Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

wszechświat kul

wszechświat kul

Wiek w momencie doświadczenia: 12+(?)lat

Będzie to opis nie tylko efektu działania narkozy na mój małoletni wówczas mózg, ale przy okazji pewnego fenomenu zdarzającego się mi od dzieciństwa, jeszcze przed tym pierwszym zabiegiem chirurgicznym. Sam w sobie jest już niezwykły, a o tyle bardziej, że żaden ze znanych mi sposobów prócz narkozy go nie wywołał. Jeśli już się zdarza to spontanicznie nocą, o czym przy końcu, teraz skupie się na historii zabiegu, i tego czego doświadczyłem, czyli opisie samego fenomenu.

Ból pojawił w piątek późnym popołudniem, zaraz kiedy wróciłem od babci mieszkającej w pobliżu. Zdążyłem jeszcze wziąść kąpiel i się zaczęło. Przywykłem, pojawiał się już wcześniej od lat. Kłujący, nieprzyjemny choć znośny, umiejscowiony w prawej części podbrzusza. Zawsze tak szybko jak się pojawiał przechodził, ale nie tym razem. Rano dalej bolało, a ja robiłem się coraz bardziej osowiały i nie miałem apetytu. Zostałem w łóżku a jedynymi moimi posiłkami były jogurty zagryzane bułką, bo niczego innego nie tolerowałem. Ignorowałem sytuacje mimo że ból narastał aż stał się prawdziwie nieznośny. Nie pamiętam już czy była to jeszcze niedziela czy może już poniedziałek, gdy matka zaproponowała wezwanie pogotowia, a ja odmówiłem, aż w końcu nie mogąc już dłużej znosić bólu zgodziłem się. Wezwani do domu sanitariusze uciskając mój brzuch wysunęli podejżenie ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego.

Przez chwilę wierzyłem, że sytuacja zaraz będzie opanowana, dostanę jakieś leki i wrócę do domu. Wstąpiły we mnie siły, zapomniałem prawie o bólu, ochoczo się ubrałem i wraz z mamą zabraliśmy się z nimi. Jednak w szpitalu się dłużyło, leżałem, a ból wciąż się nasilał. Dowiedziałem się, że bez zabiegu się nie obejdzie, co mnie przeraziło, czemu nie mogłem protestować. I wtedy przeżyłem najgorsze katusze w życiu. Ból, już nie kłujący i zogniskowany, a palący i rozległy przekroczył wszelkie granice mojej wytrzymałości. Czułem jakbym miał w trzewiach stalową rozpaloną strunę biegnącą od podbrzusza przez pachwinę, krocze do genitaliów i jakby ktoś zaczął nią z całej siły szarpać. Próbując komukolwiek wyjaśnić jaki to był ból mówiłem, że gdybym miał czuć coś takiego chociaż przez dobę zabił bym się. Już nie oponowałam, a krzycząc na całe gardło błagałem, by wreszcie mnie operowali. Jakaś salowa czy inna pielęgniarka, uosobienie trosk o pacjentów kazała mi zamknąć się, bo przecież nie jestem tu sam. Skomląc przez łzy wciąż czekałem kiedy to się skończy, kiedy zaczną. Już po wszystkim dowiedziałem się, że wyrostek pękł, treść zalała jame brzuszną i wdało się zapalenie otrzewnej. Lekarze mieli trochę roboty z wyczyszczeniem mi wnętrzności. Dwie godziny zwłoki z pogotowiem i mogło mnie nie być.

Podano mi jakąś pigułkę, a może kilka, zapewne midazolam, osławiony "głupi jaś" na uspokojenie. Gdzieś wieziono leżącego. Pamiętam światła jarzeniówek przepływające nade mną. Coś wstrzykiwano wenflonem. Na twarz nałożono maskę podającą zapewne tlen i może gaz, podtlenek azotu? Zdążyłem jeszcze zażartować, żeby po wszystkim pokazali mi wyrostek w słoiku, na co lekarze żartobliwie przystali. Po pierwszym dużym zastrzyku anestezjolog zapytał czy coś czuję. Nie czułem nic specjalnego, na co skwitował, że oporny jestem. Po drugim nie minęły sekundy, a sala zaczęła "wirować", wzrok się rozpływał i nie wiem kiedy straciłem przytomność.

Jakaś łazienka, a może toaleta. Jasne, puste pomieszczenie wyłożone białymi kaflami. Gdzieś w środku unosi się mikroskopijna kulka, to ja się unoszę? Niewymowna cisza, błogość, spokój. Jak długo to trwa? Jakby bez końca, aż nagle pojawia się obawa, lęk o to co ma się wydarzyć, okazuje się że błogo było tylko przez mgnienie, i wtedy staje się najgorsze, burzy mój spokój, przerywa ciszę, jakby nagle wtargnął huragan, i teraz to dzieje się bez końca. Ta kulka, ja, nagle eksploduje rozmiarami, staje się wielkim ciężkim jak stalowe globiszczem wypełniającym całe pomieszczenie, napierającym na kafle, burzącym ściany. Okropne, tego nie da się ukryć! Nie można już z tym niczego zrobić! Co ja zrobiłem?

Ciemność, pusta bezkresna przestrzeń, a nawet nie ciemność, i nie przestrzeń, bo niczego tu nie ma, co można oglądać, dotykać, czuć, a po prostu tym się jest. Jestem mikroskopijną, nieważką kulką, punkcikiem zawieszonym w bezkresie. Niczego nie wiem o byciu człowiekiem, ani o niczym, poza tym co zachodzi. Wszystko jest w porządku, przychodzi przekaz, ukojenie i przebaczenie. To okropieństwo wyrządzone w łazience tutaj, wobec bezkresu traci na znaczeniu, tak jak mój ogrom i ciężar. Znów ta błogość, nieporuszona cisza, niezachwiany spokój. Tamto okropieństwo nie trwało nawet momencik, a to trwa i trwa, zawsze, bez końca. Gdzieś w niesłychanym oddaleniu od siebie wyczuwam inne takie jak ja nieważkie punkciki, jak ja pogrążone w ciszy i ukojeniu. Niektóre bliżej, inne dalej, ale przedzielone ode mnie i od siebie latami świetlnymi.

I wtedy znów to się staje. Uczucie jakby z głębokiego snu wyrwało wtargnięcie huraganowego wiatru oknem, jakby wielogodzinną kontemplacje najgłębszej ciszy przerwał bezustanny grom. Pojawia się okropny lęk o to co zachodzi, do czego doprowadzam, bo znów eksploduję rozmiarami. Nie można tego cofnąć, tak już to będzie, i nawet tego nie ukryję. Znów wiszę jako globiszcze o pozaskalowych wymiarach, niewyobrażalnym ciężarze, rozrastam się, i co najgorsze miażdżę przy tym napotykanych współbraci, te nieważkie punkciki, a przecież były tak ogromnie daleko. Tutaj panuje zgiełk i niepokój, ale tam ponad tym wciąż trwa niczego się niespodziewająca błoga cisza. Nie ukryje tego, ani nie powstrzymam. Zdawało się że spokój trwać będzie bez końca, tymczasem porządek został zburzony i nigdy nie da się tego naprawić.

Przekraczam już wszelkie skale, dziesiątkuję miliardy mikroskopijnych istnień, nie ma już dla mnie miejsca, nie zostało już skrawka przestrzeni i ciszy, nie mam gdzie się ukryć. I wtedy do zrozpaczonego mnie przychodzi gdzieś spoza tego wszystkiego ukojenie. Wszystko jest dobrze. Wspaniale.

Od matki dowiedziałem się, że będąc przewożony korytarzem krzyczałem coś do niej, klnąc o tym że rozjebałem łazienkę, że sypią się cegły. Po przebudzeniu w sali czułem się okropnie umysłowo i emocjonalnie. Wciąż pogrążony w mocnym nieogarze myliłem matkę i ludzi, płakałem gapiąc się od niechcenia w wieczorynkę, nie czułem się sobą, nie mogłem odnaleść w otoczeniu, ani pozbierać.

I na tym mógłbym zakończyć mój raport, gdyby nie to, że fenomen jaki nazwałem wtedy "wszechświatem kul" zdarzał mi się już dużo wcześniej, a i dzisiaj też czasem występuje, zawsze spontanicznie nocą, raz tylko przy okazji "medytacji" poczułem jakbym stanął u jego bram, nigdy pod wpływem żadnych używek jakie sobie aplikowałem. Narkoza zaś okazała się na tym polu skuteczna tylko ten jeden raz.

Zazwyczaj gdy występuje pojawia się też choć częściowa świadomość otoczenia, czasem towarzyszy mu sen, tak że te trzy stany nakładają się na siebie. Zdarzało mi się poruszać w tym stanie, nawet komunikować. Wyglądało to dość dziwnie, gdy wbiegłem do pokoju mamy, jeszcze nie spała, i z rozłożonymi ramionami, jakbym coś nad sobą niósł powiedziałem "Mamo, kula!", po czym jakby nigdy nic zawróciłem na pięcie i wróciłem do siebie. O ile dobrze pamiętam mama przygrywała wtedy sobie cicho na gitarze, i może to nie pozwalając mi zasnąć wywołało ten dziwny stan. Działy się inne dziwne rzeczy. Kiedy umysł absorbowały mega kule, poruszałem się po ciemnym pokoju nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, że kieruję szeregami małych istot, jak wojskiem maszerującym po wykładzinie. Innym razem przerzucałem się z boku na bok, a kule przybierały we śnie formy międzykontynentalnych rakiet i eksplozji termojądrowych. Czasem kule wisiały nad podwórkiem i miażdżyły bloki. Dzisiaj, kiedy to się pojawia, też jestem świadomy otoczenia, za to sny są dużo bardziej abstrakcyjne, jak jakieś mentalne czarnobiałe gruzowiska przemykające okiem umysłu. Za to sam stan, to uczucie skal, okropności i ukojenia nie zmieniają się.

Myślałem, że jestem z tym odosobnionym przypadkiem, nie bardzo umiałem o tym opowiadać, więc jak kogoś zapytać, do czasu aż mama opowiedziała mi swój sen, w którym stojąc na szczycie góry trzymała nad sobą ogromną kulę. Na forum hyperreala znaleźli się i inni którzy tego doświadczyli, wątek "małe, DUŻE" powinien tkwić gdzieś do dziś w dziale Filozofia.

Nie znalazłem za to nidzie w fachowej literaturze opisu który bez wątpliwości odpowiadał by temu fenomenowi.

Ocena: 

Odpowiedzi

Miałem coś wielce podobnego. Wprawdzie u mnie raczej nie pojawił się motyw kuli, ale sam stan, który tu opisałeś, jest mi więcej niż znajomy.

 

Mianowicie, w moim wczesnym dzieciństwie miałem serię nawiedzających mnie co jakiś czas dziwnych snów, w których wszystko się "zgniatało" i "zastygało". Postaram się to przedstawić jak najdokładniej:

 

Nie było w ogóle żadnej fabuły, logiki czy mnie. Nie miałem ciała, nie miałem świadomości czym jestem i dlaczego jestem. Można rzec, że myślałem tylko o tym, że JESTEM. Ale nie zglebilem się w to w ogóle, bo pewne elementy świadomości były wyłączone. I w owym śnie znajdowałem się w różnych miejscach, na przykład raz w swoim pokoju, innym razem w sklepie, innym razem na jakiejś łące.

 

Wszystko było w totalnym bezruchu, zastygnięte i martwe. Jednak, co najśmieszniejsze, czułem jak kazda rzecz z nieopisaną siłą się przyciąga i się i naciska na siebie. Nie ważne czy to było powietrze, kamienie, czy ludzie- wszystko było kurewsko gęste. Ja również byłem w tym zgniatany. Nie miałem formy, ale czułem bardzo nieprzyjemny wpływ przyciągania. Coś jakby wszechświat się zapadał w sobie, albo kurczył właśnie z postaci wielkiej kuli (bo tym chyba jest) do kropki. Czułem tych zgniatanych ludzi, ich złość i ból. A wszystkiemu towarzyszył straszny pisk i szum.

 

Gdy się z tego wybudzalem, byłem przerażony, co pewnie zrozumiałe. Wyobraźcie sobie jednak moje zdziwienie, kiedy to zaczęło się dziać na jawie! Bo pewnego razu uciekłwszy z tego zwariowanwgo zgniecionwgo snu, lezac jeszcze w lozku i widzac, że zbliża sie ranek, ujrzałem, że mój pokój mnie zgniata! Do tej pory pamiętam straszny pulsujący telewizor i odczucie, że szafa rośnie, a ja nie mam na noc wpływu, będąc jedynie zawieszonym w grawitacji i zdanym na zmiażdżenie ... Czymś.  Być może sen przeniósł się na jawę, albo było to tzw fałszywe przebudzenie. Nie wiem. Ale do miłych tamta chwila nie należała. Również, podobnie jak Ty, nie czułem czasu, jakby totalnie wszystko zastygało. Jakby świat umieszczał mnie w czarnej dziurze. Hmmmm.

 

Ostatni raz coś podobnego miałem z 5 lat temu, kiedy to śniło mi się zgniatanie, a "otoczeniem" była poduszka położona na czubku igły. Doświadczyłem nacisku i zapadania, nieco podobnego do tamtych dziecinnych pojebanych snów, ale i czułem się tą igłą i poduszką, które obserwowałem.

 

Więcej takich jazd nie miałem. I na szczęście nic z mojej skromnej listy sprobowanych substancji nie wyzwoliło nigdy nawet odrobinę podobnej "prasy hydraulicznej". 

 

A głupiego jasia i narkozę też przeszedłem. Jedyne co pamiętam to mocne rozluźnienie mięśni, stan derealizacji i deja vu połączone z nieogarem życia po pobudce. Tak więc operacja nie wyzwoliła tego, co wyzwoliła w Twoim przypadku. 

 

Nigdy nie zastanawiałem się jakie to może mieć znaczenie i skąd się wzięło. Teraz mnie zaciekawiłeś i zamierzam poczytać hyper.

 

Za ewentualne pozmieniane słowa wybaczcie, autokorekta w telefonie :) 

Cześć.

https://hyperreal.info/talk/topic31167.html

Dzięki za ten jakżesz szczegółowy komentarz. Właśnie takich opisów potrzeba. Wydaje się to unikatowym doświadczeniem do czasu aż o tym nie wspomnieć, wtedy okazuje się powszechniejsze chyba bardzieś niż takie LD czy katapleksja.

Ludziska raportują, że najczęściej towarzyszy to przy gorączce. Ja miałem tak może raz, ale zastanawia mnie, czy wtedy przy zabiegu przyczyną nie mogła być tyle narkoza, co wdające się zapalenie otrzewnej.

Poduszka i igła, to właśnie ten piorunujący kontrast, zdawało by się nie do pogodzenia. Przytłaczający.

W linku stosowny temat na forum.

..jeśli chodzi o kwestie spontanicznych zmian świadomości.
Pytanie do autora(lub osób z czymś równie podobnym) masz jakieś mocno uwypuklone fobie?
Sam przez większą część życia zrzucałem to na megalofobie, z braku jakichkolwiek innych odniesień.

Takie stany w mojej perspektywie również pojawiają się w różnych momentach - nawet zdarzyło się to podczas snu i nie wybudziło mnie (totalnie wykluczam tu możliwość snu, bo stan tego był naprawdę odmienny) - zawieszenie - JESTEM.  Mogę normalnie rozglądać się po pokoju w którym śpie, w łóżku widzę siebie strasznie umęczonego jakby od niewiarygodnego wysiłku, moje ciało obraca się na drugi bok, jestem w stanie to wyczuć, ale nie na sobie.  Po prostu czuję gdzieś tam w przestrzeni moje układające się na łóżku ciało.

Zaczynają się uciski, coś jak ból pomiędzy sercem, a umysłem. Jakby zaprzeczenie dobra całego istnienia.
Delikatnie spoglądam na dziwne kule, które mimo swoich olbrzymich rozmiarów mieszczą się w pokoju i spadają na niego z nieba. Jak tetris, bardzo dopasowanie; pomimo faktu, że są olbrzymie, różno-kształtne. Ich lot jest bolesny bardziej od lądowania.
To  jest chyba w tym najgorsze , bo pomimo ich rozmarów i wielkiego ciężaru - wydają się lekkie jak puch; ale ich prędkość wygląda jakby delikatnie dryfowały, a nie spadały.
To naprawdę trudne do opisania, lecz jeśli wyobrazić sobie spadającą kulę i w tej kuli kolejną taką - tylko, że pustą - i to ciężar w tej mniejszej jest zdecydowanie płynniejszy/niestały. Zmienny i płynny jak fala, to dobre określenie.  Cholernie przerażająca zmienność i siła.

Jaki w tym wszystkim sens? 

Jaki nie wiadomo, i dlatego nie warto żadnego dorabiać.

Fobie i megalomania, tak, ale względnie od niedawna, nie towarzyszyły mi od zawsze, a "wszechświat kul" niemalże tak.

Badacze spektrum jaźni, jak Ken Wilber, inspirowani różnymi praktykami wyróżniają prócz jawy i snu jeszcze sen głęboki, bez snów, co pokrywa się z oficjalną wiedzą. Czy to ma jakiś związek, ciężko stwierdzić.

Ja pierdykam, 25 lat życia w niewiedzy, że Ktoś jeszcze... Chociaż, ja nigdy nikomu o tym nie wspominałem, może to błąd. Cieszę się jednak, że nie jestem sam. Mam coś bardzo bardzo podobnego. W dziecińśtwie na pewno zdażało się częściej i to bez względu na stan zdrowia. Teraz zdaża się raz na rok może nawet żadziej. Taka dziwna świadomość (chyba tylko we śnie ale mogę się mylić), bycia w ciemnej pustce w obliczu gigantycznych figur (kul?!), odczuwania ich rozmiarów oraz ciężaru. Fascynujące, że to się nam zdarza. Są na to jakieś badania? Ktoś wie coś więcej?

Na jakimś forum komputerowym czy o grach ktoś również opisał ten stan i pytał co to jest, ktoś inny zażartował, że to pewnie kompleks Guliwera. Kompleksu nie ma, jest za to zespół Alicji w krainie czarów, o czym już ktoś wspominał w wątku na hajpie. I myśle że warto by się temu jeszcze przyjżeć.

Zespoł Alicji:

https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Zespół_Alicji_w_Krainie_Czarów

Jak dla mnie to nic innego jak omamy gorączkowe. W sumie bardzo często miałem tak jak byłem mały. Teraz to już rzadkość.

Na necie kiedyś i tym czytałem. Dorośli tak często tego nie doświadczają stąd mało informacji o tym "ogromie". Ale przeszukujac neta spokojnie można takie info znaleźć. ;)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media