mnie swoją mnogością, pod moimi powiekami dział się geometryczny multikolorowy chaos. Postanowiłem jeszcze raz skupić się na suficie i kolorkach. Kiedy spojrzałem na A. i H. oni również już się uspokoili i skupili na tym przepięknym seansie. Odkryli razem ze mną tą mnogą piękność barw. Wszyscy z uśmiechem na twarzach, poczuciem błogości podziwiali to co działo się przed oczami. Jedynie H. co jakiś czas wybuchał śmiechem co irytowało mnie i A. Po dwóch godzinach, około 5:00 było już dość jasno, kolory z projektora zaczynały się wytracać, zaczęliśmy bawić się wszystkim innym co mogło dać wizualizacje - ciekawym zjawiskiem było "rozszczepienie" ręki i wszelkich przedmiotów ruchomych. Każda rzecz która się ruszała wyglądała jak nałożenie na siebie klatek - podczas ruchu dłonią widziałem przez krótki czas 5 rąk na trasie ruchu mojej ręki. Cały pokój wciąż falował i wirował, jednak kiedy tego typu zabawa już mi się znudziła, czując zmęczenie postanowiłem spróbować znów zamknąć oczy - tym razem było mniej chaotycznie. Moim oczom ukazały się miliony samopodobnych obiektów, zwanych też fraktalami. Podziwiałem to przez chwilę, po czym wytrącił mnie z tego stanu H. który doszedł do wniosku, że chowamy kolorki i idziemy spać, a nóż nam się przyśnią. Pokiwałem tylko i mruknąłem niemrawo będąc już kurewsko zmęczonym i chcąc wrócić do tego pięknego świata. Przykryłem się kołdrą, odwróciłem na bok i zamknąłem oczy. To co tam zobaczyłem mnie przeraziło. Nie fraktale, a tysiące zdekapitowanych głów nekromorfów z Dead Space i ghouli z Hellsinga. Na całe szczęście byłem na tyle ogarnięty, żeby utrzymać oczy zamknięte i powiedzieć sobie - mam to gdzieś. Co mnie obchodzi, czy to fraktale, czy głowy zombiaków? Ja chcę spać. I w tym momencie wszystko znikło.

O 5:30 A. wstał aby coś zjeść, a H. z nudów i braku możliwości snu zaczął wiercić się i próbować wszystkich rozbawić wszelkimi głupawymi odpałami, tu próbując nam wkręcić, że jest Daedrycznym Księciem z uniwersum The Elder Scrolls, tu, że zaraz rozpłata A. mieczem, ogółem A. i H. zaczęli przekrzykiwać się różnymi wymyślnymi besztami i śmiać się do rozpuku niewiadomo z czego - głupawka niczym po MJ. Ja tępo gapiąc się we wschód słońca leżałem starając się ich ignorować. Świat wydawał mi się pusty, głupi i bez sensu, tripy są fajne, ale jak nie ma się żadnych obowiązków. Wiedziałem, że nie zasnę, że będę musiał odespać, a wizuale będą utrzymywać się jeszcze przez parę godzin - spotkanie z 9, ojca z 13 i wszystko inne trzeba było odwołać. Około 7:00 mając już dość towarzystwa A. i H. którzy wciąż mieli głupawkę ogarnąłem się lekko, spakowałem i poszedłem na autobus. W autobusie wciąż świat był na ostrym kontraście i saturacji, wszystko falowało i rozjeżdżało się, co przyprawiało mnie prawie że o napady śmiechu, gdyż starsze panie, którymi autobus o 7:30 w niedzielę jako jedynymi był wypełniony wydawały się komiecznie śmieszne, kiedy chodziły po autobusie ubrane dokładnie jak psychodeliczne uśmiechnięte, kolorowe i tańczące nekromorfy z poprzedniego tripu. Kiedy dotarłem do domu zjadłem owsiankę - moje ulubione danie na zjeździe - i położyłem się spać.

Oczywiście spotkania odwołałem czując olbrzymie wyrzuty sumienia. Kiedy położyłem się spać wciąż miałem masakrycznie dużo różnorakich CEVów, na początku fraktalno-geometrycznych kolorów, potem znów przerażających potworów, a potem... o zgrozo potwory stały się fraktalami. Ale było to śmieszne i przyjemne, kiedy bania ustała około godziny 10:00 zasnąłem bez większych problemów.

 

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media