Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

w naturze mamy ciągły ruch / by adam selene

w naturze mamy ciągły ruch / by adam selene

Autor: Adam Selene, 29.04.2007

Substancja: tryptaminy zawarte w yopo, głównie DMT, 5-MeO-DMT i bufotenina

Doświadczenie: alkohol, marihuana, kofeina, LSA, tatarak, calea zacatechichi, salvia divinorum, DXM, benzydamina, jaskółcze ziele i pewnie jeszcze pare rzeczy, których teraz nie pamiętam

Całkiem niedawno miałem okazję zakupić parę (50) nasion Yopo z holenderskiego sklepu internetowego. Specjalnie wziąłem nasiona oznaczone jako „Viable – germination 60%”, wychodząc z założenia (słusznego), że będą mocniejsze od innych (bo swieższe).

Dzień Pierwszy

Z samego rana wziąłem pięc nasionek i wyprażyłem je na patelni. Cztery schowałem do szuflady, a jedno postanowiłem wytestowac. Zdjąłem łupinkę, wrzuciłem nasionko do młynka, zmieliłem, dosypałem trochę sody oczyszczonej, usypałem kreske i wciągnąłem.

Nie spodziewałem się wielkich efektów, ale cos sie jednak działo. Głowa zrobiła sie ciężka, poczułem napierające cisnienie w uszach. Dźwięki stały się wytłumione, ruchy powolniejsze. Poczułem się osłabiony, ale nie na tyle, by nie móc normalnie funkcjonować. Zaobserwowałem także lekie odrealnienie. Efekty zniknęly po pół godzinie.

Mało to i dużo jednoczesnie, gdyż zyskałem pewność, że nasionka sa dobre i działają jak trzeba.

Około godziny czternastej zmieliłem kolejne dwa nasionka, wymieszałem w proporcji 1:1 z sodą oczyszczoną i wciągnąłem do nosa.

Pierwszym zauwazonym objawem było straszne osłabienie. Ledwo sie ruszałem, nie miałem siły na nic. Paskudny dyskomfort fizyczny. Każdy ruch sprawiał problemy, czułem się ciężki, ospały, niemalże chory. Padłem na łóżko. Po może dwóch mintach cos zaczęlo się dziać wewnątrz mojej głowy. Ciśnienie rozsadzało mi łeb, ledwo co słyszałem muzykę. Na szczęście szybko przestało. Leżałem i patrzyłem się w sufit. Czułem się inaczej, dziwniej – odrealnienie było już całkiem spore. Kolory odbierałem raz jako niesłychanie głebokie i intensywne, by po sekundzie zmieniały się w wyblakle i zgaszone. CEVów nie zaobserwowałem, jeszcze.

Po około dziesięciu minutach udalo mi się wstać i dowlec na balkon. Siadłem pod ścianą i zamknąłem oczy. Światło przebijało się przez powieki, tak że widziałem pomarańczowe pole. I wtedy się wszystko ładnie rozkręciło. Zmieniające sie szybko, bardzo intensywne i głebokie kolory, wirujące geometryczne kształty, wrażenie przebywania w jakiejs przestrzeni i dziwna, czerwonawa, wirująca rozeta - niestety bardzo niewyraźna - taka chyba jak te, opisywane po przyjęciu czystego DMT. Jednocześnie towarzyszyło mi uczucie, że ktoś trzyma dłonie na mojej głowie. Ogólnie, fajna sprawa. Nawet udało się zapomniec o osłabieniu, które bardzo przeszkadzało w rozkoszowaniu się tripem.

Po otworzeniu oczu widziałem otoczenie, jak przez niebieski filtr (zasługa patrzenia się w słońce), by potem zupełnie stracić postrzeganie barw (to już chyba dzieło tryptamin). Kilkanaście sekund później powróciło wszystko do normy.

Gdy efekty zaczęły słabnąć, wróciłem do swojego pokoju i ponownie padłem na łóżko. W ciemności pod powiekami widziałem powoli obracającą sie, świetlistą szczelinę, która zdawała się byc jakimiś drzwiami. Próby wnikniecia do środka zakończyły sie klęską. Niedługo potem yopo przestało działać.

Doświadczenie powyższe, pomimo silnego dyskomfortu fizycznego, opisalbym jako całkiem ciekawe.

Dzień Drugi

Tego dnia odpoczywałm od yopo. No, prawie. Po rozmowie z Kurwikiem postanowiłem, że kolejna próba będzie miała charakter bardziej tradycyjny – tzn. wciągnę yopo za pomoca cisnieniówki, czyli trochę tak, jak Indianie. Aby sprawdzić, jak to wygląda, zmieliłem jedno nasiono, wymieszałem z soda, władowałem do długopisu i szybko wciągnąłem. Objawy psychodeliczne były właściwie identyczne do tych z poranka dnia pierwszego, ale nos zniósł to nieco lepiej niż przy normalnym wciaganiu. Zadowolony z siebie, poszedłem spać.

Dzień Trzeci.

Czyli niedziela, dzień głównego eksperymentu z yopo. Wyprażyłem pięć nasionek, zapakowałem wzystkie niezbędne rzeczy do plecaka i pojechałem rowerem za miasto. Znalazłem dobre miejsce na polu, z którego mialem świetny widok na las i wsie w oddali. Miejscówka piękna sama z siebie, a jednocześnie bardzo ustronna. Romantyzm tego miejsca podkreslały walające się tu i tam zużyte prezerwatywy.

Usadowiwszy się wygodnie, wyłuskałem z łupinek nasionka i zmieliłem w młynku. Jedno mi wypadlo i zniknęło w trawie, dlatego zamiast pięciu zaapalikowałem sobie tylko (aż?) cztery. Dosypałem troche sody oczyszczonej, wymieszałem dokładnie, po czym zapakowałem około jednej trzeciej proszku do długopisu. Puf – i wszystko ładnie wchłania się na śluzówce i zatokach. Nabrałem proszku drugi raz i puf, do drugiej dziurki. Jako, że odczucia nosowe były już dosyć nieprzyjemne, resztę wciągnąłem normalnie, nie ciśnieniowo. Gdy wszystko wylądowało już w nosie, schowałem sprzęt do plecaka i wstalem, coby się upewnić, że nikogo w okolicy nie ma. Odczekałem jeszcze trzy minuty, az wszystko sie ładnie załaduje, po czym dokładnie wysmarkałem nos.

Pierwszym objawem był gwałtowny odpływ sił. Jak i wczesniej, ledwo co mogłem reką ruszyć. Podłożyłem plecak pod głowę i rozłożyłem się wygodnie w trawie. Na początku było dobrze. Zamknąłem oczy i nagle zaczęła się psychodela. Ziemia falowała, uginała się pode mną, tak samo powietrze. Rzeczywistośc wydawała się być z gumy. Wizuali jak na razie brak.

Falowałem tak sobie razem z przestrzenią i byłoby fajnie, tylko ten cholerny dyskomfort fizyczny, osłabienie, cały czas się nasilały. W pewnym momencie nie mogłem swobodnie leżec, jakbym sie nie ułożył, czułem się źle. Usiadłem i otworzyłem oczy.

Świat nabrał barw. To znaczy, wczesniej tez był kolorowy, ale teraz wszystkie barwy były znacznie głebsze, ostrzejsze, wyraźniejsze. Szczegolną uwagę zwracałem na ruch. Trawa falowała, a ruch ździebeł był najwyraźniejszy. Nie zwracałem uwagi na trawę i tak dalej, tylko na sam ruch. Tak, jakby nastąpiło rozgraniczenie rzeczy poruszanej i samego ruchu. Niemalże utożsamiałem sie z ruchem, nie bardzo wiedząc czemu. Nie myślałem o niczym, po prostu obserwowałem. Trwało to około dwóch minut.

Po dwóch minutach coś podeszło mi do gardla. Zapewne śniadanie. Z trudem powstrzymałem się od rzygania. Słabość nasiliła się jeszcze bardziej, zacząłem czuć coś na kształt bólu w całym ciele. Nie był to normalny ból, mógłbym go nazwać „psychodelicznym bólem”, ale to zapewne niczego nie wyjaśni. Jakby tego nie nazwać, miałem dosyć. Chciałem zwymiotować, ale cos mnie powstrzymywało. Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do Sna. Pogadaliśmy chwile, po czym się rozłączyłem. W trakcie rozmowy zauwazyłem, że jedna z chmur wygląda jak wielki dinozaur. Zupełnie jak dinozaur. Czekałem tylko na moment, aż zejdzie z nieba i pójdzie sobie do lasu.

Starając sie powstrzymać mdłości i ból uroiłem sobie, że ktoś idzie po mnie. Przestraszyłem sie strasznie, chwyciłem plecak, wsiadłem na rower i pojechałem. Nie był to dobry pomysł.

Pedałowałem z trudem, ledwo kojarzyłem, którędy jechac. Sześćdziesiąt metrów dalej zatrzymalem sie i usadowiłem pod drzewem. Chcąc zapomniec o dolegliwościach fizycznych, zacząłem podziwiać świat. Obraz był wyostrzony, wyraźny, bardzo kolorowy. Największą uwage zwracałem na ruch przedmiotów i tylko na ruch. Nieważne, co się ruszało – ważne, że to robiło.

Zamknąwszy oczy odkryłem, że pojawiły się CEVy. Kolorowe wiry, tunele, rozmaite przestrzenie. Symetryczne, samopprzetwarzające się fraktale. Mógłbym je podziwiać bardzo długo, gdyby nie ten cholerny ból w całym ciele. Mogłem skupić się tylko na nim. Chciałem, żeby trip już sie skończył. W głowie pojawiło mi się przekonanie, że nie będzie końca – że umrę na polu, naćpany południowoamerykańskimi nasionkami.

Krótki rzut oka na zegarek uświadomił mnie, że minęło dopiero 20 minut. Czas bardzo zwolnił. Po chwili zrobiło się jakby lepiej. Wstałem, wziąłem rower i skierowałem się w stronę drogi. Fizyczne dolegliwości powoli znikały, zacząłem czuć sie normalnie. Zaburzenia obrazu zniknęly, kolory wróciły do normalnego nasycenia.

W któryms momencie zamknąłem oczy. Tak o, żeby zobaczyć, czy coś sie dzieje. Zobaczyłem jeszcze niedobitki CEVów. No, może nie niedobitki. Widziałem coś, co przypominało leśna droge, w nocy. Jechał nią samochód, w moja stronę. Obraz oddalił się, a ja sam zacząłem się zapadać w jakąs studnie o czerwonych ścianach. Poczułem, że lecę – w ostatnim momencie otworzylem oczy, inaczej pewnie bym sie wywrócił.

Powoli dochodziłem do siebie. Dziesięc minut później czułem sie już na tyle dobrze, żeby jechać. Dwadzieścia minut póxniej objawy działania yopo zniknęły zupełnie.

Podsumowując. Czy było warto? Myśle, że tak, ale na następny raz nie mam na razie ochoty. W najbliższym czasie mam jeszcze kilka innych specjałów do wypróbowania.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media