Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

psychodeliczne kaszuby

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
80 grzybów typu Psilocybe Semilanceata.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Otoczenie starych, dobrych znajomych; domek na Kaszubach.
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
2 razy miks 25B/25C-NBOMe, marihuana dośc często.

raporty nepenthe

psychodeliczne kaszuby

Psychodeliki wkradły się do mojego życia zupełnie niespodziewanie. Pamiętam siebie sprzed trzech lat i muszę przyznać, że kiedyś nie do uwierzenia było dla mnie zażywanie tak mocnych substancji. Los miał najwidoczniej w stosunku do mnie nieco inne plany. Stało się, ciekawość i fascynacja ostatecznie wygrała z silną wolą. Dnia 18 października postanowiłem zjeść te owiane mistyczną tajemnicą, niepozorne grzybki. Duża ilość jak na pierwszy raz wynika z tego, iż dzień wcześniej zarzuciliśmy z kolegą po półtora blottera miksu 25B/25C-NBOMe. Obawiając się tolerancji krzyżowej (wydaję mi się, że zupełnie niesłusznie) przyjąłem dwukrotną dawkę. To tyle tytułem wstępu. Opowiem teraz nieco o Set & Settings.

 

Wyjazd na domek zaplanowaliśmy o godzinie 19:00 w piątek 17 października. Wraz z trzema kolegami (chcąc pozostać w miarę anonimowy będę używał tylko pierwszych liter) K., B. oraz M. zaopatrzyliśmy się w stosunkowo niewielką, jak się później okazało, ilość MJ. Do tego zakupiliśmy także wspomniane wyżej blottery. Około godziny 21 byliśmy już na miejscu. Domek kolegi K. jest piękny. Utrzymany w górskim stylu, z drewnianą elewacją oraz drewnianym wykończeniem w środku. Niezapomnianego uroku i klimatu dodaje również rozpalony kominek, którego gra świateł i cieni płatała nam na psychodelikach różne figle. Można powiedzieć, że lokalizacja wręcz idealna do "podróży". Krótko przed 22 wraz z K. wszamaliśmy kartony. Faza po NBOMe'ach nadaje się na kolejny trip raport, w związku z czym pominę tę część historii. Położyliśmy się spać o godzinie 4:20 dość mocno pijani.

 

Następnego dnia obudziliśmy się krótko przed 14, dobrze wypoczęci i pełni sił. Zjedliśmy śniadanio-obiad i wyruszyliśmy szperać w lokalnych łąkach. Po sprawdzeniu jednej miejscówki znajeźliśmy tylko pojedyńcze sztuki łysiczek, jednak nie zniechęciło to mnie i kolegi M. Podczas gdy K. oraz B. udali się w kierunku domku, my dzielnie buszowaliśmy w trawie. Łąki były odpowiednie: kępy trawy krótszej i dłuższej, pasące się konie. Pogoda również była iście grzybowa. W końcu się udało, znalazłem pierwszą w swoim życiu rodzinę psylocybków, która liczyła 20 parę sztuk. Takich stad znaleźliśmy jeszcze kilka więc do domku przynieśliśmy około 150 grzybków. Ciężko określić moje uczucia co do tego zbioru. Z jednej strony czułem ekscytację a z drugiej... jakby pustkę. Kolega M. zażyczył sobie 30 sztuk pokrojonych na małe kawałki, wrzucone do jogurtu pitnego. B. poprosił o 40 sztuk, K. odpuścił tego dnia fazowanie a ja, coż, ja wszamałem resztę, czyli 80. Wraz z B. posiekaliśmy nasze porcje na małe kawałki a następnie dodaliśmy je do kanapek z pasztetem i ogórkiem. B. utrzymuje, że smak w cale nie był taki zły, natomiast ja musiałem zapijać swoją bułkę Nestea i momentami było naprawdę ciężko. O godzinie 20:05 było już po sprawie. Teraz pozostało nam tylko czekać.

 

Po niespełna 20 minutach zacząłem odczuwać napływające fale dziwnych emocji, wrażeń. Leżałem na łóżku wraz z kolegą M., zaś B. i K. poszli wygrzać się w saunie. Pamiętam dokładnie moment kiedy wiedziałem już, że grzyby wejdą mocno. W celu załatwienia potrzeby fizjologicznej oraz skontrolowania źrenic po 40 minutach wstałem z łóżka. Wtedy się zaczęło. Poczułem bardzo charakterystyczny dla mnie objaw zażycia środku psychodelicznego. Mianowicie uda rozbolały mnie tak, że ledwo mogłem chodzić. Bardzo specyficzny bodyload, jednak nie kojarzę tego uczucia jako nieprzyjemne. Dotarłem do toalety i zerknąłem w lustro. Źrenic emiałem już dosyć mocno rozszerzone, byłem podekscytowany. Dzieliłem się swoimi odczuciami z kolegami. Co chwilę zaglądałem do sauny i opowiadałem jak się czuję. W miarę szybko wróciłem jednak na kanapę i usiadłem koło M. Niedługo potem dołączyła do nas pozostała dwójka. B. też stwierdził, że zaczyna się czuć coraz dziwniej i zupełnie się tego nie spodziewał. Przytaknąłem mu po czym obydwoje zaczęliśmy się śmiać. M. również dostał niesłychaniej śmiechawki. Zrobiło się bardzo wesoło, w telewizji leciał James Bond, którego oglądało się wręcz wybitnie. Niespełna o 22 K. już mocno chrapał. Zostaliśmy tylko we trójkę. Świadomi, chociaż nie do końca. Kolega M. zrobił się bardzo cichy. Prawie w ogóle się do nas nie odzywał, zamknął się w sobie. Zaczął się pierwszy natłok dziwnych myśli, jednak towarzystwo B., z którym chodziłem do gimnazjum, skutecznie odciągało wszystkie przykre rozterki. Wspominaliśmy, wiedzieliśmy, czuliśmy. Więź była niesamowita, czułem, że ten człowiek dopiero teraz po raz pierwszy się przede mną otwiera. Było naprawdę rewelacyjnie. Zasugerowałem odetchnięcie świerzym powietrzem i zapalenie papierosa na tarasie. Wszyscy w trójkę zgodnie ubraliśmy się i wyszliśmy na dwór. Dodam tylko, że musiałem wyglądać przekomicznie, ponieważ cały czas miałem problemy z koordynacją ruchową. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi. Może mi się wydawało? A może nie... Chwile spędzone na dworze były wyjątkowe. Kontakt z naturą sprawił, że zacząłem pojmować wszystko. Odkrywałem. Mnóstwo myśli zaczęło napływać do mej głowy. Na mnóstwo pytań odnalazłem odpowiedzi. Zacząłem dostrzegać sens wszystkiego, wyznaczać sobie cele. Przyszło mi także zastanowić się nad obowiązkami co trochę mnie przybiło, aczkolwiek skutecznie wyrwałem się z tego krótkiego amoku. Weszliśmy do ciepłego domku. Ułożyliśmy się wszyscy koło śpiącego K. na kanapie i zaczęliśmy szukać jakiegoś filmu. Trafiliśmy na "Wesele" Smarzowskiego. Oglądało się przyjemnie, działanie grzybów spotęgowało jednak odbiór tej marnej rzeczywistości ukazanej w filmie. O dziwo nie przyprawiło nam to bad tripa. Wkrótce film się skończył a po nim nastąpiło coś, co zasługuje na osobny akapit.

 

Nieco zmęczeni telewizorem zapragneliśmy, wręcz musieliśmy posłuchać muzyki. Było to, przynajmniej dla mnie, przełomowe wydarzenie w tej podróży. Po stosunkowo długiej walce ze sprzętem audio zaczęło się. Melancholijne, nad wyraz smutne dźwięki Stevena Wilsona przewierciły moją osobowość w każdym calu. Czułem ten smutek, tę tęsnknotę za niewiadomo czym. M. domagał się zmienienia utworu, ale ja nie mogłem już nic z tym zrobić. Słuchałem. Cierpiałem... Pod koniec utworu wróciłem na ziemie i czym prędzej go wyłączyłem. Położyłem się na kanapie koło kolegów, twarzą do materaca. Faza stała się nad wyraz przytłaczająca. Widziałem mnóstwo fraktali, które układały się w malownicze, leśne krajobrazy. Jednocześnie nie wiedziałem już nic. Beznadziejność zaczęła nade mną panować. Oznajmiłem B., że nic już nie wiem, że jest mi ciężko. Dzieliłem się informacjami, lecz czułem, że jestem sam. Sam w swojej głowie. Zamknięty. Znaczną chwilę zajęło mi dojście do siebie. Momentami myślałem, że naprawdę nie dam rady. Przyszła jednak chwila ogarnięcia. Pomyślałem, że warto by posprzątać trochę syf jaki narobiliśmy. Tak też zrobiłem, co dało mi nowe siły. Euforia wróciła, byłem z siebie dumny, że potrafiłem wyjść z tego mrocznego zaułka. Znów usiadłem koło kolegi B. W telewizji zlaneźliśmy film "Wzgórza mają oczy". Nie zrobił on na mnie najmniejszego wrażenia. Wciąż tylko myślałem, że to co przeżyłem przed chwilą było stukroć bardziej przerażające od tego filmu. Kolejne dwie godziny minęły w dość dziwnym, pogrzybowym nastroju. Kończyło nam się drewno do kominka i czuliśmy się co raz bardziej senni. Około godziny 3:30 wyłączyłem telewizor i położyłem się obok B. na kanapie. Pozostała dwójka kolegów poszła spać na 1 piętro. 

 

Tak oto zakończyło się moje pierwsze doświadczenie z grzybami. Kolejny dzień był dniem wyjazdu, powrotu do marnej rzeczywistości. Jak czar prysło to niesamowite braterstwo i przyjaźń, które odczuwaliśmy z B. Przygnębienie brało nade mną górę, jednakże po kilku godzinach wszystko wróciło do normy. Czy kiedyś jeszcze sięgnę po griby? Nie mam pojęcia. Wrażenia jakie mi zapewniły skutecznie zniwelowały chęć zażycia w najbliższym czasie jakichkolwiek dragów. Wiem jednak na pewno, że gdybym nie przygotował się do tego tripu to mogłoby się to skończyć fatalnie. Zanim odważyłem się pierwszy raz sięgnąć po łysiczki przeczytałem mnóstwo artykułów, przejrzałem niezliczoną ilość zdjęć aby nie pomylić ich z innymi grzybami podczas zbioru. Zdecydowanie czuję, że pomogło mi to odzyskiwać kontrolę nad sobą w momentach kryzysowych. Nie żałuję zapoznania się z psylocybiną, lecz każdego ostrzegam przed dawkami 80+ :P

 

Pozdrawiam! 

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media