Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

psychika w strzępkach grzybni

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
3 g suszonych Psilocybe Cubensis Peru na 80 kg masy ciała
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Pozytywne nastawienie psychiczne, ekscytacja zbliżającym się tripem i niecierpliwość, lekceważenie opisywanej przez ludzi charakterystyki tripa. Dawka grzybów zażyta na pusty żołądek. Sesja solo - w małym mieszkaniu kawalerce z pokojem i łazienka, uprzednio posprzątanym i przygotowanym. Kontakt z ludźmi przez telefon komórkowy po zażyciu, ale przed właściwym tripem. Noc, sierpień.
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
Alkohol, marihuana, haszysz, LSD.

psychika w strzępkach grzybni

Moja pierwsza próba grzybami psylocybinowymi zaczęła się od konsumpcji tychże o 20:30. Zjadłem trzy gramy suszonych grzybów. W smaku wydały mi się podobne do pieczarek, ale bardziej gorzkie. Przeżuwałem je i gryzłem może 5 minut, aż rozdrobniłem cały materiał na rozmiękczoną od śliny papkę, którą następnie połknąłem. Położyłem się na łóżku i zasłoniłem okno (na zewnątrz właśnie zachodziło słońce), włączyłem muzykę, jakiś delikatny popowy chłam, oszczedzając lepsze kawałki na trip. Przez pierwsze kilkanaście minut wymieniałem SMS'y z ludźmi i nie działo się nic ciekawego. Około 21:10 urwałem kontakt z ludźmi, wyjaśniając, że nie będę dostępny przynajmniej przez najbliższe kilka godzin. Pierwszym efektem zbliżającej się fazy jaki odczułem była delikatna głupawka i rozbawienie różnymi niezbyt śmiesznymi rzeczami: suchymi żartami o pewnym polityku czy jednym z często opisywanych objawów spożycia grzybków tj. żalem do siebie w pewnym momencie tripa wyrażanym stwierdzeniami "dlaczego ja sobie to zrobiłem?". Wtedy wydawało się to śmieszne i naiwnie nie dopuszczałem do siebie myśli, że przeżyję najbardziej negatywne aspekty tripa (wcześniejsze doświadczenia z LSD dawkowanym w ilości 400 ug były bardzo pozytywne, choć tripy były bardzo płytkie i łatwe w kontrolowaniu jak na ten psychodelik).

Jakoś koło 21:15 zacząłem odczuwać pierwsze objawy somatyczne. O ile przy LSD jednym z objawów było w moim przypadku odczuwanie przyjemnego ciepła od wewnątrz i zabawne, miłe uczucie przy zaciskaniu stóp, tak przy grzybach czułem niewidzialny ciężar na klatce piersiowej... czułem się jakby leżał na niej kot. Moje ręcę przy świadomym podnoszeniu do góry miały tendencję do opadania, a ciało miało dziwną "ochotę" na opuszczanie ich ruchem spiralnym. W międzyczasie odwiedziłem jeszcze łazienkę za potrzebą. Poruszając się w pozycji wyprostowanej wydawało mi się jak gdybym miał lekkie nudności (tak 10 razy słabsze niż gdybym faktycznie miał jakieś problemy tej natury).

Z zaskoczeniem stwierdziłem, że czas szybko mi mijał i była już prawie godzina 22. Mniej więcej wtedy "włączyło" mi się psychodeliczne myślenie. Poczułem niesamowitą radość i euforię. Tańczyłem do jakiejś muzyki i śmiałem się na cały pokój jak szaleniec. Potem stwierdziłem, że skoro ostatni trip z LSD zacząłem od ciepłego prysznica i gorąca woda była niesamowice przyjemna w czasie psychodelicznej fazy i tym razem może to być miłe doświadczenie. Już wtedy wiedziałem, że trip jest inny niż LSD... niby wszystkie objawy dotychczas były takie same (lekkie rozmycia i smugi przy poruszających się obiektach, większy kontrast, podobny tryb myślenia, skłonność do rozważań filozoficznych), ale wiedziałem, że jest jakoś inaczej. Pod prysznicem wygrzewałem się w ciepłej wodzie w półmroku łazienki oświetlonej jedynie światłem z sąsiedniego pokoju przez delikatnie uchylone drzwi i zaintrygowany przyglądałem się strugom wody spływającym po kabinie prysznicowej (na sesjach z LSD również lubiłem się temu przyglądać - jak również efektom świetlnym na szybce). W pokoju tymczasem włączyła się jakaś mrocznie brzmiąca muzyka filmowa i zrobiło mi się troche nieprzyjemnie na duchu. Nie wiedzieć czemu zacząłem powtarzać i wyliczać swoje dane osobowe... poprawnie, ale nie będąc ich pewnym.

Będąc pod prysznicem miałem dziwne wrażenie nierealności świata - byłem pod zamknięty w kabinie prysznicowej, a świat poza nią wydawał się nie istnieć. Na tripie LSD w każdym momencie, nawet przy najciekawszych przemyśleniach filozoficznych czy popadaniu w skrajny solipsyzm byłem w stanie powiedzieć sobie, że jestem tu czy tam i to tylko trip. Tym razem będąc na grzybach, gdy powiedziałem sobie, że to jest przecież prawdziwy świat zacząłem rozważać czym jest ta rzeczywistość i co tak naprawdę znaczy. Powoli traciłem kontakt z racjonalnym światem. Wtedy coś kazało mi opuścić łazienkę. Był to jakby głos czy siła, która przekazywała mi niewerbalnie informację do mózgu, że muszę opuścić łazienkę, bo czeka mnie coś niezwykłego w pokoju. Próbowałem się sprzeciwiać i polemizowałem z tym głosem werbalizując moje myśli: "naprawdę muszę?", "teraz?".

W tym momencie dotarło do mnie, że jestem w stanie, który przytłacza moje najsilniejsze doświadczenia z LSD, które najwyraźniej słabo na mnie działa. Z odwagą ruszyłem jednak z łazienki do pokoju (zatrzymałem się jednak na chwile zapalając lapkę w łazience i przyglądając się mojemu odbiciu w lustrze, które wydawało się podlegać dziwnym deformacjom jak w krzywym zwierciadle). Drzwi łazienki wydały mi się wrotami do obcego świata... miałem wrażenie jakbym miał przez nie wejść na... dyskotekę wyższych bytów z innego wymiaru (sic!). Nie miałem jeszcze żadnych wizuali... ot, miałem takie dziwne wrażenie, choć rozsądniejsza lewa półkula mózgu wiedziała, że to bezsensu. Z pokoju dochodziła akurat jakaś niezbyt ambitna klubowa muzyka trance, która stymulowała ten dziwny stan umysłu.

Stwierdziłem, że żeby być gotowym na to co mnie czeka za chwilę (choć nie byłem pewien co to takiego, swoją drogą nie wiedziałem też, która godzina i przez jakiś czas nie dysponowałem taką wiedzą) muszę się ubrać i jak najszybciej wyjść z łazienki. W zasadzie to coś... jakby moja podświadomość kazała mi się ubrać i mnie popędzała, natomiast ja mówiłem do niej (musiałem wyglądać jak niezły wykręt) "co tu się dzieje?", "co wy mi robicie?", "o co chodzi?"... Nie licząc skarpetek, ciuchy ubrałem bardzo szybko. Skarpetki postanowiłem założyć nowe, ponieważ schodzona cały dzień para strasznie śmierdziała (ciekawe, że przejmowałem się tym w takim momencie). Udałem się w kierunku szafki z ubraniami w celu znalezienia świeżej pary - ubrania w szafce wydały mi się dziwną, bezkształtną masą i nie radziłem się z zadaniem znalezienia skarpetek. Po dłuższej walce z pomieszanymi w szafce ubraniami skarpetki szczęśliwie same wypadły na podłoge. Usiadłem na łóżku i próbowałem je założyć - ostatecznie nie wiedzieć czemu zaniechałem tego zamiaru (w bardziej kontrolowanych momentach tripa znacznie później kilka razy sprawdzałem jak bardzo mam brudne stopy).

Niestety do tej pory na swoje nieszczęście nie wyłączyłem światła. A akurat po problemach ze skarpetkami zaczęło się - uderzył na mnie z olbrzymią mocą właściwy trip. Wylądowałem zmiażdżony na rozłożonym składanym łóżku. Delikatna wklęsłość spowodowana złym stanem łóżka wydawała mi się wciągać mnie jak ruchome piaski. Dziwnym trafem komórka podłączona do głośników natrafiła na jakiś problem i przestała grać muzyka. Bardzo szybko pogorszył się mój stan psychiczny - ogarnął mnie niesamowity lęk, prawdziwe przerażenie wszystkim... nie mogłem rozpoznać swojego pokoju, przypominał mi raz pewną inną miejscówkę, która znam, a innym razem jakiś obcy wymiar. Przedmioty dookoła mnie nagle wydały się jakimiś nieznanymi artefaktami przesiąkniętymi mroczną energią. Zacząłem bać się o swoje życie i zdrowie psyhiczne (w ciągu najsilniejszych doznań na tripie kilkakrotnie miałem wrażenie, że albo umrę albo zostanę całkowitym wykrętem, chorym psychicznie czy popadnę w stan katatonii na resztę swojego życia). Sprawę pogarszała cisza, w którą wkradło się dziwne brzęczenie, które dochodziło do mnie z wnętrza mojej głowy. Odczuwałem olbrzymi dyskomfort psychiczny i fizyczny np. nie mogłem złapać tchu. Coś kazało mi włączyć muzykę... bałem się, że jeśli tego nie zrobię będzie naprawdę źle. Kolejne wydarzenia, które można zaklasyfikować jako coś z pogranicza ciężkiego bad tripa jak i głębokich introspektywnych przeżyć trwały zapewne w godzinach 22:30-23:45 choć całkowicie straciłem poczucie czasu, a minuty wszystko zdawało się przedłużać w nieskonczoność... nieco ponad godzina wydawała mi się trwać kilkakrotnie dłużej.

W tym stanie głębokiego dyskomfortu na początku próbowałem włączyć muzykę, ponieważ jak napisałem powyżej jakaś siła kazała mi to zrobić... bałem się, że coś mi się stanie jeśli tego nie zrobię. Miałem jednak olbrzymi problem - komórka podłączona do głośników była w tym stanie prawie niemożliwa w obsłudze, ledwo włączyłem odtwarzacz, a w nim rozpoznawałem tylko pierwsze litery nazw utworów. Zdecydowałem się podłączyć komórkę przez USB do laptopa i z niego odtwarzać muzykę. Wpisując hasło (cud, że je pamiętałem w tym momencie) na moje konto użytkownika na laptopie czułem się jakby miało ono odblokować dostęp do innego wymiaru. Ostatecznie jednak włączyłem muzykę na ślepo z komórki - najpierw leciał utwór Live and Let Die Paula McCartney'a do filmu o tej samej nazwie, a potem Love Rollercoaster Ohio Players. Oba utwory tylko jeszcze bardziej mnie zmiażdżyły stymulując nieprzyjemną fazę swoim psychodelicznym brzmieniem (tym bardziej, że Live and Let Die przywoływał na myśl obrzędy voodoo ze wspomnianego filmu z agentem 007, a czułem się już jak kontrolowany z pomocą laleczki voodoo). Wyłączyłem muzykę, wstałem z łóżka i ślamazarnie poruszałem się z niepewnością po pokoju. Włączyłem telewizor... poważny błąd jak się okazało. To co akurat wyświetlano pogorszyło jedynie mój stan i indukowało dziwne wkręty. Dla przykładu zmiażdżyła mnie reklama Netii z szympansami stylizowana na pierwszą scenę z Odyseji Kosmicznej 2001 (muzyka Johana Straussa etc.) albo mężczyzna reklamujący szampon wydawał się mi grozić śmiercią jeśli nie kupię tego szamponu... W końcu trafiłem na TVN, gdzie wyświetlano film "Peacemaker". Trafiłem na scenę, gdzie bałkański terrorysta zwierza się głównym bohaterom i mówi głosem lektora "chcę, żeby było jak dawniej". Strasznie poruszyła mnie ta kwestia i zgodziłem się z jej autorem. Aż przyszła scena rozbrajania ładunku jądrowego... chora wkręta. Miałem w ręce komórkę i bałem się, że jeśli czegoś nie zrobię za jej pomocą to stanie się coś złego (tym bardziej, że George Clooney popędzał mnie z ekranu i jakby rozkazywał mi, żebym rozbroił bombę, podczas gdy mówił tak naprawdę do swojej towarzyszki). Przerażony tą sceną wyłączyłem telewizor. Światła dalej nie zgasiłem tylko padłem bez sił na łóżku i zrobiło się jeszcze dziwniej.

Strach stał się jeszcze silniejszy. Potrzebowałem usilnie kontaktu z ludźmi. Wiedziałem jednak, że nie mogę zadzwonić do mamy czy siostry, choć bardzo chciałem to zrobić, bo groziłoby nieprzyjemnymi konsekwencjami. Stwierdziłem, że skontaktuję się ze znajomym, który wprowadził mnie w tajniki LSD wcześniej. Zazwyczaj używałem jednak jego numeru z pamięci więc nie miałem go w kontaktach, a narastające wizuale nie pozwalały skutecznie znaleźć go w ostatnich połączeniach. Komórka wydawała mi się coraz bardziej nieprzyjaznym, obcym przedmiotem, więc odłożyłem ją rezygnując z prób konaktu z kimkolwiek. Zrezygnowany ponownie padłem na łóżko przekonany o tym, że zaraz umrę albo stracę moje zdrowie psychiczne. Miałem otwarte oczy, czułem wielki strach i doświadczałem silnych OEV-ów pomimo tego, że w pokoju świeciło się światło. Zabrudzenia na ścianie w pokoju wydawały się bardzo jaskrawe i tworzyły coś w rodzaju masek wpatrujących się we mnie. Pościel na łóżku przypominała florę z innej planety. Myliły mi się ręce z nogami (przez chwilę myślałem, że uległy zamianie miejscami - straszny schiz) i wyglądało jakby skóra na nich "bulgotała" jakbym transformował się jakiegoś mutanta rodem z kiepskiego horroru. Łapałem się rękami za głowę i włosy były w dotyku jak wodorost i miałem wrażenie jakby ktoś stał nogami na mojej głowie. Zamknąłem oczy i trafiłem do krainy jeszcze większych schizów.

Zapomniałem kim jestem, gdzie jestem (nie mogłem się zdecydować czy jestem w swoim mieszkaniu czy w rodzinnym domu), czy jestem sam etc. Przypominało mi się czasem moje imię i dawka jaką zażyłem (tzn. powracało do mnie określenie "3 gramy"). Mówiłem przy tym na głos (tak mi się zdawało) różne dziwne rzeczy po angielsku i po polsku. Czasem pytałem "co mi robicie?", "what is going on?", "czemu to się dzieje?", "how could I've done this to myself"... wyglądałem pewnie jak opętany. Moja jaźń następnie rozpłynęła się jak gdyby w dziwnej krainie, gdzie nie istniałem ja i społeczeństwo, ale trafiały do mnie jakieś bezsensowne pojęcia wyrażane w formie pytań: "czy qosmo (internetowy znajomy) jest królem Olmeków?", "kim byli Toltekowie?", "kto to jest Harry Potter?", "czym zajmuje się straż pożarna?". W tym stanie nie znałem odpowiedzi na te pytania. Jednocześnie całe moje ciało wiło się na łóżku w dziwnych spazmach, a głowa samoczynnie poruszała się na wszystkie strony. Temu wszystkiemu towarzyszyły CEV-y wyglądające jak most w hiperprzestrzeni z Gwiezdnych Wojen czy Gwiezdnych Wrót tylko bardziej kolorowy.

Następnie przyszła kolej na przypomnienie sobie kim jestem i setki retrospekcji. Gdy tak leżałem na łóżku w ciągu kilku minut do mojej świadomości trafiały tysiące informacji, nad którymi normalnie nie mógłbym się zastanowić w tak krótkim czasie. Moja percepcja pracowała znacznie szybciej pod tym kątem, a ja znajdowałem się w takim stanie jak gdybym śnił. Znajdowałem się na przemian w różnych miejscach i spotykałem różne osoby z mojego życia... oczywiście pewne fakty i wydarzenia uległy przekształceniu i miały ponadnaturalny charakter (dyrektor liceum, do którego uczęszczałem był w tych retrospekcjach podejrzewany przeze mnie o bycie kosmitą... lol). Wszystko to było bardzo realistyczne, jak we śnie... czułem się jakbym faktycznie uczestniczył w tych wydarzeniach (ale nie przeżyłem żadnych retrospekcji okołoporodowych dla jasności). W końcu informacji stał się za duży i nagle ustąpił silnemu strachowi przed śmiercią... zawsze na codzień wydawało mi się, że nagła śmierc nie jest niczym strasznym, wydawało mi się, że mam epikurejskie podejście do tego tematu. Bałem się jedynie długiego i powolnego umierania. Ale sekundy przed tą "śmiercią" dłużyły się, a ja czułem tak straszliwe przerażenie jak jeszcze nigdy w życiu. I nagle to się po prostu skończyło. Od tak... wstałem z łóżka, nie było już przy włączonym świetle żadnych wizuale, wiedziałem kim jestem, sprawdziłem godzinę (00:13) i powoli rozpoznawałem swój pokój i znajdującem się w nim meble i przedmioty.

Po tej chorej fazie miałem jeszcze straszną gonitwę myśli. Przez chwilę miałem metafizyczne odczucia... jakbym był częścią jakiegoś wielkiego kolektywu dusz czy umysłów połączonych niewidzialną siecią, docierały też do mojej świadomości znowu pojęcia (które teraz rozumiałem) i nieustannie je werbalizowałem. Ich związek jest raczej nieustalony (Luke Skywalker, Piotr Natanek, Ajax - płyn do czyszczenia toalet, Majowie, Osobliwość, gwiazda neutronowa). Wydało mi się też, że słyszę w głowie różne utwory muzyczne. Udałem się do łazienki i usiadłem na kibelku celem odsapnięcia. Chwilę tępo wpatrywałem się w płyn do czyszczenia ustawiony pod zlewem. Opuściłem łazienkę i stwierdziłem, że od zakończenia quasi-NDE minęły ledwie cztery minuty (00:17), straszna dylatacja czasu jeszcze zachodziła w moim umyśle. Plątanina myśli ustąpiła znowu kolejnej fali euforii takiej jak na początku - czułem radość życia i tańczyłem do muzyki wykonując chyba najlepsze ruchy jakie kiedykolwiek mi wyszły.

Około 00:30 skontaktowałem się ze znajomym i podzieliłem bezładnie kilkoma przemyśleniami. Pogasiłem światła i poszedłem do łóżka słuchać muzyki. Przez 1,5 h miałem jeszcze bardzo słabe wizuale przed oczami, muzyka trochę lepiej brzmiała i miałem trochę filozoficznych przemyśleń nt. natury świata i ludzi. Wreszczie o 02:00 było zupełnie po wszystkim, ale nie mogłe zasnąć, więc pomarnowałem czas na oglądanie TV aż o 5 nad ranem udało mi się spocząć.

Cały czas nie mogę się uwolnić od porównywania grzybów psylocybinowych do słabiej działającego na mnie (ale preferowanego przez mnie na podstawie dotychczasowych doświadczeń) LSD. Trip na LSD był dla mnie łatwy do kontroli, przyjemny, szczęśliwy, skupiał się na hedonistycznym lub epikureistycznym postrzeganiu życia jako służącego przyjemnościom (od czasu do czasu z wstawkami polegającymi na przeżywaniu głębokiego smutku z powodu losu niektórych ludzi), pełen oczywiście przemyśleń nt. filozofii, religii czy sztuki. Mogłem też na nim spokojnie wędrować po mieście i wdawać w interakcje z ludźmi. Grzyby natomiast totalnie mnie zmiażdżyły i zapewniły wiele negatywnych aspektów psychodelicznego tripa - cała faza była głębsza, bardziej mroczna, choć dwa razy krótsza. Z pozytywnych elementów należy wymienić znaczenie silniejsze wizuale i większą duchowość przeżyć oraz właśnie tę głębie (która można postrzegać zarówno pozytywnie jak i negatywnie).

Ostatecznie jednak muszę stwierdzić, że moje wrażenia odnośnie grzybków są pozytywne. Nawet te głęboko nieprzyjemne momenty uważam za naprawdę ciekawe doświadczenie, które każdy powinien w kontrolowanych warunkach przeżyć (tj. mieć cały czas w przeciwieństwie do mnie zgaszone światło, przygotowaną dobrze wcześniej playlistę mp3 na tripa, schowane urządzenia do kontaktu z ludźmi oraz wszystkie niebezpieczne przedmioty). IMO dobrze jest się zmierzyć z uczuciem irracjonalnego strachu i poznać go.  Poza tym kilka z tych chorych faz z perspektywy czasu wydaje się zwyczajnie zabawnych (np. rozbrajanie bomby). Grzyby dają też potencjał na doświadczenia bliskie OOBE i NDE jeśli ktoś interesuje się takimi zjawiskami umysłu. Jestem też pod wrażeniem przeżytych retrospekcji. Chociaż w dalszym ciągu preferuję LSD, to grzyby też jeszcze zostaną przez mnie użyte. Tylko już raczej jako narzędzie to poznania własnej psychiki i przeżycia czegoś niezwykłego niż zabawka (tą funkcję dobrze spełnia u mnie słabiej działające na mnie LSD czy zwykła trawa).  

 

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Grubo %-D

 

Solidny trip raport

O, i to jest właśnie mocny trip. 200 (prawdziwe 200!) ug kwasa tak powinno porobić...

I robi tak mocno (tylko w inny sposob), mnie i inne osoby zrobilo

 

Wiec juz nie pierdol ciagle o tych nieprawdziwych kwasach i ilosciach, jestes najwyrazniej srednio/malo podatny i tyle...

 

Juz Ci ktos kiedys pisal, zebys sobie Grofa poczytal, ktory chyba przeprowadzil najwieksze badania nad LSD - niektorych PRAWDZIWE 1500ug dozylnie nie robilo, wiec...

Tak, tak. Mocno się człowiek zastanawia, kiedy zacznie się trip, a potem jest mocno zawiedziony.

Nie uogolniaj zjawiska i nie zwalaj winy swojej mniejszej podatnosci niz kiedys na kartony/ilosc LSD na nich. + doczytalem, ze zjadles tylko polowke, wiec nie bardzo jestes na pozycji by krytykowac ta serie kartonow. caly-2 - wtedy porozmawiamy...

Na tych samych kartonach, czyli mayanach, inny czlowiek nawet nie wie kiedy zacznie sie jeden z najwiekszych rozpierdoli w jego zyciu. Dlatego tez byloby korzystnie gdybys doprecyzowywal swoje marudzenie i problem w koncu zauwazyl we wlasnej osobie. To nie wina kartonow, ze potrzebujesz ich na obecnym etapie wiecej, niz mniej. lol.

przeprowadzil chyba*

Świetnie się czyta ten TR. Wczoraj spodziewałem sie podobnych rewelacji (grzybiłem z przyjacielem w namioocie w górach) ale chyba trochę mi się przeterminował maszrum. Mimo wszystko wschód słońca na wysokosci 1400m nawet "na sucho" robi wrażenie. Pozdro

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media