Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

zaczarowana marmolada

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Pół dawki suszonych grzybów psylocybinowych (waga i gatunek nieznane)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Festiwal Psytrance-owy w Bieszczadach. Pozytywne, festiwalowe nastawienie. Byłem pewny, że otoczenie jest bezpieczne i w razie złych doświadczeń mogę liczyć na pomoc mojego towarzysza, tripsitterów albo innych festiwalowiczów
Wiek:
27 lat
Doświadczenie:
W przeszłości 1 raz DXM, 2 razy LSD, okazjonalnie THC.

zaczarowana marmolada

Drugiego  dnia  festiwalu,  około  północy  spożyliśmy  z  towarzyszem  po  połowie  dawki suszonych  grzybów  psylocybinowych.  Pałaszowaliśmy  je  w  namiocie  na  chlebie  z  powidłem,  nie spodziewając  się  specjalnych  fajerwerków.  Grzyby  miały  podobno  działać  bardzo  słabo.

  Zaraz  po zjedzeniu  spakowaliśmy się i  poszliśmy  na  szczyt  wzgórza  na,  trwający  w  najlepsze  od  dwóch  dni, festiwal. Skierowaliśmy się w stronę leśnych ścieżek, które biegły między scenami i wypatrywaliśmy pierwszych grzybowych efektów. 

 Po około 40 minutach coś zaczęło się dziać.

Początek był niewinny, na granicy złudzenia. W różnych  miejscach  na  terenie  imprezy  wisiały  na  gałęziach  świecące,  kolorowe  kule,  zbudowane  z plastikowych zwojów. Kiedy spojrzałem na jedną z nich zobaczyłem, że nie tylko zmienia kolory, ale i kształty. Być może po prostu obracała się na wietrze, ale dla mnie był to pierwszy zwiastun tego, co miało  nadejść.  Później  na  końcu  jednej  ze  ścieżek  w  lesie  zobaczyłem  trójkąt  z  gałęzi.  Niby  nic, wystające nad drogę konary, ale wyraźnie formowały trzy foremne boki w wyjątkowo nienaturalny sposób.  Pomyślałem  sobie,  że  właśnie  wyłapałem  figurę  geometryczną  z  poplątanego  kosmosu drzew.

Oho! Zaczyna się! 

Substancja zadomowiła się na dobre w mojej głowie pod jednym z namiotów z jedzeniem, gdzie  dołączyliśmy  do  naszych  znajomych.  Usiedliśmy  obok  nich  na  perskich  dywanach. Rozmawialiśmy  i  paliliśmy.  Nagle  poczułem,  że  nie  bardzo  jestem  zainteresowany  rozmową,  a bardziej tym, co widzę dookoła. Mój wzrok przyciągała draperia na dywanie albo rozkład źdźbeł trawy  na  ziemi.  Szczególnie  interesujący  był  dym,  który  cały  czas  ktoś  wydychał  albo  ulatywał  leniwie  z jakiegoś  skręta.  Jego  nieuchwytne  kształty  wydawały  mi  się  cudownie  zaprojektowane,  chociaż nietrwałe.

Zamknąłem  oczy.  Natychmiast  pojawiły  się  bajecznie  kolorowe,  płaskie  draperie  w geometrycznym stylu. Zmieniały swoje kształty i kolory w rytm powolnej muzyki pod namiotem. Po chwili zaczęły przechodzić w trzeci wymiar, formując bryły geometryczne. Najpierw były to zaledwie płaskorzeźby,  potem  oderwały  się  od  niej  będąc  już pełnymi  obiektami  o  trzech  wymiarach,  które obracały się przed moimi oczami. Bryły przeobrażały się w skomplikowany sposób, który jednak nie sprawiał  wrażenia  przypadkowości.  Z  boków  mojego  pola  widzenia  strzelały  czerwone,  cieniutkie niteczki,  promienie  lasera,  które  formowały,  rozcinały  i  rzeźbiły  te  dziwne  kształty.  Jak  już wspomniałem  nie  wydawały  się  w  żadnym  razie  przypadkowe.  Miałem  dziwne  wrażenie  jakby coś/ktoś przygotowywał dla mnie te przedmioty. Coś formowało dla mnie jakiś psychodeliczny, fraktalny obiekt i zamykając oczy mogłem być świadkiem jego tworzenia.

Od razu przyszło mi na myśl, co o doświadczeniu z grzybami i DMT mówił Terence Mckenna. Mechaniczne elfy z jego przygód również produkowały  dziwne  „prezenty”  specjalnie  dla  niego.  Pomyślałem,  że  może  nie  zjadłem wystarczająco dużo grzybów, aby zobaczyć tyle co on (samych producentów), ale elfy zza kulis i tak majstrują dla mnie swoje filigranowe wynalazki. Bardzo wyraźnie odczuwałem atmosferę produkcji, wytwórstwa, jakiegoś rzemieślniczego wysiłku a z drugiej strony teatralnego przedstawienia.

Widoki za zamkniętymi oczami było cudowne, jakby w jakości HD z idealnymi proporcjami formy i balansem kolorów. Nie mogłem jednak cały czas podziwiać tych obrazów.  Co jakiś czas otwierałem oczy, aby sprawdzić co dzieje się z moimi towarzyszami i omówić jakie są dalsze plany na tę noc. Pod względem fizjologicznym czułem się dobrze z lekkimi dolegliwościami pochodzącymi z  brzucha i z kręgosłupa. Szybko  jednak  nauczyłem  się  je  ignorować,  wiedząc  że  każdy  nawet  najmniejszy  dyskomfort  ciała mogę teraz odczuwać mocniej, ale w gruncie rzeczy nic nie może mi się stać.  

 Kulminacja  doświadczenia  nastąpiła  w  Kanionie  Zen,  scenie  na  obrzeżu  festiwalu  o najdziwniejszej i najbardziej powolnej muzyce, która pląsała leniwie pomiędzy gęstym lasem. Kiedy weszliśmy do kanionu z głośników rozbrzmiewały psybientowo zmiksowane ikaros a za konsolą Dj-a stał  nie  kto  inny,  ale  facet  z  uszami  elfa.  Kanion  był  cudownie  udekorowany,  fosforyzującymi rozgwiazdami na gałęziach i jasnymi mackami zwisającymi z drzew. Na środku siedział medytujący wiklinowy ludek. Scena opadała w dół i kończyła się barierką z drewna za którą było urwisko. Nad nią na wysokie drzewa rzutowane były światła, tworząc efekt pełzającego w ciemności lasu. Usiadłem w pół-lotosie  i  zagłębiłem  się  w  muzykę.  Porwały  mnie  cudowne  psybientowe  mixy  z  elementami etnicznymi czy wręcz szamańskimi.

Zagłębiłem się w muzykę i w wizje pod moimi oczami. Dosłownie wrosłem w ziemię, czując w niej idealne oparcie. Podczas gdy jeden elf serwował muzykę  inne elfy, których już nie mogłem zobaczyć zajęły się moim polem widzenia. Patrzyłem jak kolorowe bryły pod oczami formują się teraz bardzo wyraźnie od razu w trzech albo i czterech wymiarach. Były to wiry i teserakty, niebieskie i fioletowe, czerwone spirale i szafirowe diamenty, bryły których jeszcze nikt nie nazwał.  Pojawiały się bardzo wyraźne, neonowe i soczyste, a jednocześnie nieuchwytne, cały czas w procesie  przeobrażania.  Zacząłem  ruszać  się  w  rytm  hipnotycznych  kobiecych  wokali,  kiedy odkryłem, że wpływam na te dziwne metamorfozy. Otóż ruszając rękami mogę kontrolować proces produkcji!

Zacząłem wykonywać coraz bardziej skomplikowane ruchy rękami do rytmu, przecinając piłując i wiercąc magiczne fraktalne diamenty przed moimi oczami. Dzieliłem, łączyłem, spłaszczałem, kroiłem,  scalałem,  szlifowałem  i  toczyłem  to,  czego  Euklides  z  pewnością  nie  umiałby  sobie wyobrazić. Wpadłem w trans tworzenia czegoś ulotnego jak dym, którym zachwycałem się wcześniej. Sceneria tej mojej prywatnej fabryki zmieniała się pod wpływem muzyki i świateł z zewnątrz. Kiedy na przykład założyłem na oczy okulary z lightsticków sceneria pod oczami zmieniła się na jaskrawożółtą. Ja  natomiast  dalej  kiwałem  się  i  wysilałem  swoje  dłonie  i  palce  w  cudownym  akcie  tworzenia niewidzialnych obiektów. 

   Z zewnątrz musiało to wyglądać jakbym bardzo dziwnie tańczył. 

 

 Kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem, że las ożył. Wizje przeniosły się przez otwarte oczy na świat  zewnętrzny.  Otoczenie  pulsowało  lekko  w  rytm  muzyki  albo  wiło  się  w  jej  ton.  Wszystkie psychodeliczne dekoracje Zen Kanionu nabrały sensu. Nie były już tylko dekoracją do przyrody ale czymś  z  nią  ściśle  zintegrowanym.  Znikła  ich  sztuczność.  Dekoracje  zmieniły  się  w  nieodłączne elementy tego magicznego zagajnika, tak samo organicznie z nim związane jak drzewa, krzewy czy niebo nad naszymi głowami. Ze sceny na ekran z drzew rzutowane były światła, formując pełzający prostokąt z gałęzi. Wyglądał jak wyjęty z filmu Blueberry, wijący się indiański ornament ruszający się w ten charakterystyczny grzybowy sposób.

W pewnym momencie mój towarzysz zwrócił moją uwagę na drzewa rosnące tuż nad nami. Zobaczyłem rozpościerające się pod niebem kopuły z ich gałęzi. Ich liście rosły i wiły się na moich oczach, a ja odczuwałem emanujący z nich spokój, jakby opiekowały się mną  i  otulały  swoim  ciepłem.  Poczułem,  jak  drzewa  czuwają  nade  mną,  kiedy  siedzę  pod  ich koronami  osłonięty  od  wszelkiego  niebezpieczeństwa  błogo  osadzony  i  medytujący  ponad  ich korzeniami, które gdzieś tam wiją się pod ziemią. Byłem wyjątkowo spokojny mimo, że obok mnie było sporo ludzi, co powinno wywołać spory dyskomfort. Miałem jednak pewność, że wszyscy zebrali się  tutaj  w  tym  samym  celu  i  w  podobnym  stanie  umysłu.  Rozumiemy  się  wzajemnie  jako  jedno wielkie psychodeliczne plemię. 

Nagle spojrzałem prosto przed siebie na wiklinowego olbrzyma na środku sceny i oniemiałem z wrażenia. Każdy pojedynczy patyk, z którego był zbudowany, poruszał się w górę jednostajnie, a wszystkie na raz ruszały się jak połączone ze sobą koryta rzek, które nie mogą się zmieszać. Poruszały się  jak  woda:  spokojnie,  jednostajnie  i  metodycznie  (z  tą  różnicą  że  do  góry).  Do  tego  niektóre zdawały  się  być  wypukłe,  poza  główną  bryłą  ludzika,  jakby  były  plecione  w  powietrzu  za  pomocą niewidzialnych włókien. Poruszały się dookoła niego, orbitując po osi pionowej jego ciała. Niektóre włókna były brązowe inne zielone jak pień drzewa porośnięty mchem.

Nie wiem do czego porównać ten widok. Kojarzył mi się z jakimś starożytnym leśnym bóstwem z jednego z filmów studia Ghibli. Był to  jakiś  drewniany  duch  lasu  utrzymywany  w  swojej  formie  przez  niewidzialną  energię  przyrody. Sakralne  wrażenie  potęgowała  jego  poza:  kwiat  lotosu  z  rozłożonymi  ramionami  oraz  ogromne rozmiary (siedząc był trochę wyższy od stojącego człowieka). Ta wizja była jedną z najpiękniejszych tej nocy.  

Po  jakimś  czasie  wyszliśmy  z  kanionu  spróbować  czegoś  nowego.  Droga  w  ciemności  była mało widoczna, a wszystkie neonowe światła miały dla mnie w tym stanie o wiele jaśniejszą barwę, pełną kolorowych powidoków. Wewnątrz jednej z atrakcji festiwalu - Forest of Shadows - znajdowały się najróżniejsze atrakcje i świecące zabawki. Znowu wyglądały lepiej, bardziej naturalnie. Lekko się poruszały  albo  pulsowały  jeśli  chciałem  się  na  nich  skupić.  Na  chwilę  weszliśmy  do  jednego  z namiotów  z  szybszą  muzyką  zwanego  sceną  chill.  Muzyka  wydawała  się  o  wiele  głębsza, natychmiastowo wciągała w swój transowy klimat. Dudniące basy od razu zaczęły mnie otulać swoim ciepłem,  można  było  prawie  wejść  w  ich  przestrzeń.  To  jak  zmieniła  się  muzyka  z  pewnością najtrudniej opisać.

Po chwili tańczenia poczuliśmy się trochę zmęczeni, więc poszliśmy do jednego z food trucków na orzeźwiające, owocowe smoothie. Było przepyszne, co niemal wyśpiewałem trochę już zmęczonej, ale sympatycznej sprzedawczyni. Efekt grzybów był już wtedy o wiele mniej wyraźny, chociaż  utrzymywała  się  specyficzna  euforia.  Mimo  to  pod  zamkniętymi  oczami  dalej  widziałem filigranowe konstrukcje, pulsujące neonowo. Siedziałem więc na leżaku i popijając napój zamknąłem oczy. 

 Po dłuższej chwili leżenia skierowaliśmy się w stronę namiotu. Byłem już dość zmęczony co spowodowało  dość  negatywne  przemyślenia  odnośnie  całej  imprezy.  Chciałem,  żeby  psytrance  z głównej sceny, szybki i dynamiczny (wtedy wydawał mi się niemal agresywny) przestał grać chociaż na  chwilę,  kiedy  będę  chciał  się  przespać.  Wiedziałem  jednak,  że  tak  się  nie  stanie  i  położę  się kołysany  przez  miarowe  dudnienie  przenoszone  przez  grunt  kierowane  prosto  do  moich  uszu leżących  na  cieniutkiej  karimacie.  Zrobiło  mi  się  smutno,  gdyż  pragnąłem  trochę  ciszy  i  spokoju. 

Wszystko  to  wywołało  lawinę  negatywnych  myśli.  Chciałem  być  w  prawdziwej  przyrodzie,  a  nie ozdabiać ją świecidełkami i plastikowymi gadżetami, żeby była fajniejsza. Chciałem harmonizować się  z  naturą,  a  nie  zadeptywać  ją  tysiącem  ludzkich  stóp,  które  już  od  trzech  dni  wgniatają  to przepiękne wzgórze w ziemię w rytm elektronicznego hałasu. Chciałem zobaczyć jakieś zwierzęta, ale wszystkie dawno pouciekały, albo drżą w strachu w swoich norkach, nie wiedząc co się dzieje.

Tylko ćmy były szczęśliwe, naćpane światłem, tripujące jak my. 

 

Kiedy doszliśmy do naszego schronienia bez problemów ogarnęliśmy się i położyliśmy spać. Poczułem, że bardzo mocno zapadam się w posłanie, zupełnie jakbym był na bardzo miękkim łóżku. Czułem się wygodnie jak nigdy przedtem i później w namiocie. Zacząłem zagłębiać się w wizje, które dalej pląsały pod zamkniętymi oczami. Czasem były piękne, jak wcześniej, ale czasem tandetne, jak collage z kolorowej gazety. Były jakby intencjonalnie niedopasowane i kiczowate. Mimo to usnąłem w błogostanie zupełnie jakbym spał na łóżku. 

Obudziłem się rano rześki i wypoczęty. Negatywne odczucia zniknęły. Nie można powiedzieć, że były bez sensu. Była w nich jakaś grzybowa (a może po prostu zwyczajna) mądrość. Ale z drugiej strony  z  perspektywy  całego  festiwalu  muszę  powiedzieć,  że  moje  obawy  były  głównie  projekcją zmęczenia. Trawa na wzgórzu odrośnie, zwierzęta wrócą do swoich siedlisk, wszystko zacznie toczyć się  dalej.  Jednak  u  ludzi  takich  jak  ja  zostaną  piękne  wspomnienia  po  tych  dziwnych  misteriach pełnych kolorowych ludzi. To był karnawał w prawdziwym tego słowa znaczeniu, a może tak właśnie wyglądało Elleusis tyle że bez prądu?  Tak czy siak na trzeźwo uznałem, że było warto być  częścią  tego festiwalu, kiedy psychodeliczne plemię zebrało się na tę bardzo krótką chwilę i przewróciło świat do góry nogami na te kilka letnich nocy.  

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media