Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

snieżno-białe uśmiechnięte wydeptane ślady

snieżno-białe uśmiechnięte wydeptane ślady

Substancje&dawkowanie: sto suszonych łysiczek lancetowatych skonsumowanych we dwójkę w około 20 minut (waga ~70kg), 150mg kodeiny (thiocodin), 3mg klonazepamu, dwie szklannice „swojaka”.

Doświadczenie (psychodeliki): amanita muscaria , bromo-dragonfly, dekstrometorfan, doc, ecstasy, gałka muszkatołowa, haszysz, konopie, lsa, lsd, peganum harmala, psilocybe cubensis, psilocybe semilanceata, salvia divinorum, 4-ho-mipt, 4-aco-dmt.

S&s:

- miejsce :
mieszkanie Sławka, później pobliski park, w którym jest sobie zamrożone jeziorko z wysepką na środku. Pełen opis naszych ruchów w treści pokarmowej.

- nastawienie : jak to jakie? Pozytywne :) Bardzo lubię grzyby

13 stycznia 2009

Dedykacja: dla C i P. Trip wam zapłać !

Drogi Neuro Groove mój ty pamiętniku :P

Miłej lektury :)

Spotkaliśmy się koło godziny dwudziestej niby pechowego dnia, bo trzynastego. Pod mieszkaniem S puściłem sygnał na jego komórkę by wyszedł i przypilnował swojego groźnego psa. Żadnego odzewu. „Może mnie nie zje?” Otwieram furtkę cały czas patrząc na budę. Wchodzę, zamykam, kilka kroków i „ja żyję” :) Otwierając drzwi spotkałem pana właściciela i uradowany z powodu bycia w jednym kawałku rozpłaszczam się z grubego ubioru. S poszedł herbatę zrobić, a ja się rozgościłem przed komputerem, który z minuty na minutę coraz bardziej rozpuszczał moją jaźń miłym dla ucha trance'm.

Wchodzi S z herbatkami, ja się dobrałem do jakiejś gazety i wysypałem pieczarki. S jak to S narzekał na smak grzybów, a moim kubkom smakowym ich smak nie robił większej różnicy. Na deser się co prawda nie nadawały, ale znowu nie widziałem większych powodów do narzekań. To pryszcz przy benzydaminie lub wyekstrahowanej kodeinie z antka. Zjedliśmy mniej więcej połowę gdy S się wkurzył, zrobił dwie kupki i połknęliśmy po jednej kulce zwiniętych małych istot. „Po drodze” S skończyła się herbata i popił moją. Ale miał grymas :P Było jakoś dwadzieścia po ósmej kiedy opierniczyliśmy maślaki. Pierwsze efekty trudne do opisania zauważyłem jakoś kwadrans od spożycia, zapewne przyspieszone wejście było efektem przeżuwania niektórych parasoli.

Gadaliśmy bzdury jak to mamy w zwyczaju, S miał małe mdłości, a ja leżąc na podłodze jedynie odczuwałem lekkość ciała i ducha. Nowa muza, nigdy wcześniej nie znana moim uszom dodatkowo poprawiała humor. Ciężko mi powiedzieć z czego targaliśmy łacha, w każdym razie nie było mowy o powadze ;] Leciał sobie o ile się nie mylę Markus Schultz, zgasiliśmy światło i lampiliśmy się w Milk Drop 2.0 (wizualizacje winampa). Rety :D Wyginały się, lekko wychodząc poza ramy monitora. Skonsumowane grzyby przybierały na sile pod względem jak wizualnym tak i psychicznym. Czeluść nadawała ciekawy klimat lecz niestety długo nie szło usiedzieć w tym stanie i zapalił S światło. Wesołe teksturki opanowały ściany i sufit. Pęczniały, wychodziły z siebie tworząc nowe kształty, „fraktalizowały się”, zmieniały kierunki rozchodzenia się, w każdym razie cały czas wychodziły od środka. Patrząc na twarz S widziałem jak od nosa przez policzki tworzył się dziwaczny kształt wychodzący na cały pokój, co cholernie mnie rozbawiło. Po zamknięciu oczu ukazał mi się pomarańczowy tunel, kręcił się w prawo, to w lewo znowuż, to jego środek kolor zmienił i np. trójkąty zamieniły się w jakieś wielokąty foremne, które eksplodowały zamieniając się w inne figury. I tak ciągle się coś zamieniało i nie chciało przestać się zmieniać :)

Nie wiem jakim cudem, ale weszliśmy na temat śmierci. Obaj się wkręciliśmy równo i opowiadaliśmy o kilku znanym nam przypadkom popełnienia samozabicia. Trochę ciężki klimat i trza go było zmienić. Zmieniamy pozy. Przymykam oczy i znów pomarańczowy kalejdoskop zabiera mnie w podróż po wymiarach generowanych przez mózg pod wpływem pillocybiny. Psylocybiny*. Zrobiło mi się gorąco. Aż za gorąco i dziwnie się poczułem co przeszkadzało mi swobodnie podróżować. Zrzuciłem z siebie kolejne opakowanie zostawiając jedynie koszulkę. Smażalnia frytek! Pytam się towarzysza co sądzi o przechadzce. Oj ten pomysł raczej się mu nie widział. Jest ciepłolubny i gardzi nocą, wyprosiłem go jednak byśmy wybyli na dwór ponieważ nie wiedząc zupełnie czemu poczułem się nie najlepiej. Mój przyjaciel podróży zaproponował klona. Długo się nie zastanawiałem :) Tabletka pod jęzorem. Nie ma to jak powiew mięty z nagrzybionych ust. A, zapomniałbym. Smak godzinę wcześniej pochłoniętych kapeluszy nadal się utrzymywał, i co dziwne zapach ich unosił się w pokoiku.

Podczas ubierania się zadzwoniła do mnie mamuśka. Rycie beretu, schiza i nie wiem jeszcze jak to nazwać. Rozmowa przez telefon będąc pod wpływem grzybów nie należy do moim ulubionych zadań :P Nie było źle, pogadaliśmy koło minuty i nadeszła szczęśliwa chwila wciśnięcia czerwonej słuchawki. Uf. Ale to nie koniec. Dzwoni jeszcze kumpel. Hmm, miałem wrażenie, że oddalony byłem od niego o niezłe kilka tysięcy kilometrów. Pytał się coś o pracę, mi się zbierało z każdym słowem na porcję śmiechu. Skumał, żem coś chyba sobie zdrowo zaaplikował. Koniec tej telekomunikacji, pora gnać w świat! Na korytarzu spotkaliśmy jeszcze babkę S, chwila rozmowy i wychodzimy.

Na zewnątrz istna bajka, grafika komputerowa, animki się cieszą, że kogoś powieszą. Mroźno, ale ponieważ jesteśmy ciepło ubrani, taka zima nam niegroźna. Wychodzimy przez furtkę i witamy świat spowity nocą. Napatoczył się jakiś żulmen, który powitał nas staropolskim „dobry wieczór”, chciał nas winem poczęstować i coś zagadać, ale niestety bardzo się nam spieszyło. Gałęzie drzew opatulone były białym puchem, pod nogami skrzeczał deptany śnieg, a wisząca w powietrzu delikatna mgła nadawała naprawdę bajeczno-książkowy klimat. Z ośnieżonej asfaltówki wpełzaliśmy do parku. Ulżyło mi chyba przez to rześkie powietrze, no i pewnie też dziękować powinienem miętowemu cukierkowi ;]

Na śniegu w miejscach wydeptanych pojawiały się same uśmiechy. Koncentrując wzrok na jednym, pobliskie ślady zamieniały się w mieniące się w kolorach tęczy wzorki, rozmazujące się lekko, to znowu ostrzące się. Spojrzawszy na inny wzorek natychmiast przeradzał się w uśmiech, a poprzedni uśmiech zamieniał się we fraktalowy wzorek, łączył się z pozostałymi. Im dalej od środka pola widzenia, tym bardziej wzorki łączyły się w kolorowe fraktale. Oszukiwany umysł przez alkaloidy grzybowe czuł się niczym w bajce przez cały czas pobytu outside, a progresywny transik wspomagał efektownie i tak jak już bajeczną podróż. Magia unosiła się w powietrzu, wszystko było w dziwny sposób odrealnione. Oj mało który psychodelik może startować do grzybów...

Kręciliśmy się parkiem, oglądaliśmy z być może stu metrów lampy uliczne, z których we mgle unosiły się tęczowe wstążki. Patrząc ku górze na gałęzie, wyglądały jakoby chciały się złączyć. Niby nie wiało, a jednak górne partie drzew ruszały się dając bardzo ciekawe efekty. Wrażenia wizualne straciły lekko na mocy, co chyba było robotą klona. Bujaliśmy się tak z pół godziny po czym poszliśmy z powrotem do S. Na miejscu operacja szklanka+woda+thiocodin. Szybka akcja miała być, jednak paskudne w smaku tabletongi nie chciały się rozmieszać. Odpalony komputer, winamp i znowu muzyka nadawała rytm tripowi, niestety słabnącemu :( Było coś koło godziny duchów. Koda lekko zaczęła smyrać receptory opioidowe, klon trochę senność włączył, pan S wyciągnął ostatniego dwu miligramowego cukierka i podzieliliśmy się nim zapodając oczywiście pod język. Pan kolega zniknął gdzieś za drzwiami i po przyjściu okazało się jaką popełnił zbrodnię. Spuścił wina tak na 4 szklanki, ma chłopak cela bo nic się nie ostało i dwa razy po równo było. Wino nabrało mocy, ponieważ bąbelki wyraźnie były mocniejsze niźli dwa tygodnie wcześniej.

Sraluś mazgaluś, o godzinie piętnastej w nocy nadszedł czas by się rozstać. Z tego co pamiętam usnąłem kilka minut po położeniu się, a to zdarza się naprawdę bardzo rzadko. No nic drogie grzybki, żegnajcie do sezonu :(

Ocena: 

Odpowiedzi

Czemu zjadles klona, zanim grzybizna sama zeszla? Piszac, ze zrobilo Ci sie zle miales na mysli stan ducha, czy raczej organizmu? Bo jezeli tylko to drugie, to nie rozumiem, dlaczego zabiles tripa klonazepamem.

Stan organizmu niestety kolego. 2mg klona to tyle co nic, nie to co kiedyś. Gdyby to były nudności w żadnym wypadku nie zjadłbym jakiegokolwiek benzo, bad tripa w sensie psychicznym po grzyberach nigdy nie miałem. Nie umiem opisać co mi się działo, w każdym razie nie należało to do miłych odczuć. Być może to wina zbyt wysokiej temperatury

Zapomniałem w tr napisac, że chyba po raz kolejny jakiś brus wszechmogacy przyciągnął xiężyc do ziemii.

Salvinoria

Bardzo miłe doświadczenie, jak widać . Ja obecnie mam przerwę od wszelakich serotoninowców, bowiem trochę za dużo ich szamałem w ostatnim czasie . Przymierzam się do miksu : IMAO ( Ruta ) + około 50 suszonych grzybów . Oczywiście zdam raport :-)

Tripping till death !

stary motyw z tymi twarzami. Ja kiedyś w krakowie wracając z suto zaprawianej imprezy widziałem w śniegu twarze - do tego klimat starego miasta i jest pięknie.pozdro

Mega TR aż zachęca do szamania ]:xD

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media