Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

zabijam dla pieniędzy

detale

Natura:

raporty unknown

zabijam dla pieniędzy


dzis przytrafila sie mi rzecz niespotykana na codzien...



dzis wlasnie spalilem ostatnie szklo z mojej wakacyjnej ganji.

byla to bardzo mocna indica.

niby nigdy nic udalem sie w strone miasta. po drodze

zorientowalem sie, ze jestem skuty jak chomik ;)

w oddali jednak odstrzeglem 2 postacie. byli to faceci,

jeden okolo 20, drugi po 40.

mlodszy gosc chcial zebym podszedl.

widzialem, ze jest niewyrazny wiec z poczatku myslalem, ze chce

fajka, czy tam jakies drobne. pomyslalem tez, ze swoj swojego nie zabije

wiec podszedlem. nie mylilem sie.



gosc powiedzial, ze zlapal dzis strasznego dola i nie ma sie komu wygadac.

zapytalem o co chodzi, ale w odpowiedzi uslyszalem 'chodz, pokaze ci'.

poszlismy na jego dzialke. byl tam stary parterowy, murowany domek,

spory ogrodek i altana. w altanie nim stal debowy, solidny stol. na owym

stole zauwazylem od razu jakies zapisane kartki. koleszka mial papierosa,

ale dopiero zorientowal sie, ze pali juz filtr.

zaczalem pytac z lekka co sie stalo.



wyciagnalem tyton i bletki.

powiedzial, ze dzis wszyscy wydymali go w dupe. ciagnal, ze wszyscy

sie od niego odwrocili. mowil tak przez jakies 5-6 minut. chcialem

jednak poznac co jest tak naprawde przyczyna jego problemow.



- wsyscy maja mnie w dupie, powiedzial.

- czemu?

- bo zabijam dla pieniedzy...




zbilo mnie z toru. powtarzal, ze jesli ktokolwiek powie mu dzis, ze

jest szmaciarzem to go zabije. powiedzial, ze jestem w porzadku, ale

mialem sie nie wtracac jak komus przyjebie.




- nie ma znaczenia czy facet bedzie po 50, czy 30-latek. i tak go

zabije.



nie czulem strachu, choc czulem wysokie tetno i pulsujacy kark. czulem

natomiast, ze musze facetowi pomoc.



podalem mu papierosa, skreconego z waniliowo-wisniowej casablanci.

powiedzial, ze ten stol zrobil jego sasiad.



- moj dziadek kiedys takie robil, nawiazalem.

- taki stol wazy ze 120 kg (faktycznie mogl tyle wazyc!)

- pewnie

- gdybym byl kutasem to bym to wszystko dzis podpalil.

ale nie jestem kutasem.



dalej szukalem zrodla problemu. pokazal mi list, lezacy na stole.

poczatek wygladal tak:



"jacku! nie wiem gdzie jestes i co robisz, ale zachowales sie jak skurwysyn.

(...)". chcial spalic owy list, ale w koncu rzucil go z powrotem na stol.

nie zobaczylem jednak podpisu pod listem. pismo jednak pomimo tego, ze

bylo niechlujne, wygladalo na dziewczece.




ciagle mowil, ze gdyby byl kutasem, to by ten dom podpalil.




- ile masz lat? zapytalem.

- 25





jakos tak zajaknal sie wypowiadajac 'piec'.



sptytalem troche pozniej skad jest.



- w warszawy...

ale mieszkam tutaj. to znaczy mieszkalem tu do dzis.




tak gadalem z nim przez jakies 30-40 minut.

zapytal czy pojde z nim na piwo. bez zastanowienia zgodzilem sie.

po drodze szlismy niezly kawalek przy ruchliwej ulicy. gadalismy o

roznych rzeczach.

dowiedzialem sie, ze to wszystko przez jego dziewczyne.

stwierdzil, ze 'mozna z czlowieka robic gowno przez rok, dwa... ale

nie piec'.



doslownie 10 sekund potem obok ulica, pare metrow od nas przejerzdzalo

rowerzystow.



- co kurwa?!, krzyknal do jednego z nich

- spierdalaj pedale!


od razu potem wybigl na ulice i zaczal goscia gonic!



wzialem do siebie to co mi powiedzial i poszedlem dalej, patrzac jednak

delikatnie przez ramie.

jacek przebiegl za rowerzysta moze ze 100 metrow, ale koles mu uciekl.

zatrzymalem sie i ruszylem z powrotem w jego strone.

mial w rece slonecznika, zabranego z dzialki. wczesniej mowil, ze

zabije kogos tym slonecznikiem.



po jakims czasie spytal mnie jednak czy wiem jak kogos zabije.

na szczescie nie dokonczyl zdania. umilkl i pochwalil tyton, ktory pale.

zazcelismy gadac o dragach. spytal co biore. powiedzialem mu i

spytalem o to samo.



- ja nic nie biore. ja tylko daje.




powiedzial, ze przez cale swoje zycie nikomu nie zrobil krzywdy,

inni natomiast krzywdzili go na calej linii.



- teraz przyszla kolej zeby zrobic komus krzywde.




doszlismy do przejazdu kolejowego. po drugiej stronie stala grupa

nastolatkow. bylo tam kilku kolesi i 2 dziewczyny. jacek pokazal

gosciom faka i zapytal czy wyraznie go widza...



- no dawaj!, mowil jeden.


nawet sie nie obejrzal czy nie jada jakies samochody i przebiegl na

ich strone ulicy.

szybko zciagnal bluze i zaczal do wspomnianego koleszki sie rzucac.

spelniajac jego prosbe, udalem sie przed siebie.

po telefoniczej kosutacji postanowilem jednak wrocic sie na stacje i

poszukac zblakanej duszy.

nikogo oprocz podroznych jednak nie zobaczylem.

uswiadomilem sobie, ze ktos mogl zadzwonic po paly, wiec ponownie

odwrocilem sie i udalem sie w strone centrum. zahaczylem po drodze o

bar, w ktorym mielismy wypic po browarku. jednak jacka tam nie bylo...

po paru minutach minal mnie furgon psow. przejechal obok mnie lekko

zwalniajac. bez zmruzenia oka poszedlem dalej.

na skrzyzowaniu minal mnie jeszcze jeden niebiski samochod.

takze pojechal w strone stacji.



pomyslalem, ze dobrze bedzie zmyc sie z widoku, poniewaz ktos moglby

mnie skojarzyc z ewentualnym przypalem mojego nowego kolegi.



caly czas przed oczami mialem widok jego postaci...

byl wrakiem czlowieka. mowil, ze pil duzo. to bylo widac...

w jego oczach nie bylo widac nic oprocz totalnego chaosu, obledu!

wielki bol, zmieszanie i zagubienie bily od niego na kilometr.

bylo mi naprawde szkoda tego czlowieka.

chcialem z nim chociaz jeszcze porozmawiac.



poszedlem do parku, gdzie junkies maja swoje stale miejsce spotkan.

nikogo jednak nie znalazlem.

nastepnie udalem sie na stacje. tam tez nikogo nie bylo. bylo

natomiast duzo policji.



poszedlem jeszcze w strone jego domu. po drodze wstapilem po kumpla.

chcialem zostawic mu chociaz kasete ktora mialem ze soba. mianowicie

stara kasete dzemu - 'detox'.

po drodze oczywiscie raz pomylilismy domy i weszlismy komus

na dzialke. jednak we wlasciwym domu furtka byla zamknieta

na klodke i nie moglismy wejsc na podrorze.



wrocilem do domu i zaczalem skladac wszystko co sie wydarzylo przez

ostatnie 2,5 godziny w calosc. nadal nie moge do konca pojac jak to co

mnie podczas tej podrozy spotkalo moglo w ogole zaistniec...

a jednak.



jutro postaram sie wpasc i poszukac go w domu. nie mam ochoty czytac o

nim w gazetach, bo obiecal mi, ze kogos zabije. z jego oczu bylo

widac, ze nie zartuje.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media