Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

science fiction?

science fiction?

PORA STRAWIĆ TO INACZEJ

Od mojego ostatniego wrzutu dekstrometorfanu minęło 10 dni i można rzec, że pewne rzeczy się ułożyły, wskoczyły na swe miejsce. Zachowuję trzeźwość, tak jak zamierzałem. Zabawa w świadome śnienie + medytacja + joga dają naprawdę zajebiste efekty. Może nawet za dwa miesiące opiszę co i jak się zmienia, oddając cześć tradycyjnej i zdrowej metodzie na zwiększanie świadomości- zwyczajnej kontemplacji. Dziś jednak mam w planach "naprawić" błędy sprzed kilku dni.

Otóż rzucenie się od razu na klawiaturę i napisanie raportu (pt. "Wiedza- najgorsza choroba psychiczna") było czystym przejawem mej chaotyczności. Błędem, jakby nie patrzeć. W pewnym sensie jednakowoż o to właśnie mi chodziło, gdyż zamiarem mym było oddanie jak najbardziej chaotycznej natury umysłu. Po ocenie reportu domyślam się, że czytelnikom mój ostatni raport nie przypadł jednak do gustu :D A po co pisarz (choćby nawet i amator) pisze? Dla siebie? Żeby na starość móc sobie to poczytać i się pośmiać? Nie. Pisarz pisze, aby cząstkę siebie dać innym. Dla tych wszystkich oczu chłonących słowa i doceniających. Myślicie, że ktokolwiek z nas pisałby, gdyby został ostatnim człowiekiem na Ziemii? Nie. Bo i po co?

Tak więc, rekompensując zarówno wam, jak i sobie, ten ostatni szajs, wynikający z nieprzemyślanego stukania w klawiaturę, postaram się wrzucić report z prawdziwego zdarzenia. Proszę tylko o nieocenianie go przez pryzmat wcześniejszego i przez pryzmat substancji, która to za zbyt potencjałową nie uchodzi. 10 dni to sporo czasu, przynajmniej jak dla mnie. Miałem możliwość wszystko dokładnie ogarnąć. I ambicja bierze górę- aż chce się pisać :)

PORA UGRYŹĆ TO Z DRUGIEJ STRONY

Jest ciemno. Zimowy wieczór- jeden z tych długich i przeciągających się od nudy. Choćbyś nie wiem, jakie miał zajęcia, nie wiesz co z sobą zrobić. Czasem tak po prostu jest. Sam nie wiesz, czego chcesz. I ja nie wiedziałem. Jedyne, co mi przyświecało, to jakże chora (co zauważyłem dopiero niedawno) chęć zdobywania. Nie ważne czy to w sporcie, czy to w wiedzy, czy wreszcie metafizycznym oddalaniu się od realiów- chciałem osiągać szczyty. Nie trudno popaść w obłęd samozadowolenia i błędne koło dążeń, jeśli jest się przeświadczonym o wielkim sensie życia i traktuje się go jako jedną z wielu gier. Kiedyś (a dokładnie podczas trzeciego lotu na DXM) stwierdziłem z radością "Mamy dokładnie to, czego chcemy! Wszystko, czego kurwa chcemy!". Dzisiaj już doskonale rozumiem te słowa. Człowiek nie jest jakimś tam pyłkiem i gazem, który tuła się spontanicznie, zmieniając kierunki, przemierzając wszechświat bez konkretnej przyczyny. Przyczyną, sensem i misją jest nasza chęć. Wszystko, czego chcemy.

Mniej więcej godzina 18- Pewien chłopiec zamknięty we własnych czterech ścianach pokoju... albo raczej w czterech ścianach chaosu życia, chce. Tylko czego? Nie do końca sam ma pojęcie. Wiedzy? Porządku? Dumy? Proszę bardzo, skurwysynku!

Wpada na pomysł- dlaczegóż by nie oddać się narkotycznemu uniesieniu?

W pamięci ma miłe chwile, kiedy to ciało staje się lekkie, kroki przyjemne, świat miłujący, a myśli bardzo szybkie. Z nadzieją na relaks, minimalizm i po prostu odcięcie zbędnego ciężaru, czeka do godziny 19:40. Spożywa bardzo lekki posiłek, po czym otwiera paczkę leku przeciwkaszlowego i zachłannie wyciska czerwone tableteczki na dłoń. Konsumuje od razu 15 sztuk, a jako że z niewiadomych przyczyn ma głębokie gardło, wchodzi mu to na dwa razy. Popija mineralną. Rozbiera się i daje nura pod kołdrę. Przez kilkadziesiąt minut ogląda naukowy filmik na yt, świadomie oddychając i maksymalnie się skupiając, co jest jakby nowoczesną formą medytacji (nieco gorszą od klasycznej). Ma nadzieję na dobro. Po prostu dobro.

WSPINACZKA KU SZALEŃSTWU

30 minut od zapodania zaczynają mnie boleć trzewia. W żołądku się przewraca, a choćbym nie wiem, jak zmieniał pozycję, dyskomfort zostaje. Nudności. Wprawdzie czuję, że do pawia jeszcze sporo brakuje, ale wolę nie ryzykować i idę zjeść jabłko, przeświadczony, że trochę za mało spożyłem materii organicznej przed napoczęciem Tussideksu. Chodzi się inaczej. Głowa lekko uciska. Wcześniej, z niewiadomych przyczyn czułem lekki ból w środku czachy, teraz już go nie ma. Jabłko smakuje okropnie- suche, styropianowe, nijakie.

Wracam do pokoju, znów do łóżeczka. Filmik się jeszcze nie skończył, a w głowie już narosło setki pytań, setki odpowiedzi. I jakby zatarła się pomiędzy nimi granica. Nie wiem co myśleć, ale jakoś myślę. Chyba. Zaznaczę, że DXM działa na mnie totalnie nietypowo, bo nie mam żadnego Plateau, tylko raczej dziwną mieszankę. Być może to przez to, że mam niedobór GABA, a może po prostu już od dawna jestem szalony.

Włączam komputer i wchodzę na 6obcy, gdzie odnajduję masę śmiesznych ludzi. Wszystko jest coraz bardziej skomplikowane- ich wypowiedzi, ich intencje, ich osoby- przedstawiają mi się jako ciągi danych, kolosalnie zawiłych. Zaczynam się rozrastać świadomością. Jest to dziwny stan, bo niby dobrze widzę monitor, niby czuję, że siedzę na krześle, niby mam bardzo trzeźwą zdolność oceny, ale... myśli rosną. Rosną. Rosną. Rosną.

Zaczynam czuć, niemalże legendarne już w moim wypadku "SZALEŃSTWO". Nie, nie chodzi mi o stan, w którym człowiek wariuje, bo to normalka, gdy zarzucę deksa. SZALEŃSTWEM zwę "to coś" co z kosmiczną siłą zgniata mój umysł, wisi w powietrzu, nie daje się podjąć żadnej racjonalnej próbie analizy. "Coś" najzwyczajniej w świecie sobie jest i na nic nie wpływa. Za nic nie dowiem się, skąd się bierze. Nie ma żadnej definicji. Nie wiem dlaczego. Nie wiem jak. Ale jest! Kompletnie niezidentyfikowana "energia" albo "stan" wisi w powietrzu. Tak po prostu jest. Dajcie mi milion dolarów, a i tak nie będę w stanie choćby zgadywać, cóż to za czort. Mieliście kiedyś taki stan?

Tak więc- na wielu wcześniejszych tripach "COŚ" mnie przerażało i to właśnie ono było czystym wyznacznikiem szaleństwa. Na tym jednak tripie było marne. Vanitas, popiół, próżnia. Niemalże wcale nie zwracałem nań uwagi, albowiem pod czaszką zaczął się rozgrywać spektakl, o jakim nigdy nawet nie ośmielałem się śnić.

Kompletnie zapomniałem niemalże o wszystkim, a jednak pamiętałem. PARADOKSY- bez nich ciężki trip na deksie nie byłby ciężki. Siedząc na krześle, zastanawiałem się... sam już nie wiem nad czym. Przestałem wgapiać się w monitor, dając akcji się porwać. Byłem w totalnym szoku, że scenarzystą jest tylko i wyłącznie mój cholerny mózg!

Rozpływałem się na wszystkie świata strony, jakbym zupełnie stracił ciało i z łatwością plazmy mógł przenikać uniwersum. Jednocześnie miałem też ciało. NORMALNOŚĆ zdefiniowałem jako stan, w którym masz jeden stan na raz. W moim wypadku stanów było co najmniej kilka. Jak gdyby umysł był kilkoma umysłami.

To kompletnie wymyka się logice i brzmi bardziej obłąkańczo, aniżeli wzywanie sekciarzy do "nawrócenia", ale potrafiłem myśleć tak szybko, tak dokładnie i tak... kompletnie, że oszacowałem zdolności swojego mózgu na milion-kroć większe, aniżeli mam zazwyczaj. Bariery totalnie znikły.

Zapomniałem o czymś takim jak wiedza, logika i porządek. Zapomniałem większości swoich wspomnień. W pewnej chwili złapałem się na tym, że chcę sobie przypomnieć, kim jestem. Nie wiedziałem...

Zamiast tych wszystkich "materialnych" wyznaczników myślenia, takich jak punkty odniesienia, kalkulacja, chłodne "za i przeciw", pojawiły się niemalże nieludzkie formy myślenia. Zupełnie, jak gdybym myślał tak, jak myśli wszechświat.

Bania była tak ostra i niesprecyzowana, że kolejny raz zmieniłem się w słup soli. Krawędzie, kontury rzeczywistości- niczym mydlana bańka momentalnie rozrywały się i przestawały jakkolwiek mnie ograniczać. Wyobraźnia przejęła ster, niosąc mnie, niczym kapitan Costa Concordia, ku zniszczeniu.

Dokończyłem robić coś, co tam robiłem, obejrzałem filmik i nie potrafiłem pojąć, o co w nim chodzi, bo chodziło o setki możliwości. Tak jakby wszystko stało się wszystkim.

Patrzę na dywan- faluje. To już nie dywan, a elementarna, niemalże nieodłączna składowa mojej głowy, mojego świata i mojego chaosu.

Nawet chaos był za mały- zaczął skrupulatnie i potulnie układać się w wiedzę. Wchodziłem na coraz to wyższe "poziomy" rozpatrywania pojęć abstrakcyjnych, czując, jak nieład walczy z porządkiem, dobro ze złem, czas z bezruchem.

Zapytacie- kto wygrał?

NIKT.

Nie było żadnej walki.

Zrozumiałem, że spory to tylko iluzja. Nie ważne na ilu poziomach je widać, nieważne jak cholernie długo się rozgrywają- nie ma żadnej bitwy między stronami. Wszystko jest po prostu fenomenalną doskonałością. Taką, jaka ma być. Taką, jaka była. Taką, jaka jest i będzie. Nieopisana wielkością struktura idealnego świata uderzyła mnie jak tsunami. Płakałem ze szczęścia. Ponownie.

Myśli się schodkowały. Były coraz wspanialsze. I choć nie czułem czasu (a wręcz zdawało mi się, że całe moje poprzednie życie to tylko efekt tej bani, którą mam obecnie), narastałem. Zaczynając ogarniać coraz to większe poletko swoją boską nadświadomością, rozumiałem takie rzeczy, takie stany i takie emocje, o których za chuja na trzeźwo nawet nie da się pomyśleć.

Wszystko było przejawem jednej i tej samej idealności. Ja- niepozorny, uśmiechnięty, zapłakany osobnik na krześle, trzymający się za głowę i co jakiś czas w nią uderzający w geście "EUREKA!", czułem się jak Bóg. Pomyślałem o biblijnym Jahwe i to, co pierwsze mi się z nim skojarzyło- współczucie.

Byłem boską formą synestezji. Przez ten moment, trwający zaledwie 3 godziny, jednak niepojęcie długi, w rękach, głowie, w całym ciele miałem taki poziom potęgi, że wszystko przerosłem. I stało się dokładnie to, czego chciałem- dokonać niemożliwego.

Poszedłem się odlać. Myję ręce, a w lustrze osobnik skrajnie przystojny, z tak aroganckim i pewnym siebie uśmiechem, że to nie mogłem być ja :D Wszystko było tylko plasteliną, a moje ręce- FORMĄ. Formą, która może kształtować i dowolnie zginać świat.

To jakiś kosmos- cieszyłem się jak nigdy z tego, czego właśnie doświadczam. Jednocześnie byłem skalą tego przerażony. Coś jak "Bruce Wszechmogący". Zabawa w kolosa i przybranie formy oka w piramidzie spoglądającego na wszechświat jest najlepszym doświadczeniem, jakie kiedykolwiek miałem.

Patrzę na szafę- lata po polu widzenia. Ogółem pokój cały wydawał się kręcącym placykiem zabaw. Paradoksalnie, pomimo doskonałego samopoczucia się w świecie abstrakcyjnym, ten materialny też pozostawał ważny i mogłem z lekkością poruszać ciałem, decydować co zrobię, zachować czujność i przytomność postrzegania.

Kochałem wszystko.

Kochałem siebie.

Ciebie.

Nas.

Was.

ISTNIENIE.

Każde słowo, jakie napisałem (bo potem oddałem się spisywaniu tego, co czuję, na gg) było doskonałe. Wartościowe. Emanowało emanowaniem.

Wbijam na łóżko- okrywam się. Jest mi tak dobrze. Faza jakby zmieniała swój nurt co chwilę, pozwalając mi cieszyć się drobnostkami.

Czuję ciężar wiedzy. Ciężar i odpowiedzialność bycia w tym labiryncie zrozumienia. Wszystkie paradoksy nagle otrzymały rangę puzzli dla dzieci z 4 elementów. Wszystkie osoby, o których pomyślałem, stawały się jasnym światłem.

Czułem się jak emocjonalnie dojrzały owoc. I jednocześnie jak nieco przegniły. I co najśmieszniejsze- jako nasionko, które nawet nie ma zamiaru kiełkować.

Empatia rozsadzała mnie do tego stopnia, że wysyłałem każdemu na świecie promienie miłości i dobra. Chciałem dzielić się... wszystkim! Jak to powiedział ktoś mądry: "Miłość- jedyna rzecz, która się mnoży, gdy dzielisz ją z resztą"

Płakałem zarówno z radości, jak i takiego prostego, człowieczego "nie jestem godzien!". Mimo iż chciałem doznać takiej petardy, okazało się, jak zwykle, że mnie przerasta.

Wszystko zaczęło mi się przypominać i układać, a ja widziałem świat jako coraz prościejsze i jednocześnie skomplikowane puzzle. To było tak cholernie wielkie skupisko danych!

Czułem się kilkoma osobami jednocześnie, w kilku wymiarach (albo i kilkuset), niezależnymi od niczego, mogącymi być, kim tylko im się wymarzy. W tym momencie przekonałem się na sto procent, że po śmierci, bynajmniej, końca nie ma. Chociaż- zależy, co rozumiecie przez "koniec"...

Na najgłębszym poziomie istnienia nie ma żadnych praw- tak to zrozumiałem. Paradoksalnie nic nigdy nie będzie najgłębsze, ostateczne i graniczne- wszystko jest totalnym fraktalem, pod każdym względem i jakkolwiek byście tego nie rozpatrzyli. Czułem. Więc wiem.

Im głębiej wbijasz w nadświadomość, tym bardziej wszystko staje się plastyczne. Im niżej jesteś w istnieniu- tym mniej. Prowadzi to do prostego wniosku, że jak na razie to jesteśmy amebami wszechświata.

Niekiedy materia to za mało. Wspinałem się na poziomy "widzenia" jakby nie było końca, z tak banalną łatwością i tak niemowlęcą prostotą, że naprawdę jestem pewien tego, co teraz napiszę- KAŻDY JEST BOGIEM.

Mimo swojej małości składamy się na coś szalenie niepojętego. Składamy się na absolut. Wniosek jakże prosty, a jakże skomplikowany.

Wszystko ma swoje warstwy i każdy z nas się kurwa wspina. Każdy ma swoją górkę, swoje podnóże i swoje szczyty.

Minęło 4 godziny, a fazka stawała się od tego momentu słabsza. Pytałem siebie w duchu, po co ja do cholery coś takiego przeżyłem? Wprawdzie bez strachu i nieporozumień, bo mogłem wszystkim władać, ale... nie mogłem władać sobą- tym najgłębszym. "Wiedza" parzyła jak ogień.

Sytuacja robiła się coraz bardziej spokojna, a ja stwierdziłem, że od tej pory muszę zostać prymitywem. Nie chcę już nic więcej. Tylko świętego spokoju.

I gdzieś koło 2 w nocy udało mi się zasnąć. Obudziłem się z gigantyczną dziurą w pamięci- czarną dziurą.

--------------------------------------------------------------------------

Geniusz naszego istnienia- choćbyś ugryzł go milion razy i tak cię czymś zaskoczy. Nowym smakiem. Czymś jeszcze bardziej zajebistym.

Ocena: 

Odpowiedzi

Im więcej Cię czytam tym bardziej mam wrażenie, że to nie miejsce ani hobby dla Ciebie. Jaranie się deksem jakby to były nie wiadomo jakie wrota percepcji to trochę jak wychwalać Tatrę Mocną, że otworzyła Ci drzwi kunsztu piwowarstwa. Nie żryj tego. To żenada dla gimbusów. A tworzenie wokół tego super otoczki mega mistycyzmu i doznań duchowych, to jeszcze większa żenada. DXM to dysocjant, czytaj, odkleja od rzeczywistości i tylko tyle. Nic więcej. Nie ma w tym nic głębszego niż ślina na ziemi. Żadnych objawień, żadnych rewelacji, a jeżeli takowe miałeś, to wzięły się tylko i wyłącznie z nadmuchanego ego i ignorancji w temacie.
P.S. Raporty o blancie to jeszcze poziom niżej, za niedługo ludzie zaczną opisywać doznania po Viceroy'u czerwonym z ziomkiem na pół, jprdl xD Jeżeli aż tak mocne masz doznania po bacie (czytałem poprzednie raporty) to polecam poważnie zastanowić się czy nie masz predyspozycji do schizofrenii, spytać o dziadków/pradziadków itd., bo to nie jest normalne, a zielsko może tego typu predyspozycje właśnie uaktywnić
P.S. 2 Ewidentnie widać, że jesteś człowiekiem młodym. Równie ewidentnie widać, że traktujesz to zdecydowanie zbyt na serio i dopisujesz do tego nie wiadomo jakie ideologie i filozofie. A najewidentniej widać, że nie masz kompletnie pojęcia na temat rzeczy o których piszesz. Dobra rada: polecam trochę poczekać, dojrzeć, dojść do punktu w którym mógłbyś to robić bardziej świadomie i z większą wiedzą. I na pewno nie bawić się więcej zabawkami z apteki. Jeżeli już poważnie chcesz rewelacji, kosmosu, wszechświata itd., to zaopatrz się w przyszłości w dobre psychodeliki: grzybki lub LSD.
Pozdrawiam cieplutko.

Trochę mi to przypomina podejście typu "nie da się i tyle". Niestety- da się :v Wychodzisz z założenia, że wszystko musi działać na każdego tak, jak jest gdzieś zapisane, co w sumie jest dość zrozumiałe, bo każdy musi sobie jakoś uśredniac światopogląd. Sedno wszystkiego tkwi jednak w potędze umysłu. Powyższego przeżycia ani sobie nie wyobrażałem, ani nie przerysowalem, ale myślę, że traktując od razu pewne rzeczy jako ograniczone i niezdolne do niczego " więcej" niż potocznie się uważa, ograniczamy sami siebie.To alegoryczna sytuacja do " nie wycisnę rekordu na sztandze i over, więc nawet pod nią nie podchodzę". 

 

Uwież, że bez powodu bym się nie jarał, a jeśli by deks nie miał dużego potencjału, nie zmiatałby mnie tak mistyczne. To, że gimby "ćpajo" dla zabawy, w żadnym stopniu nie umniejsza tego, co deks potrafi, jeśli się go doceni, zupełnie tak, jak fakt, że jakiś ćpun zacpa sobie raz DMT dla zabawy, nie sprawia, że DMT to szajs.

 

Co do zielska- myślę, że to kwestia czystości umysłu. Zajebiście zdrowo się odżywiam i to może przekładać się na lepszą pracę zwoi. Schizofrenia już daaawano by mi się uaktywnia, po schizach jakie miałem. Jako ciekawostkę dodam, że kilku moich ziomków miało podobne tripy po deksie i po zielsku, a to bardzo zdrowi i normalni ludzie :v

 

Dzięki za radę, na pewno z apteką nie będę przesadzał, a "poważniejszych" substancji kiedyś skosztuję. Fakt, że jestem mlody, nie powinien sugerować, że niepoważny i niemający wiedzy o tym, co robię. Filozofia to część mojej codziennosci, więc nie dziwi fakt, że takie i owakie ideologie i przemyślenia atakują mózg w czasie tripa. Nie chodzi o moje racje i światopogląd, a to, żeby w ogóle jakoś rozkminiać, poznawać różne strony życia. I nie tylko dzięki psychodelikom. Całe życie to proces doskonalenia się. Dróg jest cholernie wiele, nie ma co się rozczłonkowywac na "słuszne i niesłuszne", gdyż wszystko i tak jest względne :D Co oczywiście nie znaczy, że mam zamiar mieć wyjebane na całe życie i tak dalej. Umiar. Wszędzie i zawsze.

Doskonale zdaje sobie sprawę, jak komicznie moja postać jest odbierana na tej stronie i jak wiele osób pewnie się podśmiewa w duchu. Ale teksty za nic nie oddadzą całości i tego, kim jestem " na serio", niestety nie wie nikt, łącznie ze mną :D Wszystko jest o pierdyriald razy bardziej zawiłe niż można przypuszczać. Szanuję Twoje zdanie jako starszego w temacie i pewnie dużo lepiej, pewniej stąpającego po Ziemii, aczkolwiek nic ani nikt nie jest w stanie doskonale i obiektywnie ocenić, więc naturalnie ja sam podążam nieco innymi torami rozumowania. Nie dzielę na "lepsze i gorsze"- po prostu prawd jest tyle, ile ludzi. Dlatego świetnie rozumiem Twój punkt widzenia, jednakowoż mam swój, trochę odbiegający.

Dzięki za opinię i również pozdrawiam :) 

Możesz być dumny, zalozylem specjalnie konto na neurogroove zeby odpowiedziec na ten koment, bo nie znosze przejawów ignorancji u ludzi.

Moim zdaniem trip raport świetny. Sam miałem podobne przeżycie mistyczne, tylko że po pierwszym razem i z 300mg DXM. Miałem podobne wrażenie, że odpowiedz na każde pytanie jest oczywista, jesteśmy jednością i też płakałem ze szczęścia bo wypełniało mnie wewnętrzne światło które dawało mi niesamowite uczucie (taka euforia jakiej nic mi jeszcze nie dalo, a doswiadczenie mam spore).

A no wlasnie- co do doświadczenia które kwestionujesz u młodszego kolegi. Ja próbowałem juz "dobrych psychodelikow" jak LSD czy grzybki. Jest to zupełnie co innego i wg. mnie do tripów dysocjacyjnych się nie umywają. Dysocjanty odcinają cię od zmysłów, przez co jesteś w stanie bardziej skupić się na swoich myślach i przeprowadzać w nich dialog, a także przeżywać silne uczucia mistyczne. Jeżeli zatrzymales się na poziomie brania paki acodinow i picia dwoch hehe piwek w gimnazjum, to w sumie ty jesteś ignorantem a nie OP :). Bez obrazy oczywiście, ale wyjechałeś ze swoją oceną zbyt chamsko. To, że ty nic po tym takiego nie przezyłeś, nie znaczy ze inni nie mogą i denerwuje mnie fakt od razu oceniania swoją miarą. Może dodam tu niedługo swój TR z Salvii Divinorum, mam nadzieję, że nikt mi tam nie wyskoczy z tekstem w stylu nie żryj tego, nic głębszego niż ślina na ziemi i że jeśli coś przeżyłem to moje nadmuchane ego(bo jak wiadomo to tez dysocjant). Proszę uczmy się kultury dyskusji :). Pozdrawiam.

Cieszy mnie niezmiernie, że ktoś podziela moje zdanie i że jednak nie jestem schizofrenikiem :D Też myślę, że dysocjanty są potęgą właśnie przez to, że odcinają pewne części umyslu. Z LSD również miałem kontakt, ale z małą dawką, a problemem jest to, że również działało na mnie dość nietypowo. Ludzie nie są jak telefony- fabrycznie identyczne. Każdy umysł to zupełnie inna księga.  

 

Pozdro :)

Jeżeli to dopiero początek twojej drogi to radzę się jesli chodzi o psychodeliki (nawet MJ) bardzo ograniczać.

Na mnie MJ, LSD działały też bardzo nietypowo. Żadne z nich nie określałbym dla siebie jako przyjemnych. Po jakimś czasie stany paranoidalne wkradły się również po zażywaniu alkoholu (do tego nie możliwośc spania, koszmary, paralize przysenne i CEVy). Teraz czuję się niestety trochę dziwnie i wolę o tym nie wczytać ani sobie nie wkręcać. Nie mówię nic, ale radzę uważać :), bo wydaje mi się, że masz tak samo jak ja dość dużą wrażliwość na doznania widzę (dostrzegamy troszkę więcej ;)), ale niestety każdy kij ma dwa końce. Teraz został mi już tylko GBL i z nim czuję się najlepiej :3

Racja, też jestem zdania, że wrażliwość to w równym stopniu błogosławieństwo jak i przekleństwo. Będę ostrożny. Jak cholera.

Zajrzyj do skrzynki jeśli mozesz :)

Bo nie wiem jak to tutaj działa a napisałem ci wiadomość.

Masz wiadomość !

jaka to jest forma ''medytacji klasycznej''? czemu ''nowoczesna'' ma być gorsza?

"Nowoczesna" to tylko moje określenie :D W medytacji ogólnikowo chodzi o skupienie się na sobie i bycie "tu i teraz", a także wyłączenie umysłu. No i świadomy oddech. Można to robić klasycznie, czyli siedząc, zamykając oczy i powtarzając jakąś dźwięczną sylabę, albo "nowocześnie", czyli metodą ludzi zabieganych- medytować w trakcie wykonywania jakiejś mało złożonej czynności. Na przykład można podczas mycia naczyń, sprzątania, gotowania, etc. Próbowałem obu wersji i tak po sobie wnioskuję, że ta tradycyjna jednak lepsza, bo możesz się dużo łatwiej skoncentrować. Ile ludzi, tyle preferncji- niektórym skupienie się może iść łatwiej, więc nawet podczas pozornie złożonych zadań mogliby wyłączyć  na chwilę myślenie, jednak ja mam taką trudność, że nie potrafię :D I właśnie dlatego wyciągnąłem wniosek, że jak już mam się odłączyć, trzeba znaleźć czas i siąść na czterech literach w ciszy.

 

Mówisz o tzw. uważności (sam wolę określenie czujność). Wszystko jasne, nie mylił bym tego z medytacją.

Tu i teraz jest masa myśli. Ciśnięcię sie na z góry założony efekt to nie to. Bierz jakie jest, z myśleniem i swoim aktualnym stanem, będziesz miał po ''nowoczesnemu''.

Jest bardzo dużo form medytacji, jedne stawiają właśnie na uważność, inne na wyłączenie. Co kto lubi :)

 

Tak, ciśnięcie się na coś faktycznie za bardzo fajne nie jest, ale powolne dążenie do panowania nad swoim umysłem- w mojej opinii tak. To taka cholernie skomplikowana maszyna, a jeśli chcę ją nieco boostować, muszę ją czasem kontrolować :)

 

Rzucę po raz n-ty swoją ulubioną maksymę: Umiar wskazany zawsze i wszędzie :) Dążę do wyśrodkowania się. Zarówno myślenie, jak i nie myślenie jest dobre. Zarówno staranie, jak i poddanie. Tak to przynajmniej widzę.

 

Pozdro ;)

Kurwa, ile dzieci w Afryce nasyconych.

Mega trip raport. Nigdy nie zazywalam tej subs ale miewalam takie stany na innych. Pozdrawiam i zycze wiecej pozytywnych tripow

Może być tysiąc , a nawet milion teorii na budowę Wrzechświata lub ogółu istnienia, bytu... ale jest tylko jedna prawdziwa PRAWDA.. ta, w którą TY wierzysz :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media