Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

walka jakuba z bogiem. psychodeliczna pralka

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
3g Psilocybe cubensis
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Późny wieczór, dobre nastawienie, organizm wypoczęty po kilkugodzinnej drzemce, w ciągu dnia sporo ruchu, przed chwilą jeszcze wieczorny spacer i rozmowa telefoniczna z dziewczyną, której mogłoby nie być (rozmowy oczywiście), gdyż wyprowadziła mnie nieco z równowagi. Szklanka soku porzeczkowego z własnoręcznie przygotowanego koncentratu z ubiegłego lata.
Wiek:
28 lat
Doświadczenie:
Ostatnie rok: raz marihuana, raz Ecstasy, raz mocny grzybowy trip i parę microdosingów. Wcześniej więcej różności i z dużo większą częstotliwością.

walka jakuba z bogiem. psychodeliczna pralka

23:30

Dobre nastawienie, organizm wypoczęty po kilkugodzinnej drzemce, w ciągu dnia sporo ruchu, przed chwilą jeszcze wieczorny spacer i rozmowa telefoniczna z dziewczyną, której mogłoby nie być (rozmowy oczywiście), gdyż wyprowadziła mnie nieco z równowagi. Półtorej godziny temu szklanka soku porzeczkowego z własnoręcznie przygotowanego koncentratu z ubiegłego lata. 

Kroję bardzo drobno 3g ususzonych przed 6 miesiącami cubensis, wrzucam do szklanki razem z borowikowym gorącym kubkiem (spostrzeżenie na przyszłość: może pół paczki wystarczy). Po kilku razach przeżuwania suchych grzybów w paszczy albo robienia dziwnych eliksirów z dodatkiem cytryny lub herbaty, które tak czy tak zajeżdżają tym grzybowym paskudztwem, chciałem się wreszcie poczuć jak człowiek. Zalewam wrzątkiem, studzę, wypijam. Zastanawiam się, czy coś tak dobrego w smaku może też klepnąć. Czy przypadkiem przejście przez katusze spożycia surowych, suszonych grzybów nie jest warunkiem koniecznym do osiągnięcia grzybowej podróży, czy nie jest sprawdzianem mojej godności dostąpienia tego. 

Czekając na odpowiedź, wrzucam słuchawki z muzyka sakralną, modlę się, potem healing mjuzik 936 Hz od Nikola Tesli i coś, co można by nazwać medytacją. Gdy kosmogoniczna muzyka zaczyna zabierać mnie w dziwne miejsca, zdejmuję słuchawki i zwyczajnie kładę się na kanapie. Pokój rozświetlają jedynie trzy nieduże świeczki, co w połączeniu z ogromem roślin w moim pokoju tworzy na ścianach i suficie malunki rodem z prehistorycznej jaskini. Patrzę na skośny sufit i cień liści zamiokulkasa, jest teraz głową złowieszczej kaczki, która dziwnie na mnie patrzy, ale nie wiem jeszcze, czego ode mnie chce. Nic nie mówi. Patrzę do góry, a tam każdy liść na pnącym się pędzie monstery monkey mask patrzy na mnie przemieniony w etniczne twarze jakichś pieprzonych duchów dżungli. Zamykam oczy, przecieram i otwieram ponownie. Nadal to samo.

- Oho, dzieje się. 

+0:55h

Odwracam się na bok i wlepiam głowę w łączenie oparcia i siedziska kanapy, zatracam się w nim. Jest tu tak wygodnie. Przed oczami zaczynają ukazywać mi się delikatne fraktale i jednocześnie zaczynam tracić orientację i pewność co do tego, w co wetknięta jest moja głowa i kim w ogóle jestem. W jakiś niezrozumiały dla mnie sposób moja świadomość oderwała się, odlepiła od znanej mi własnej tożsamości. W ogólności nie napawało to strachem, ale niepokoiło mnie trochę zatracenie swojej tożsamości płciowej. 

Odklejam się od kanapy, siadam na niej z poczuciem obcości własnego ciała i lekkimi zawrotami głowy. 

- Ustalmy coś: nie spałem. To nie był sen!

Wstaję i chodzę po pokoju. Pochodzę do okna, otwieram, a tam życie pulsuje w niewiarygodny, niedoświadczany przeze mnie nigdy wcześniej sposób. Za oknem mam ogromny park, ścianę liściastych drzew. Falują, pulsują. To nie wiatr, a jedność wiatru i gałęzi drzew. I odgłosów ptaków.

- Niech to żyje!

Doświadczam wielowymiarowości drzewa. Dlaczego bowiem ujmujemy otaczające nas byty według naszych, ludzkich kryteriów. Trzy wymiary przestrzenne i czas to zbyt mało, by ująć dziś istotę drzewa. 

Gadam do siebie, opierając się o parapet i zastanawiam się, czy mój sąsiad wie, że ma psychopatycznego sąsiada. Przez chwilę obawiam się, że może mnie usłyszeć, ale chwila mija i szybko zapominam.

+1:30

Chodzę po pokoju i pertraktuję z lasem. Trzeba znaleźć jakiś kompromis. Pochłania mnie na co dzień i rozrasta się coraz bardziej w moim życiu, rozpycha. Najlepiej nie robiłbym nic innego, tylko chodził po lasach. Biorę herbatę w usta i w momencie wypluwam ją z powrotem do kubka. Co tu się odpierdala? Ona też żyje?! To był jakiś gęsty, żyjący płyn. - Tfu. Kolejne pół godziny spędzam o suchym pysku, zanim znowu odważę się spróbować. Potrzeba w moim życiu miecza. Nie ma to być miecz odcinający, żadne cięcie drastyczne pomiędzy mną a naturą, a raczej miecz wbity w rzekę, który zmieni delikatnie jej nurt, spowoduje zaburzenie powierzchni wody, doda parę nowych zmarszczek. Potrzeba twardej decyzji. I precyzji. 

Dzisiaj pierwszy raz przekroczyłem barierę 2g, zainspirowany postem forumowicza („celujcie w dawki 2,5-3g, da wam to pełnowymiarowego tripa bez wystrzelenia na orbitę Plutona”). Ach, jak bardzo pasuje mi tu słowo ‘pełnowymiarowy’. Mistrzowska precyzja słowa. Myślę o wielowarstwowości naszej psychiki, o tej wrażliwości na subtelne różnice w słowach. 

+2:15

Nagle wracają niepozałatwiane sprawy z ojcem. Stoję zwrócony do kąta i wydzieram się na niego. Wydzieram się po cichu, żeby nie zbudzić sąsiadów. Ale wkładam w to tyle siebie, że kąt w tych momentach rozżarza się jaskrawym światłem. Gdy przestaję się drzeć, światło gaśnie. Powtarzam to po wielokroć. Po chwili staję obok i zaczynam prowadzić rozmowę, tak jakby ojciec stał obok. Mówię:

- Tatuś, zjebołeś mi kurwa psycha!

Nigdy w życiu nie użyłem określenia ‘tatuś’. Poczułem nagle się uwolniony. To tylko tatuś, a nie jakiś demon zawieszony nad moją egzystencją. 

- Tatuś, zjebołeś mi kurwa dziesięć lat życia [słowa te, niby pełne żalu, wypowiadam z uśmiechem na ustach, pełen dystansu]. Mom tako potrzeba napić sie z tobom piwa, popatrzeć na ciebie i powiedzieć: fater, ale my som zjebani. Jestech jaki jestech, bo zjebołeś mi psycha. Tobie zjeboł twój fater, a jemu jego własny. Som my naznaczeni przez historia. 

 

- Ponbucku (pol. Panie Boże), ale my som zjebani. Chca udować inteligenta, ale jestech ino zwykły synek ze wsi. Wsi z czowieka niy wyciepniesz. Trzimej sznita chleba z masłem.

[powyżej próba fonetycznego zapisu gwary śląskiej, którą się na co dzień posługuję]

Po tym wszystkim zwala mnie na podłogę i wykręca w psychodelicznej pralce. Wbijam głowę w podłogę i nachodzą mnie różne dziwne wizje. Tracę orientację przestrzenną, nie wiem, gdzie jest góra, a gdzie dół. Naciągam kaptur na głowę. Potem całą bluzę. Wewnątrz bluzy otwieram oczy i myślę, że straciłem wzrok: wszystko ciemne. W tej ciemności z otwartymi oczami widzę sieć neuronalną, gdzie każdy neuron obrazuje jakieś wydarzenie z przeszłości, członka rodziny, nierozwiązane problemy. Wyciągam ręce przed siebie i niczym chirurg próbuję ponaprawiać, poprzestawiać, pozszywać. Wizja się urywa, przedwcześnie. 

Podłoga magluje mnie dalej, przypominam sobie wielki kawał wypartego z pamięci dzieciństwa. Moi rówieśnicy z podstawówki, wspólne dni, wakacje, marzenia. Dlaczego to wyparłem, gdzie oni są? Co to były za relacje? Życie jest zapominaniem. 

Trzymając głowę wewnątrz bluzy, czuję zapach swojego potu, który w synestetyczny sposób widzę jako przepełniony moją historią. Wykręca mnie, duszę się w zbyt wąskich ramach tego ciała. 

+3:00

Idę do łazienki się odlać. Nie zapalam światła, dbam o klimat. Gdy leję, synestezja znowu miesza mi w zmysłach, czuję feromony z moczu, unoszą się do góry barwnym wzorem. Odczuwam błogość, czuję się, jakbym został włączony do jakiegoś nieludzkiego, kosmicznego organizmu i był wciągany do góry wraz z feromonową tęczą. Otrząsam się. Kurwa, powinienem zaznaczać moczem teren, a nie lać do ubikacji. Człowiek jest jednak wynaturzonym zwierzęciem. 

Wracam do pokoju. Na meblościance stoją kaktusy, butelka wina aromatyzowanego marki Bieszczady, kawałek ściętej jabłoni i kilka innych dziwnych przedmiotów. W świetle świec tworzy to przede mną westernowy krajobraz. Poruszam się tam i z powrotem, to w stronę otwartego okna i kołyszących się drzew, to w stronę mojego krajobrazu, niczym na rumaku. Czuję, jak bardzo ważne jest przemierzać świat na własnych warunkach. Manifestuję to potrząsając dłońmi, jedną na wysokości głowy, drugą koło biodra. Nic innego się nie liczy.

+4:00

Na zewnątrz jest już całkiem jasno, wstaje nowy dzień. Mnie dopada zmęczenie. Próbuję sprawdzić w internecie, czy bezpiecznie jest walnąć sobie kawkę do grzybów i śmieję się z propozycji wyszukiwań podsuwanych mi przez Google. Prawdziwa podróż po meandrach ludzkiej myśli. Ostatecznie padam zmęczony na kanapę, okrywam się kołdrą i czuję bliskość sam ze sobą. Czuję się jak dziecko, które mama przed chwilą położyła spać z gestem błogosławieństwa. Tak jak biblijny Jakub, który całą noc walczył w namiocie z Bogiem, by o świcie otrzymać błogosławieństwo oraz nowe imię, tak ja, po nocnych zmaganiach w psychodelicznej pralce dostaje nowego siebie. Nowy czas. Jestem oczyszczony. 

[Swoją drogą, w kontekście przeżytego doświadczenia to biblijne wydarzenie nabiera nowego znaczenia. Jakub walczył w zasadzie nie wiadomo z kim, było ciemno, nic nie widział. Wiadomo, że była to noc przed trudną konfrontacją ze swoim bratem Ezawem. Noc konfrontacji ze swoimi lękami oraz czas rozliczenia ze swoją przeszłością. Jakub wyjawia przeciwnikowi swoje imię, które w starotestamentalnym rozumieniu jest wyrazem najgłębszej rzeczywistości danej osoby, jej istoty. Jakub odsłania się, zdejmuje pancerz, wyciąga na wierzch samego siebie. Nie cofa się. Za trudy tych zmagań, których inicjatorem, jak sądzimy, był sam Bóg (w jego wnętrzu?), otrzymuje on błogosławieństwo oraz nowe imię: Izrael. Konfrontacja z własnym wnętrzem, słynne gnothi seauton, nadaje jego życiu nieznaną dotąd jakość.]

 

***

Mija miesiąc od tripa. Płynę na afterglow. Doświadczam nagiego piękna teraźniejszości. Nie wiem w jakim stopniu to zasługa grzybowego doświadczenia, gdyż od bardzo dawna świadomie oddycham, medytuję w trakcie codziennych czynności, staram się żyć uważnie. Od pewnego czasu jednak zyskało to nową jakość, większą intensywność. Łatwiej jest mi żyć uważnie i szybko wracać do tego stanu, ilekroć z niego wychodzę. Łatwiej zachować w stresujących sytuacjach pokój w sercu. Być może tylko przypadkowo ten czas nałożył się na czas po spożyciu grzybów, ale być może zadziałały one jako katalizator. Być może, ja nie wiem, chyba jest to mało istotne!:)

 

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
28 lat
Set and setting: 
Późny wieczór, dobre nastawienie, organizm wypoczęty po kilkugodzinnej drzemce, w ciągu dnia sporo ruchu, przed chwilą jeszcze wieczorny spacer i rozmowa telefoniczna z dziewczyną, której mogłoby nie być (rozmowy oczywiście), gdyż wyprowadziła mnie nieco z równowagi. Szklanka soku porzeczkowego z własnoręcznie przygotowanego koncentratu z ubiegłego lata.
Ocena: 
Doświadczenie: 
Ostatnie rok: raz marihuana, raz Ecstasy, raz mocny grzybowy trip i parę microdosingów. Wcześniej więcej różności i z dużo większą częstotliwością.
Dawkowanie: 
3g Psilocybe cubensis
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2021
design: Metta Media