Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

raport z metoksetaminowej przyjaźni

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
~100mg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
dobre nastawienie, samotny, acz przyjemny wieczór.
Doświadczenie:
THC, niespamiętane dopalacze, amfetamina, efedryna, pseudoefedryna, MeoPP, mefedron, benzydamina, dekstrometorfan, ketamina, metoksetamina, kodeina, lsd-25, 4-HO-MET

raport z metoksetaminowej przyjaźni

Samotna, przedświąteczna dysocjacja w akademickim pokoju – współlokatorka pojechała do domu, ja kolejny raz robię sobie prezent w postaci wewnętrznej podróży. Może to niedobrze…
Mój pierwszy raport opisywał pierwszą porządną podróż, jaką odbyłam na tej substancji. Napisałam go jakieś 2 miesiące temu. Od tej pory, zażyłam substancję jakieś dziesięć razy. Może przesadzam, tym bardziej, że już jestem umówiona na kolejną sesję z MXE – tym razem z najlepszą kumpelą.
Ale do rzeczy… będąc pod wpływem robiłam notatki. Chciałabym zachować je w takiej formie, w jakiej oryginalnie były napisane. Myślę, że to najbliżej, jak można zbliżyć się do tego, co osoba na metoksetaminie przeżywa. Mam nadzieję, że taka forma trip raportu zostanie zaakceptowana i, przede wszystkim, ciekawa. Poniższy tekst będzie żywcem przepisany z notatnika, z dopiskami, które pozwolę sobie teraz dodać (w kwadratowych nawiasach). Wybaczcie mi przekleństwa i dość chaotyczny tekst. Enjoy.

„20.12.11., 19:48 wtor.
Kur*a, za dużo trochę ostatnio, ale ch*j. Ostatnio na metoksetaminie w czwartek, teraz właśnie w ustach mi się topi 100mg. Tak, pierwszy raz doustnie. Zobaczymy. Podobno mocniej.
Jestem sama w akademiku. Pierwszy raz też będę sama podróżować. Shpongle już leci.
Ej, znieczula to trochę, kjerfa. Pewnie będę tu pisać jakieś rozmyślenia, o ile w ogóle. Powinnam może to już połknąć, bo tak gorzko…
Hihi, uwielbiam mistycyzm tego gówienka. Te podróże. Każdy powinien w życiu choć raz się tam wybrać.

20:00 [T+12] – połknięte. Vapour Rumours, mniam.

[wszechobecne rysunki kucyków, jaszczurek, dziwne wzorki.]

20:22 [T+34] nic szczególnego się nie dzieje.

20:35 [T+47] dobra, czuję.                                               
                                Dysocjację.                                               
                                      Przyjemną.
20:41 [T+53] myłam ręce. Są gumowe. Jaka ta przestrzeń jest w sam raz.
Można się w nią wgłębić.
Udając trzeźwą. Mogę udawać, że jestem trzeźwa. A tak naprawdę pływam w przestrzeni. Nie umiem zburzyć tego muru, który dzieli te dwa światy.
Ale czy jest sens w burzeniu go?
Przecież po to uciekam do nietrzeźwości, żeby sobie odpocząć od świata, wszystkiego, co realne.
Bo tu jest tak… ‘mojo’. Dobrze jest wziąć malutką ilość mety. Wspaniale jest wziąć ogromną ilość mety, tak jak parę dni temu. Meta zawsze czymś miłym cię zaskoczy, albo nawet nie. Połechta. Czuję się łechtana przez ten bardzo sympatyczny dysocjant.
Pismo ludzkie jest dziwne.
Zanuciłam coś do Shpongle, złamałam granicę. Wszystko gra i się przenika.
Drganie,
drganie.
Ej, no. Porobiona jestem.
Wszystko się rusza! Gumowość ciała, pływam. Nikt tu nie wie, że ja tu jestem sama dla siebie. Zćpana jestem, no! :D

20:55. [T+67] Ał, puściłam Dylana. To jest dziwne, harmonijka mnie rozwala.
Sztorm, czuję sztorm. Mam dwie prawe ręce. Ale to tylko dlatego, że oczy mi się nie zgrywają. Ale wystarczy zamknąć jedno i da się pisać. Kocham Dylana, no.
Przeleżałam blaszany dźwięk. 21:00. [T+72]
Czy my do czegoś dążymy? Co ja leżę? Dylan forever, pisanie... hehehehehee. Ej, urodziny.
Ja rosnę.
Będę stara. Forever Young Dylan.
Co to świat? Co to fonologia? Co to Szkocja? Co to Anglia? [proszę wybaczyć, zboczenie studenckie.]
Jestem w swoim świecie, muzyka. O co cho?

21:15. [T+87] Dylan, rozjebujesz system.
Żyję! Nie rozumiem pisma :D
English. Is much different. [kolejny odchył, sory. Do tego narysowany… rebus. Chyba.]

1:54. [T+366] Zeszło już prawie. [dziura w notatkach spowodowana intensywnością wrażeń doświadczanych w tym czasie :)]
Każda podróż wygląda podobnie, lecz każda jest unikatowa.
Czym jest MXE?
Poznajesz świat na nowo. Na poziomie, na którym nie ma czasu i emocji. MXE to ciepły stoicyzm. Wszystkie reguły, panujące w dotychczas znanym ci świecie, nie mają znaczenia, znikają, jak gdyby były tylko jakimiś bardzo odległymi, mętnymi, onirycznymi wspomnieniami.
Na pierwszy plan wysuwa się dążenie do poznania. Poznania siebie – chaosu, jaki w tobie drzemie i nawet nie wiesz, jak bardzo ten chaos jest ci potrzebny.
I to nie jest poznanie na poziomie ja – (twoje imię) – jestem tym, a tym, lubię to, a to…
To tak głębokie, że topisz się w samym sobie.
Nie wiesz, jak masz na imię, ba! Gdybyś przynajmniej wiedział co to w ogóle za pojęcie ‘słowo’.
Nie jest oczywistym, że masz usta, płuca i mięśnie, bo dopiero po jakimś czasie dociera do ciebie, że masz ciało i nie jesteś poligamicznym istnieniem. Z tym, że przecież czas i tak nie istnieje na tym poziomie.
MXE zabiera na te parę godzin wszystkie twoje wspomnienia, wszystkie zasady, które wpajano ci od małego, żebyś mógł funkcjonować na tym chorym, lecz pasjonującym świecie.
Zabiera ci ludzkie ciało, usuwa ego, twoją rodzinę, dom, marzenia i stawia twój nagi byt przed samym tobą. Tobą – boskim bytem. Jest to coś w rodzaju poznania Boga, który okazuje się być tobą, nieodłączną częścią wszelakiego istnienia. Żywy = boski.

Teraz też wiem, że śmierć to nic strasznego. Naturalnie jednak, boję się dalej.
Jakim dokładnie narkotykiem jest śmierć? Zawsze, przed każdą nową substancją, denerwuję się. Dlatego też boję się śmierci. Choć wiem, że to jest coś, czego bać się nie powinno, do czego sama się uciekam, testując na sobie różne substancje, osiągając różne stany świadomości (czy też nieświadomości).
Piszę o MXE w taki sposób, że brzmi sztywno i mrocznie. To tylko to, co udaje mi się wynieść z dysocjacyjnych lekcji. Wnioski.
Sama MXE to bardziej coś, co opisałam w moim poprzednim raporcie.
MXE to też, na pewnych poziomach, niezdarne czołganie się po pokoju i mówienie do współlokatorki: ‘jestem małym zwierzątkiem! Zaopiekuj się mną!’, przytulanie się do lodówki, śmiechawka i wspinaczka po ścianie. Myślenie, czy Bob Dylan przypadkiem nie śpiewa ci teraz do ucha na żywo, albo chęć wyjęcia basu z britpopowego utworu, bo ‘piosenka bez kręgosłupa musi brzmieć interesująco…’. Mój faworyt to pytanie ‘czy macie tu jakieś sześciany?’ kolegi poczęstowanego owym cudem.
Dzisiejsza podróż zakończyła się notatką chyba tylko dlatego, że była odbyta w całkowitej samotności, a nadmiar, może i oczywistych rozmyśleń, nie dawał spokoju, toteż ulżyłam sobie w pragnieniu.
2:32. [T+404]”

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media