Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

2,5 roku palenia - refleksja

detale

Natura:

raporty unknown

2,5 roku palenia - refleksja

Piszę, bo nie mam z kim o tym pogadać a ciąży to na mnie od jakiegoś czasu....czuję że jest to najlepsze miejsce.....to nie będzie typowy tripreport... chociaż są w nim również opisy paru faz... więc jeśli nie chce Ci się czytać mojej historii to po prostu ją pomiń....ale jeśli zdecydujesz się ją przeczytać to proszę nie bluzgaj na mnie w komentach...potrzebuję pomocy...




Wszystko zaczęło się gdy poszedłem do liceum...w zasadzie już w gimie zacząłem olewać trochę szkołę...bo w podstawówce miałem przeważnie same piątki(nie chwaląc się:) ale miałem jeszcze wtedy trochę oleju w głowie i wyciągnąłem w ostatniej klasie na świadectwo z paskiem...:P




Już od dłuższego czasu miałem ochotę spróbować czegoś nowego...paru moich znajomych w gimie jarało trawę....więc zaraz po wakacjach po zakończeniu gima skontaktowałem się z nimi i powiedziałem że chciałbym z nimi zajarać.... Pierwsza jazda była bardzo krótka....miałem 5 minut totaaaaalnej śmiechawy....o ile można to tak nazwać....bo w zasadzie mało się śmiałem.....za to czułem się nieźle zamotany i mięśnie twarzy były maksymalnie napięte wykrzywiając moją twarz w tak nienaturalny sposób...miałem niewyobrażalnego banana...nie mogłem rozluźnić mięsni...po 5 min trochę się wyluzowałem i poszliśmy pokręcić się po mieście...kumple zabrali mnie w miejsca gdzie oni często bywają na fazie...ja po prostu wszystko obserwowałem i mało mówiłem....spodziewałem się czegoś lepszego.... to nie był mój klimat....obskurne klatki wieżowców...i towarzystwo trochę z innej bajki niż ja..hardcorowcy.....to był pierwszy raz...punkt zwrotny w mym życiu...miałem wtedy 16 lat...




Potem było już fajniej....dużo fajniej....poznałem jednego gościa...miał fajny staffik (polak) który mi bardzo posmakował...czasem jarałem z nim w budzie...jazdy były bardzo...hmm.....wstrząsające....spojrzałem na szkołę oraz na swoich kolegów i koleżanki z klasy z zupełnie innej perspektywy.....pamiętam jak raz po jednym machu polaka który wyglądał jakby był namoczony w domestosie (seryjnie top był jakiś taki smiszny...pofalowany i płaski.. przypominał makaron..) poszedłem na lekcje...i miałem naprawdę ogromne szczęście … że gość był zajęty oddawaniem sprawdzianów.. wokół niego zebrała się grupka ludzi a ja sobie spokojnie fazowałem w ławce...to była naprawdę mocna faza... nie spodziewałem się takiej po jednym buchu...jedna koleżanka przypominała mi taką lalkę z loczkami i się z niej śmiałem jak tylko na nią popatrzyłem....gdy popatrzyłem na inną wydała mi się takim robotem...a gdy sobie to pomyślałem to ona zatrąbiła jak samochód (pi-bip) bo chciała żeby ktoś ją przepuścił...to tak znakomicie skomponowało się z moimi myślami....maszyna...nie mogła powiedzieć przepraszam czy cos w tym stylu?? Ludzie przecież umieją mówić !!maszyny nie...w szkole paliłem tylko kilka razy...przestałem po przygodzie z niemieckim....babka (najochydniejsze babsko jakie widziałem do tego ostra jak brzytwa ..a jaka złośliwa...jedyna jej zaleta to to że przy jej stylu pracy na pewno się czegoś można nauczyć...ale stres temu towarzyszący...brr....nieważne) nam zapowiedziała że będziemy spiewać na tej lekcji piosenki po niemiecku....ja przyniosłem tekst paru szlagierów m.in. „Alles aus Liebe” Die Toten Hosen bodajże...ona miała przynieść boombox’a......i zgadnij co się stało....oczywiście ze śpiewania nic nie wyszło a ta KUR** zaczęła bezczelnie pytać.....ja z niemca jestem cienki...a ona miała zwyczaj pytanego sadzać w pierwszej ławce naprzeciw siebie i patrzeć mu prosto w oczy...w dodatku podczas pytania stosowała zagrywki rodem z gestapo...atmosfera jak na przesłuchaniu...myślałem że dostane zawału gdy wybierała sobie kolejne ofiary...dzięki Bogu tym razem mi się upiekło...gdy mnie wzięła na pewno by zczaiła że jestem naćpany....a takto tylko motałem się w ławce i nic nie czaiłem co ona mówi...zastanawiałem się dlaczego ludzie nie mogą mówić w jednym języku...tak było by o wiele prościej...




Potem już nie jarałem w czasie lekcji...co innego na imprezach szkolnych...na każdej imprezie byłem zjarany...raz tak się ubabrałem z kumplem że wychowawczyni mnie wyczaiła...nagadało coś chyba mojej starej bo po ich spotkaniu mama zarekwirowała mi moją tabakę i powiedziała że zaniesie ją na policję bo to narkotyki...wyśmiałem ją...jakby znalazła grama który w tamtym czasie praktycznie zawsze miałem na stanie nie śmiałbym się...




Paliłem całą pierwszą klasę najmniej kilka razy w tygodniu....bywały ciągi że jarałem codziennie....głównie po szkole...i często w samotności.... jedynymi kompanami byli znajomi z gg.... wtedy właśnie gdzieś się zagubiłem.....przestałem kompletnie się uczyć....w ogóle mi się nie podobało w mojej szkole.. czułem że tam nie pasuję.. zjechałem kompletnie z ocenami...czułem się gorszy od innych...a kiedyś byłem takim dobrym uczniem......straciłem swój kierunek...ucieczką było jaranie.....krótkie chwile szczęścia dawały mi też imprezki na których zawsze dobrze się bawiłem (dziękuje wszystkim koleżankom ...naprawdę nie wiem co one mogą we mnie widzieć) ...w palenie wciągnąłem też kilku moich kumpli...z jednym w ogóle już się nie widuję...nasza przyjaźń rozpadła się w chwili gdy on zrezygnował ze wspólnego bakania... z drugim widuje się do dziś i nadal się kumplujemy ...ona dalej jara ....chociaż chyba się bardziej ogranicza niż wcześniej... trzeci mój przyjaciel przestał jarać.....nasza przyjaźń też przestała istnieć...teraz jesteśmy już tylko kolegami.....widujemy się w szkole ale jakoś mało ze sobą gadamy....jak to jest możliwe ??!! kiedyś byliśmy jak bracia........próbowałem też benzydaminy (jest tripreport na ng) totalne gówno...jeden z wielu moich życiowych błędów...............w drugiej klasie przepisałem się na inny profil.....złapałem wiatr w żagle....przynajmniej tak mi się wydawało bo byłem uspokojony...poprzedni kierunek okazał się złym wiec po prostu zacząłem od nowa...jak dzisiaj widzę idę do nikąd ale o tym później.... w drugiej klasie również dużo bakałem....ale już chyba trochę mniej...głównie dlatego że mój ulubiony polak zniknął z rynku a za skunem nie przepadam.....no nic...skołowałem ziarna polaka kumpel mi je wyhodował zjaraliśmy to na pół akurat na wakacjach.. zioło walało się wszędzie...przestałem jarać z fifki a nauczyłem się kręcić baty dzięki czemu mogłem też jarać na legalu w miejscach publicznych..np.na basenie...było cudownie....zawsze marzyłem o takich zielonych bakacjach.........chodziliśmy we dwóch nad rzekę na odludzie jaraliśmy zielsko piliśmy browary albo wino leżeliśmy godzinami i wkręcali się w ten tropikalny klimacik....J miłe wspomnienia....to chyba jedyne co mam.....




Teraz jestem w trzeciej klasie.....maturalnej..... czas no rozliczenie 3 lat w liceum.....Bilans jest smutny......poza miłymi wspomnieniami i kilku lat ogólnej wesołości, beztroskości i krótkotrwałego szczęścia trawa nie dała mi nic pozytywnego......za to dała mi kilka negatywów....po pierwsze pokazała mi jak życie pospolitego obywatela znienawidzonej przeze mnie polski(małą literą) jest nudne i bezsensowne.... odebrała mi chęć do życia.......może nie do końca....nadal chcę żyć ...jeszcze.....jeszcze nie jest najgorzej......ale strach mnie ogarnia...paniczny strach gdy wybiegnę myślami miesięcy naprzód.....na dzień dzisiejszy nie mam żadnego planu co będę robił po skończeniu LO.....chciałbym iść na jakieś studia ale na jakie?? Nie mam praktycznie żadnych zainteresowań poza narkotykami i zastanawianiem się nad istotą bytu...kiedyś codziennie siedziałem na hyperrealu i czytalem po pare godzin neuro, forum, komentarze i żyłem sobie w tym świecie....gdy musiałem go opuścić by iść do szkoły to na lekcjach robiłem sobie ze wszystkiego jaja czym zyskałem sobie ogólną sympatię ale co ona mi daje?? Co zyskałem?? Ile straciłem??




To chyba mnie najbardziej boli....to jest choroba nieuleczalna....poczucie braku sensu trwania w tym bezsensie jakim jest życie.....iść do pracy...zarobić na chleb...zjeść chleb....iść spać...rano to samo...wiadomo są jeszcze weekendy.....ale to dla mnie za mało....wiec z tego wynika że sensem życia jest życie....sztuka dla sztuki....żyć dla drugiej osoby?? Hmmm...... naprawdę bardzo bardzo chciałbym się zakochać....niestety to chyba nie jest mi pisane...poza tym już chyba przestałem wierzyć w miłość....wszystkie pary dookoła mnie rozpadają się ...a przecież tak gorąco deklarowały swoją miłość....małżeństwa??? w małżeństwie moich starych nie widzę żadnej miłości....w innych zresztą też nie...miłość to tylko chwilowa reakcja chemiczna...trwająca najdłużej w moim przypadku kilka pojedynczych chwil....godzin....dni....




Czy ja jestem już pieprzonym ćpunem?? W prawdzie w ciągu ostatnich kilku miesięcy paliłem może 2 razy i już mam zamiar więcej nie palić....i mogę żyć bez tego....oczywiście że mogę...ale to strasznie nudne życie...obdarte z emocji...nic mnie nie kręci....nie licząc alkoholu muzyki i paru fajnych lasek....zdaje sobie sprawę że moja ścieżka zmierza do nikąd...co ja mam właściwie zrobić???? Ktoś ma jakieś sensowne pomysły na życie (nie piszcie jedź na jamajke albo do holadnii...dla mnie to nierealne....) ?




Dla formalności: wszystko co tutaj opisałem jest tylko wytworem mojej bujnej wyobraźni...żadne z powyższych zdarzeń nie jest prawdziwe i nie miało miejsca..

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media