Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

sąd ostateczny

detale

Chemia:

raporty kacyk

sąd ostateczny

Set& Setting: cały trip w moim pokoju, prawie cały w łóżku, noc.

Dawkowanie: 100mg 4Aco-DMT+100mg 4Ho-Met, średniej wielkości konopny joint. Waga: prawie 80 kg cielska, mężczyzna.

Doświadczenie-Marihuana, haszysz, DXM, kodeina, tramadol, alkohol, fajki, nikotyna, benzydamina, mnóstwo różnych benzodiazepin, 4Aco-DMT, 4Ho-Met, mieszanki ziołowe z różnych sieci kolekcjonerskich, i pewnie mnóstwo zapomnianych substancji (miałem bujną młodość).

Czas-Jakoś od 21 do 6 rano, dokładnie trudno określić

Koniec września, ostatnie ciepłe dni, wieczór, wiatr wyje sonatę dla schnących drzew, wybieram się na przechadzkę ulicami mojego miasta, niecierpliwie czekając na ceremonię, do której mam dzisiaj przystąpić. Spotkałem znajomego rozkoszującego się chmielowymi napitkami, wybraliśmy się na obrzeża miasta, aby obserwować zachód słońca.

Rozprawialiśmy o zabałaganionym świecie, w którym ludzie zamieniają wartość życia na papiery wartościowe, a szczęście na uznanie w oczach innych. Wracając do domu, byłem już sam, mrok powlekał ulicę, lampy zapalały się, mrugały, jak na filmach z początku 20 wieku, brakowało mi tylko długiego płaszcza i cylindra.

Wbiegłem do domu, wsypałem do wystudzonej herbaty po 100 mg 4Ho-Met i 4Aco-DMT. Patrząc na niewinną filiżankę wypełnioną brunatnym płynem i ogarniało mnie przerażenie....

Czy na pewno? Czy ja? Czy jestem tego godzien?

Skręciłem jointa z małomiasteczkowej sztuki marihuany z odrobiną mięty, położoną się pod kołdrę, wystawioną w bok ręką mieszałem stojącą na nocnym stoliku herbatę.

Przechyliłem kubek wlewając wszystko w siebie, rozluźniłem przełyk, troszkę ze strachu, a troszkę, by nie czuć smaku. Prostując nogi, odpaliłem skręta, z głośników leciało polecone mi przez pewnego miłego pana specjalnie na tą okazję „Ly-O-Lay-Ale-Loya” grupy Sacred Spirit, taka jakby ludowa muzyka indiańska. Nie mogłem dopalić ganji do końca, odchyliłem głowę i oparłem ją o poduszkę. W głowie tańczyły mi bąbelki w zimnych metalicznych kolorach, czułem, jak moja głowa otwiera się, i staję się wielkim tętniącym organizmem ogarniającym cały dający się poznać byt.

Słyszałem płacz dziecka, nieopisane krzyki, otwarłem oczy, halucynacje słuchowe minęły, cały mój pokój pokryta była gęstą, acz przejrzysta warstwa purpurowo-bordowych fraktali.

Próbowałem skupić się na doniczce z kwiatkiem, która stała na szafce naprzeciwko mnie, ale jakoś nie szczególnie mi to wychodziło. Doniczka ruszała się, tańczyła, w pewnym momencie zaczęło mi się wydawać, że kwiatek robi się coraz rzadszy, wstałem i przyniosłem doniczkę obok swojego łóżka, nie chciałem, żeby kwiatu stała się krzywda.

Wpatrywałem się w nią dalej, jednak byłem OKROPNIE rozproszony, aż w pewnym momencie odpadłem, położyłem się bezwładnie, jakby nieprzytomnie na łóżku, wpatrując się w zielony ekran, który zajął całe pole mojego widzenia. Usłyszałem głos dojrzałej, ale szczupłej (twierdzę też, że była ruda, i pilnowało ją 2 mężczyzn, ale nie miałem z nimi kontaktu) kobiety, która spytała mnie, czy chcę poznać prawdę na swój temat, a na ekranie pojawiły się 2 przyciski, jeden czerwony, drugi błękitny, na czerwonym napisane było „Nie” na błękitnym „Tak”.

Sytuacja bardzo przypominała wybór pigułki przez Neo w „Matrixie”.

Podążając za wrodzoną ciekawością, za pomocą świadomości nacisnąłem „tak”, jakby telepatycznie zostały mi przekazane informacje, że jestem zmanipulowany przez chemikalia, które mnie stworzyły i zawładnęły moim umysłem, tworząc obraz świata, który wydaje mi się być prawdziwy.

Obecnie uważam to za metaforę wpływu neuroprzekaźników na odbiór rzeczywistości, ale wtedy wydawało mi się to przerażające.

Dochodziły do mnie informacje, jakobym był stworzony przez wyższą, niematerialną cywilizację, w celu wypełniania dla nich jakiegoś zadania. Najbardziej przeraziła mnie wizja, w której siedziałem sobie na krześle, pisząc coś w zeszycie, jednak co 15 sekund podchodził do mnie z tyłu mężczyzna w białym fraku, jakby lekarz, wbijał mi w kark strzykawkę i wprowadzał do krwiobiegu substancję, która kasowała mi pamięć i cofała czas o właśnie 15 sekund. W tym momencie wizja zaczynała się od nowa. Trwało to jakiś czas, dość długo, ale w końcu jakoś sobie z tym poradziłem. Na moment wróciło mi czucie w ciele, w różnych miejscach swojego ciała co chwile odczuwałem coś w rodzaju orgazmu, całkiem jakbym się spuszczał, tyle że ręką, kolanem, czołem, okiem, plecami. Muszę przyznać, że było to o tyle przyjemne, co przerażające. Chwilę po tym zdarzeniu usłyszałem przerażający i głośny śmiech, nie wiedziałem wtedy, kto się tak śmieje, chociaż się cieszyłem, ale na prawie 100% byłem to ja.

Spotkałem też dziwną istotę, nie wiem, czy dobrze pamiętam jej nazwisko, ale było to chyba coś w stylu „Doktor Fiodorowsky” (w każdym razie jakoś tak wschodnio-słowiańsko). Istota stworzyła „nasz” świat, jako jakiś eksperyment naukowy, mający przynosić niesłychane korzyści w jej świecie. Pokazywała mi ona tajniki swojej pracy, świetnie je wtedy rozumiałem, i pomagałem jej, jednak dzisiaj nie jestem w stanie pojąć nic z tego, co tam widziałem. Co do pomocy - miałem misję, żeby przetłumaczyć jakieś zdanie z naszego świata na język tej wyższej społeczności w której żyje Fiodorowsky. Słowa były praktycznie takie same, ale jakby odwrócone lub pozamieniane kolejnością, i znaczyło to wtedy zupełnie coś innego, niż normalnie. Początkowo miałem problem, żeby to zrobić, po kilku próbach udało mi się to jednak, i dowiedziałem się, że za 256 lat ktoś dostanie za dokładnie coś takiego Nagrodę Nobla...

Słońce w wielobarwnych płomieniach rozbłysło na papierowym niebie rozświetlając wszystko w zasięgu wzroku.

Poczułem ogromne doładowanie energią, wstałem, świat był jeszcze rozmyty, jednak ubrałem się, i wyszedłem spacerować po mieście. Spacerując byłem już praktycznie trzeźwy, przynajmniej w porównaniu do głównej części tripa. To była chyba godzina 6 rano. Rozbawił mnie strasznie uciekający przede mną czarny kot.

Doświadczenie wpłynęło na moje późniejsze życie, do teraz czuję połączenie lęku z mobilizacją. Muszę działać, bo przecież nie wiadomo jak długo jeszcze będę żył, ani co mnie spotka po śmierci, jedyne co mam to dzisiejszy dzień.

Przepraszam za niedogodności przy czytaniu, ale bardzo trudno było mi opisać doświadczenie tak odległe od tego, z czym spotykam się zazwyczaj.

Ocena: 

Odpowiedzi

Szczerze mówiąc, to mi wygląda na niedokończony wpis. Coś się ni stąd ni zowąd urywa. Brak puenty. Brak wniosków. Brak opisu dynamiki doświadczenia.

Koniec wymagał dużej redakcji, aby w ogóle był zrozumiały. Popraw, jeśli coś wyszło nie tak.

Poprawiłem, co się da. W sumie racja, chyba nikt nie wiedział, że wybierając się na spacer byłem już praktycznie trzeźwy:).
O dynamikę na prawdę trudno w tym opisie, gdyż nie dane było mi doświadczać tego, co zazwyczaj nazywa się czasem.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media