Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

noc pełza kolorowo

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
2,5 kartonika bardzo starego LSD, lub substancji o zbliżonym działaniu.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Otoczenie stanowi stuletnia drewniana chata obok lasu w niewielkiej wsi. Drewno, dziury po kornikach i wspinające się po ścianach pająki. Za oknem noc z pełnią księżyca. Nastawienie na brak działanie substancji i zwyczajną spokojną noc...
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
Jeden raz LSD, THC sporadycznie

noc pełza kolorowo

Około 23 po przeżuciu kartoników, ułożyliśmy się do łóżek i czekaliśmy, aż zacznie się seans, lub okaże że substancja wywietrzała. Rozpoczęło się od delikatnych skurczy mięśni. Były to jakby spięcia, które zacząłem interpretować z tym że może mi być zimno, z tą różnicą że nie czułem w ogóle chłodu. Czułem tylko, jak niektóre mięśnie mojego ciała spinają się, a serce zaczyna bić szybciej. Wkrótce pojawiły się pierwsze symptomy, które sugerowały że substancji było dość daleko od wywietrzenia… 

Sfera wizualności zaczęła się zmieniać, a ja odczuwałem coraz większą ekscytację. Na początku stara ściana pokryta wiekowym tynkiem, zaczęła wyglądać dziwnie. Jej naturalne nierówności i wybrzuszenia zaczęły układać się w jakiś dziwaczny wzór, który delikatnie pulsował. Zaraz potem zauważyłem, że to samo dzieje się z belkami stropu. Ich struktura drewnianych słojów zaczęła jakby pływać i lekko świecić na blado-czerwony kolor, mimo że była biała. Zaraz potem zauważyłem, że to samo działo się z białą kołdrą w niebieskie wzorki, którą byłem przykryty. Ruszała się jakby zrobiona była z lekko wzburzonej cieczy. Wywołało to we mnie ogromną ekscytację. Czułem nadciągającą przygodę, a więc coś pozytywnego z lekką nutą niepewności. Był to emocjonalny ton całego doświadczenia, a więc poczucie radości i ekscytacji z jednoczesnym przeczuciem czegoś groźnego, może nawet niebezpiecznego. Ton ten utrzymywał się przez cały czas, sprawiając że byłem na przemian podekscytowany, przestraszony, szczęśliwy i zdumiony. Wszystkiemu temu towarzyszyła muzyka, którą puściliśmy aby wzmocniła nasze doświadczenia, które spodziewaliśmy się, że będą słabe z racji wieku substancji. Czułem, że moje receptory zmysłowe odbierają wszystkie nawet najsłabsze sygnały i to w bardzo dziwny sposób. Czułem, że widzę, słyszę i czuję wszystko, nawet najdrobniejszy szmer, ruch i dźwięk, do tego rozciągnięty w czasie i ukazujący swój ukryty, mikroskopowy wymiar.

Shpongle nie był dla nas nigdy zespołem, którego nie da się słuchać na trzeźwo, wręcz przeciwnie. Okazało się natomiast że w tym stanie muzyka ta brzmiała bardziej niż osobliwie. Brzmiała jak stworzona z czegoś innego niż zwykła muzyka. Bezwiednie zagłębiałem się w każdy dźwięk, który rozciągał się w moich uszach, deformując się, nie pozwalając do końca stwierdzić czy znam ten utwór i w którym jego miejscu jestem. Wydawało mi się, że ta muzyka została napisana w jakimś mikro-czasie, że ma w sobie o wiele więcej dźwięków, które tylko w tym stanie można usłyszeć. Zamykałem oczy zachwycając się pojawiającymi się pod moimi oczyma wizjami. Były one zespolone z muzyką tworząc najróżniejsze kształty, obiekty i żywe istoty. Zawsze jednak miały organiczny kształt. Czasem widziałem grzyby rozciągające się i wijące przed moimi oczami, czasem fioletowe i niebieskie rozgwiazdy, czasem kolorowe niezidentyfikowane obiekty, rozbłyskujące, wijące się i oddychające we wszystkich kierunkach. Były albo bardzo piękne i realistyczne albo wyjątkowo tandetne, jakby zrobione w starym programie graficznym. Czasem musiałem otworzyć oczy, aby skupić się z kolei na zewnętrzu, na tym żyjącym pokoju, w którym trwał organiczny festyn. Wszystko wydawało się żyć, ruszać się, pełzać kolorami. Nie były to fraktale, a jeśli były to nie geometryczne. Wszystko miało gładkie, gąbczaste krawędzie i strukturę żywej tkanki lub materii. Kiedy patrzyłem na coś zupełnie czarnego, widziałem kręcące się powidoki kolorowych spiral we wszystkich kolorach tęczy. Wszystko sprawiało wrażenie karnawału z otoczeniem w roli głównej. Materia tańczyła, a dziury po kornikach poruszały się, tak że myślałem że są to małe robaczki, albo kapelusiki grzybów, robiące coś bardzo zabawnego.

Wkrótce zdałem sobie sprawę, że muzyka oddziałuje na wszystkie moje zmysły, powodując coś, co nazwałbym synestezją. Widziałem dźwięki dochodzące z głośników, które nagle ukazywały mi się jakby były koło mojej głowy, fizycznie mnie dotykając. Miałem wrażenie, że na przykład to co słyszę, dochodzące z lewej strony z głośnika, dotyka mnie z prawej obok szyi. Granice między poszczególnymi zmysłami były nieostre, a same zmysły wyostrzone tak, że czułem się jak membrana wrażliwa na każdy nawet najmniejszy ruch. Kiedy zamykałem oczy czułem dotyk dźwięków na całym ciele. Mogłem również zobaczyć pod zamkniętymi oczami swój oddech, kiedy wciągałem bardzo głęboko powietrze aby się uspokoić. Było jakby falą złoto-białych drobinek, wchodzących we mnie i napełniających energią. Często rozmawialiśmy z moim towarzyszem, albo śmialiśmy się głośno. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym rozumiejąc się w lot. Czasem czułem się zagubiony, albo że coś zaczyna być straszne, albo że muzyka jest niepokojąca. Mówił mi wtedy, że to jak interpretuję dany bodziec, zależy tylko ode mnie. Szybko nauczyłem się dostrzegać, że ten sam dźwięk może być dla mnie jednocześnie dowolnie interpretowany. Pomogło mi to nie wpaść nigdy w dłużej trwające, negatywne doświadczenie.

W pewnej chwili zdecydowaliśmy się wyjść na dwór. Do drzwi wyjściowych prowadziła przechodnia kuchnia, do której musieliśmy wyjść otwierając drzwi. Czułem się jakbym wychodził ze statku kosmicznego w przestrzeń międzygwiezdną. Najpierw opuszczając łóżko, potem pokój, potem dom. Wyszliśmy na pole w objęcia prawdziwie zaczarowanej nocy. Niebo świeciło jasno księżycem a czarne cienie roślin wiły się osaczając mnie. Czułem namacalną obecność przyrody i że w porównaniu z tym co teraz przeżywam, każde mówienie o przybliżaniu się do niej to nędzna namiastka tego, czym jest jej doświadczenie. Czułem ją… czułem jak każde zmysły atakowane są przez wicie, świstanie, ćwierkanie, szum roślin i grę koników polnych. Widziałem pełzający szum drzew i dziwnie przestrzenne gwiazdy na niebie, które mieniło się we wszystkich kolorach. Dodawaliśmy sobie nawzajem otuchy, a właściwie mnie była dodawana, bo mój towarzysz chyba wcale się nie bał. Siedzieliśmy przed domkiem w nocy na rozkładanych ogrodowych krzesłach z nogami w plastikowej kuwecie, chroniącej przed rosą i trzymając się za ręce podziwialiśmy gwiazdy. Sam koncept tego zdarzenia przyprawiał nas potem o śmiech do łez. Wtedy jednak czułem lekki strach na przemian z poczuciem ekscytacji i zachwytem. Odgłosy były wszędzie, zdawały się pełzać po mnie niczym owady. Czułem, że jest to jakieś głębokie doświadczenie przyrody, która nie jest miłą mamą, ale czymś przed czym należy czuć respekt. Nie da się jej doświadczyć pełniej, niż w ten sposób, czułem jednak że przerasta mnie to i chcę wrócić do domu.

Wróciliśmy i puściliśmy coś zupełnie innego na naszej maszynie grającej. Słuchaliśmy przygotowanej do floatingu ścieżki zawierającej odgłosy wody i śpiew wielorybów. Odgłosy fal uspokoiły mnie, wywołując jednak coraz to nowe wizje. Z kolei dźwięki wielorybów wywołały u mnie wzruszenie i dziwne pomieszanie wesołości ze smutkiem, przez uświadomienie sobie faktu, że nie potrafię zrozumieć tych stworzeń. Mój towarzysz uważał, że to wszystko jest sztuczne i że próbując je usłyszeć fałszujemy ich przekaz, bo nie śpiewają one w rzeczywistości tak jak je słyszymy. Czasem czułem, że je rozumiem, a czasem z zamkniętymi oczami, że ich wielkie cielska przepływają obok mnie, emanując jednocześnie łagodnością.

Raz na jakiś czas wychodziłem się wysikać, albo wstawałem aby rysować. Rysunki wydawały mi się świetnym pomysłem, samo doświadczenie rysowania było dla mnie czymś ważnym. Nie myślałem o tym, jak rysunki będą dla mnie wyglądać rano, po prostu czasem czułem, że muszę zacząć rysować. Na początku używałem wyłącznie ołówka, który wydawał mi się mieć większą swobodę wyrazu. Można było modulować nacisk i jasność, co wydawało mi się ogromnym postępem w stosunku do zero-jedynkowego długopisu. Rysowane przeze mnie linie robiły się przestrzenne i kolorowe, a ja nie potrafiłem narysować nic konkretnego. Rysowałem więc abstrakcyjne myślokształty, które mimo braku właściwego tematu w dziwny sposób przyciągały wzrok. Czułem, że z każdą linią zmieniam temat rysunku, zachowując jednocześnie jego integralność. Nie używałem na początku kolorów, bo wydawało mi się, że widzę je tak czy siak w szarości ołówka.

Po jakimś czasie zapragnęliśmy spróbować czegoś nowego. Wyszliśmy do kuchni chłonąc otoczenie. Kiedy to zrobiliśmy, towarzysz podał mi jabłko, mówiąc żebym spojrzał jakie jest piękne i spróbował jakie jest soczyste. Wziąłem je do ręki. Mały czerwony owoc oprócz wspaniałej faktury smakował wyśmienicie i rześko.  Jego smak był w moich ustach słyszalny, a jego orzeźwiającą moc czułem chyba aż w stopach. Spróbowałem też robić jogę. Robiąc jedną z asan czułem, że sam jestem jogą ustanawiając w tej chwili ruchy, które nigdy wcześniej nie były wykonywane i nigdy potem nie będą. Wykonując ruch, napinam całe ciało, które nagle ustawia się w jakiejś doskonałej kompozycji, tworząc coś w rodzaju misternej, samo korygującej się konstrukcji. Czułem, że joga w tym stanie jest czymś zupełnie fantastycznym, chociaż nie potrafiłem przypomnieć sobie zbyt wielu figur, które mógłbym wykonać. Kiedy jednak się to udawało wykonanie ich przynosiło ekstatyczne doświadczenia, wynikające z nagłego poczucia całego ciała, jak pracuje, napina się i jak współpracują w nim wszystkie jego drobinki.

Większość doświadczeń była zdecydowanie ekstatyczna, ale zawsze z dozą przygodowego zagrożenia. Zawsze z lekkim ukłuciem dyskomfortu, czasem było to wspaniałe, czasem straszne. W którymś momencie zgasiliśmy światło i poczułem, że zapadam się w owady. Wiły się i pełzały po mnie, podczas gdy tak naprawdę odbierałem tylko w ten sposób muzykę. Dźwięki, pełzały po mnie i nie potrafiłem odróżnić, czy coś podrażnia moje receptory słuchu, czy dotyku. Bałem się więc, ale postanowiłem to przezwyciężyć, w czym pomógł mi mój towarzysz, kiedy zawołałem go, mówiąc że się trochę boję. Potrzymał mnie za rękę, co przegoniło strach. Stwierdziłem, że przezwyciężę mój lęk przed pająkami i dyskomfort w obecności dużej ilości owadów. Zawsze, nawet na trzeźwo czuję, że ten domek jest w jakimś sensie ich królestwem. Boję się wspinających się po ścianach kątników obawiając się, że wejdą na moją kołdrę pędząc w kierunku mojej głowy. Na ścianach widać było czasem jakieś owady, a czasem różnego rodzaju dziury w ścianie interpretowałem jako insekty. Sprawiło to, że cały czas czułem, że gdzieś są i może stąd to ciągłe uczucie przygodowej ekscytacji i wrażenie robienia czegoś groźnego. Kiedy więc zgasiliśmy światło, wszystko to zaczęło na mnie bardzo silnie oddziaływać. Nawet muzykę zacząłem odczuwać jako owadzią. Czułem, że są wszędzie i że opadam w nie, ale chciałem przeżyć to i pozbyć się lęku. Kiedy jednak poczułem, że nie dam rady zawołałem towarzysza, który pospieszył mi z pomocą.

Nasza przygoda nie była więc cały czas pozytywna i wesoła. Były momenty straszne i ekscytujące z elementem tremendum, wyszedłem jakby poza dualistyczne postrzeganie dobra i zła, które mieszały się. Czułem, że jest to doświadczenie bogate we wszystkie kolory emocji i we wszystkie wymiary, mimo że czasem miałem tego trochę dość, ale oczywiście nie sposób było przerwać. Byłem cały czas tak podekscytowany, że nie czułem strachu w prostym znaczeniu tego słowa, ale raczej ukłucie adrenaliny i poczucie przygody. Ciężko więc ubrać to doświadczenie w ramy jakie każe nadawać emocjom nasz język. Najbardziej pasuje tutaj określenie ekscytacja, ponieważ jego brzmienie kojarzy mi się z prądem, z czymś intensywnym, uruchamiającym i unieruchamiającym jednocześnie.

Kiedy drugi raz wyszliśmy na zewnątrz, nie było już księżyca. Rozparliśmy się na fotelach podziwiając rozgwieżdżone niebo. Była to jedna z najpiękniejszych wizji, bo gwiazdy nie były białe, lecz wydawało mi się, że każda ma swój osobny kolor. Większość z nich była neonowo-czerwona, zielone i niebieska, ale tak naprawdę kolorów było o wiele więcej. Wydawało mi się, że małe, fluorescencyjne światy na niebie wylewają się w dół, albo spadając zlewają się w moją stronę z nieba w fosforyzującym blasku. Wszystko było oszałamiająco piękne, chociaż ruszająca się przyroda cały czas nie dawała o sobie zapomnieć, wywołując poczucie zagrożenia, jakie z resztą towarzyszyłoby mi zapewne również na trzeźwo. Wróciliśmy więc po jakimś czasie do domu, ale ja byłem cały czas bardzo oszołomiony wizją spadających, kolorowych gwiazd. Czułem, że byliśmy kosmonautami, którzy wypuścili się na chwilę ze statku-matki w kosmiczny spacer. Pomyślałem, że nie możemy chyba nigdy tak naprawdę doświadczyć tego co istnieje w otaczającym nas świecie. Zawsze mamy jakiś statek, czy to w postaci samochodu, czy kultury i możemy tylko na chwilę wybrać się na spacer, czy to za pomocą plecaka i namiotu, czy to nauki, czy psychodelików. Przyroda jest jednak cały czas czymś poza nami będąc czymś, w czym nie moglibyśmy na dłuższą metę egzystować.

Kilka razy jeszcze kładliśmy się, aby znów wstać, za każdym razem wydawało nam się, że doświadczamy działania substancji o wiele słabiej. Po chwili okazywało się jednak, że jeśli się bardzo skupimy materia znowu wije się i pełza. Przede wszystkim ściana o której mówiliśmy od samego początku, że zasługuje na Oskara, działa się na naszych oczach. Był to jeden z pierwszych symptomów działania substancji i coś do czego często wracaliśmy, bo znajdowało się obok naszych łóżek. Większość doświadczeń wizualnych miała ten sam grzybowo-organiczny charakter. Struktura materii dookoła układała się w polipowate struktury, które były dla mnie piękne ale nie tak jak fraktale, które widziałem za pierwszym razem. Miały one jak wszystko posmak ekstatycznej przygody z elementami niebezpieczeństwa. Kiedy stwierdziliśmy, że i tak nie zaśniemy poszliśmy do kuchni przygotować sobie barszcz i rozpalić fajkę wodną. Znaleźliśmy stare radio, którym postanowiliśmy skontaktować się ze światem zewnętrznym. Usiedliśmy z sziszą między nami i gorącym barszczem błyskawicznym w rękach. Kręgi tłuszczu na jego powierzchni były bardzo interesujące, podobnie jak jego głęboka czerwień. 

Trzymaliśmy na zmianę w rękach antenę, szukając stacji na różnych falach. Czułem, jakbyśmy byli gdzieś bardzo daleko świata a odgłosy z radia dochodziły co najmniej z odległości księżyca. Była to muzyka, czasem rozmowy na tematy polityczne, a czasem szum, który modulowaliśmy pokrętłem jakbyśmy próbowali za jego pomocą rozmawiać. Na falach długich słuchaliśmy rozmów po rosyjsku, arabsku i francusku, czułem że dotykamy częstotliwości tak gęstych, że potem nie będziemy umieli ich odtworzyć.

Nad ranem wyszliśmy na dwór oglądając po raz pierwszy świat bez latarki. Dzień wstawał otoczony mgłą, a my staliśmy na niewielkim wzgórzu i patrzyliśmy na pomarańczową poświatę wstającego słońca, którego nie było widać przez mgłę. Czułem nieziemski spokój i wiedziałem, że wszystko się już kończy, a my dotarliśmy do końca naszej przygody, tak że wyjście na zewnątrz nie jest już niczym nadzwyczajnym.

Wszystko to stanowi jedynie impresję, wrażenie pewnych kawałków z całości której nie umiem do końca poskładać. Kolejność mogła zostać zmieniona, opisy spłycone, bo są jedynie przybliżeniem. Wielu rzeczy nie wspomniałem, bo ich nie pamiętam, lub są zbyt dziwne, i skomplikowane żeby je wyrazić, albo czuję że nie ma takiej potrzeby. Przekonałem się o potędze i wielowymiarowości doświadczenia psychodelicznego, które wykracza poza opozycje tego co przyjemne i nieprzyjemne, pozytywne i negatywne, dobre i złe. Czerpiąc garściami z tego co się działo miałem ochotę rysować i uwieczniać, nie zastanawiając się czy to co narysuje ma sens czy nie. Liczyło się doświadczenie… tu i teraz… doświadczenie… tu i teraz…

***

Myślałem potem czym było dla to co się stało. Poprzednie doświadczenie napełniło mnie ciekawością świata jako fraktalnej struktury, pełnej nieskończonego piękna. Poprzednio byłem tak zachwycony, że nie mogłem nawet mówić, bo język był zbyt płytki aby to oddać, a co dopiero rysunek na papierze. Czułem jednak, że wszystko wiem, że jestem oświecony w każdym sensie tego słowa Być może wtedy zawędrowałem dalej, a być może był dzień, toteż widziałem więcej. Tym razem bardziej odczuwałem to, czego nie mogę zobaczyć, to że mogę się czegoś przestraszyć, nie wiedząc tak naprawdę co to jest. Po tym doświadczeniu widzę przyrodę, a więc cały świat jako żywą tajemnicę, niemożliwą do zgłębienia. Można się nią zachwycać, można tworzyć sztukę, można czerpać inspirację, zawsze jednak pozostanie ona tajemnicą, odległymi gwiazdami pośród nocy. 

Ocena: 

Odpowiedzi

Fantastyczny i bardzo obrazowy raport. Prawie jakbym tam... był. W wolnej chwili popraw literówki, pls.

Dzięki!

Przeczytałem jeszce raz i faktycznie jakiś gnom mi pozabierał wyrazy, poprawiłem.

Cudowny raport, świetnie się czyta, widać, że wyciągasz z doświadczenia psychodelicznego owo 'coś więcej', scenerię miałeś genialną pod kwasa. Oby jak najwięcej takich tripperów jak Ty i raportów jak Twój, pozdrawiam. :)

Sweet Holy Psychedelia <3
Z Psytrance od 2012 roku.

Aaa, zapomniałam dodać, rysunek genialny, esencja psychodelii, jak się rysuje na kwasie to wychodzą z tego niesamowite rzeczy, choć osobie, która nigdy nie brała psychodelików, mogą wydawać się bazgrołami. Aż mi się przypomina mój zakwajtas na lustrze. :D

Sweet Holy Psychedelia <3
Z Psytrance od 2012 roku.

Bardzo dobry raport. Pisz więcej! :D

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media