Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

pojęcie wszechświata przy akompaniamencie leśnego dziada

pojęcie wszechświata przy akompaniamencie leśnego dziada

Set&Settings: Dom, las wieczorową porą, początek września 2009

Wiek: 20 lat, 87kg

Doświadczenie: MJ, Hash, amfetamina, met amfetamina, kokaina, xtc, LSD, brown sugar, Psilocybe Semilanceata, gałka muszkatołowa, efedryna, kofeina, alkohol

Wiecie jakie to miłe uczucie gdy ktoś zrobi wam niespodziankę, całkiem zresztą niespodziewanie? Ja wiem ;) Był wrzesień, ściemniało się w okolicach godziny 18 a po 19 było już całkiem ciemno. Wróciłem do domu po pracy jak codzień, było około godziny 17. Wiedziałem że mój bliski sąsiad którego roboczo określę mianem K. razem z innym kolegą miał zamiar pojechać na niedaleko umiejscowioną łączkę na której to co roku jesienią odbywa się rytuał zwany Poszukiwaniem Pierwszego Grzyba. Mieli oni udać się tam w celu odbycia tego rytuału (swoją drogą jak by ch**e nie mogli poczekać z tym na mnie do soboty...). Bądź co bądź próbowałem się skontaktować drogą radio-falową z jednym i drugim, zaciekawiony wynikiem odprawionego rytuału

i... nie było z nimi kontaktu. Nie ukrywając niezadowolenia doszedłem do wniosku że wieczór powinienem zakończyć kąpielą oraz wcześniejszym udaniem się do krainy snów.

Minęła godzina, pamiętam, była dokładnie 18:08 kiedy rozległ się głos dzwonka, wstałem nie myśląc i zdziwiłem się wielce gdy po otwarciu drzwi zobaczyłem K. z wielkim uśmiechem i całkiem trzeźwym wyrazem twarzy. Dowiedziałem się że ten trzeci nie dał rady więc K. sam się udał na łąkę a to co przywiózł już leżało na stole. Zaczęliśmy czyszczenie+liczenie, wyszło dokładnie 132 sztuki wczesno-wrześniowych kapeluszy. Nie zastanawialiśmy się długo, herbata już gotowa, ugnieciona kulka z 50 grzybów wepchnięta do jamy ustnej. Pogryzione, zapite, połknięte. Standardowo przed wyjściem do lasu trzeba skręcić kilka szlug, tym bardziej trzeba to zrobić zanim się zainstaluje. Niestety a może stety, weszło w trakcie kręcenia, więc z fajkami zatrzymaliśmy się na tym etapie na którym byliśmy. Wciąż mam przed oczami obraz K. wpatrującego się w mój psychodeliczny sufit (poważnie, musielibyście to zobaczyć, tj. sufit ofkors). Obraz nabrał odrobinę większej ostrości a kolory stały się jaśniejsze, tak jak by słońce wyszło zza chmur. No i oczywiście ziewanie... bez ziewania nigdy się nie obejdzie. Chwilka zmułki, krótkie zwiechy i już humor się poprawił. Sąsiad śmiał się sam do siebie, poszedł do łazienki, ja poszedłem za nim. Zacząłem się z niego śmiać, on śmiał się ze mnie i tak razem się napędzaliśmy do śmiechu. Zauważył on przez okno że ładna pogoda jest, ale mimo tego że jest, to zmierzcha i trzeba pójść, póki możemy iść. Więc poszliśmy cięgle śmiejąc się bez powodu i ze wszystkiego.

Przeszliśmy podwóreczkiem obok ogródków i weszliśmy na boisko pod lasem.

-Gdzie idziemy?

-Standardowo, na miejscówkę.

Miejscówka to jak się łatwo domyślić taka nasza miejscówka, na pagórku, po przeciwnej stronie do lasu. Mamy z niej widok na całe boisko, ulicę dzielącą boisko od lasu, cmentarz, kamyki, sam las i ogólnie całą barwną okolicę zazielenioną. Ponadto od dwóch stron jesteśmy tam kryci gęstymi zaroślami, które w dzieciństwie były też miejscem naszych wielu zabaw :D Reasumując idealne umiejscowienie geograficzne w celu jednoczenia się z naturą oraz jakiegokolwiek spędzania czasu na świeżym powietrzu.

Mimo polepszonego humoru efekty wizualne jeszcze nie były tak intensywne jak być powinny, jakby nie patrzeć zjedliśmy zaledwie 40 minut temu.

Usiedliśmy, zapaliliśmy papierosa i czekaliśmy. A wcale nie musieliśmy czekać długo, przynajmniej ja. To nie trwało nawet sekundę kiedy obraz zaczął mi falować, każde źdźbło trawy oddychało, wszystko zaczęło żyć we własnym kierunku a jednocześnie wszystko było ze sobą tak idealnie skomponowane, tak pasujące do siebie. Słońce i cień, wiatr, rosa na trawie i liście na drzewach współgrały ze sobą, uzupełniając się nawzajem, tworząc jedną całość - przyrodę. Głębia tych moich myśli jest już zbyt zatarta upływem czasu ażebym mógł odtworzyć je doskonalej, ale wiem, wtedy wiedziałem i widziałem jak funkcjonuje nasza planeta. Uświadomiłem sobie niesamowitą potęgę naszej planety, pojąłem zarazem życiodajną jak i niszczycielską moc natury a to wszystko trwało kilka sekund. Wyrwałem się z zamyślenia gdy K. znów zaczął się zadziwiać dziwnością swojej twarzy, macając się po niej i powtarzając "ojaaa" (i on tak co roku od 4 lat...). Nie uważam że ma on odpychający wizerunek, ale w takim stanie nie mogłem go oglądać. Po prostu w pół-mroku ta długa, zarumieniona i zmieniająca się co chwilę twarz z wielkimi źrenicami przerasta to co mój mózg jest w stanie przyjąć. Celem naszej wyprawy był spacer więc wspólnie ustaliliśmy że ruszymy w dalszą drogę.

Tylko gdzie?

Z zeszłego roku zostało nam ciekawe wspomnienie po wędrówce jedną ze ścieżek nieopodal wejścia do lasu, więc to ją obraliśmy za nasz pierwszy cel. Najtrudniej było wstać, gdy jednak tego dokonaliśmy i zbiegliśmy z górki... to dopiero mieliśmy pod górkę, mimo że jeszcze o tym nie wiedzieliśmy.

Szliśmy boiskiem w kierunku wschodnim a moją uwagę szczególnie przykuła nadepnięta kępka trawy. Gdy uginała się pod ciężarem buta to sprawiała wrażenie jak by to był kot mrużący oczy gdy drapie się go po głowie czy w okolicach ucha, uginała się tak miękko i soczyście. Miło.

Dotarliśmy do bramy lasu (czyt. 3 schodków pomiędzy drzewem a słupem) Wkroczyliśmy na mroczną ścieżkę wśród gęstwiny drzew, krzaków i innych zarośli. Dosyć stromo pod górę, lecz spokojnym krokiem dotarliśmy do zakrętu zza którego wyłoniła się dzicz. Taka mała dżungla na skraju lasu, pełna najróżniejszych roślin. Poryliśmy tego krzaka... wyglądał tak jak by chciał nas zeżreć, co wywołało u nas obu wybuch panicznego śmiechu... poryliśmy go strasznie...

-Skoro już dotarliśmy na górę to może pójdziemy jeszcze wyżej? Na kamieniołomy?

-Pewnie że pójdziemy!

Ściemniało się już, widoczność była mocno ograniczona, dodatkowo gonitwa myśli tak dezorientowała że pod własnym domem się gubiliśmy, ale trafiliśmy na właściwą drogę.

-Co to? Słyszałeś?

-Ktoś idzie, chowamy się.

Schowaliśmy się, ale kur*a po co? Przecież to tylko ludzie. Wróciliśmy więc, jak się okazało było to małżeństwo mieszkające niedaleko, powiedzieliśmy zgodnie "dobry wieczór", po czym wyminęliśmy ich i ruszyliśmy w górę, tam, skąd oni schodzili. Droga niby niedaleka, jednak ciemność wprowadza zamęt w głowie a przez to człowiek traci zmysł orientacji, kto grzybuje po zmroku ten wie o czym mówię. Cały czas rozmawialiśmy o różnych rzeczach które akurat przychodziły nam do głowy, padło wiele rozkmin, od śmiechu uroniliśmy wiele łez. Gdy szliśmy, ściemniło się całkowicie, dodatkowo weszliśmy w bardziej zadrzewiony

odcinek drogi, było tam jeszcze ciemniej i po pewnym czasie maszerowania w takich warunkach przestraszyłem się że się

zgubiliśmy. Przypomniałem sobie że mam latareczkę, ale niewiele ona dała. Jej zasięg wynosił zaledwie metr, więc pomogła nam jedynie ominąć co większe dziury. Zacząłem biec, żeby po chwili odkryć że już jesteśmy na miejscu. Las się przerzedził odsłaniając piękne gwieździste niebo, majestat przestworzy dosłownie wylał się na nas sponad wierzchołków drzew. Podeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów aby stanąć na dnie starego kamieniołomu, piętrzącego się dumnie ponad hektarami lasu pod nim.

Rozłożyliśmy się na wielkich skalnych odłamach przystosowanych do tego aby się na nich rozłożyć. Zatopiłem głowę w kaptur i podziwiałem miliony gwiazd ponad nami. Mieniły się każda innym kolorem, niektóre uciekały gdzieś przed moim wzrokiem, inne się ganiały w kółko po niebie, aż w końcu wszystkie połączyły się cieniutkimi nićmi. Te nici w jakiś niewytłumaczalny teraz sposób uświadomiły mi ogrom wszechświata, zobaczyłem jak wielka jest tylko nasza galaktyka po czym uniosłem się gdzieś ponad to, poleciałem gdzieś wyżej i dalej żeby zobaczyć bezkres galaktyk we wszechświecie z których każda była tak olbrzymia jak

nasz układ słoneczny. Przez chwilę poczułem że zmieściłem całe uniwersum w swoim umyśle, ale ta myśl uświadomiła mi że mój umysł jeszcze nie jest przygotowany na pojęcie całego wszechświata, że narazie pojąłem kompletnie i w całości tylko nasz świat, naszą Ziemię. I w istocie nie pomyliłem się, albowiem zeszły sezon naprowadził mnie na głębsze zrozumienie ogółu istot ludzkich, żywota istot niedoskonałych od narodzin aż do śmierci oraz istnienia świata od jego początku, ale wpływ na to miało jeszcze kilka następujących po tym opisywanym tutaj tripów.

Wróciłem na ziemię gdy K. poprosił o ognia. Też zapaliłem. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach; o upływie czasu, naszych aktualnych odczuciach i wielu innych sprawach których nie jestem sobie w stanie teraz przypomnieć. Zebraliśmy się w drogę powrotną. I tu można by pomyśleć że powrót do domu nastąpił spokojnie i bez szaleństw, ale to co miało się wydarzyć tego wieczoru dopiero było przed nami. Postanowiliśmy wrócić bardziej okrężną drogą, środkiem lasu. Było tak ciemno że światło

latareczki którą miałem było naszym jedynym punktem zaczepienia. Gdy zaczęliśmy schodzić to nastąpił ostatni 'wjazd' - epicentrum, wiecie o co chodzi, wszystko zaczyna przyspieszać, w głowie panuje chaos nie do ogarnięcia i to wszystko tak nagle, nieujarzmione naciera na twoją psychikę żeby zaraz zwolnić, wszystko jest takie spokojne i nagle następuje odpływ miliona myśli (zostaje jeszcze tylko 9 milionów).

Nasza wędrówka w istocie dobiegała już końca, dotarliśmy na ścieżkę idącą wzdłuż Internatu. Internat ów stał tuż przy boisku, lampy obok budynku oświetlały ścieżkę zimnym, pomarańczowym światłem. Nie dość że wyglądała ona groźnie, to jeszcze wszystko dookoła zdawało się wciąż takie nierealne. Już z daleka to zobaczyłem, przy prawym brzegu dróżki, żarzyk... tylko kurwa czemu ten żarzyk wisi przy samej glebie i się porusza?! K. widocznie też to zauważył, więc powoli do tego podeszliśmy... Nie wiem czy przypominało to z wyglądu ciało w kocu czy w worku ale z pewnością było to ludzkie ciało czymś tak dokładnie owinięte, że nawet twarz ledwo było widać. I to ciało na dodatek paliło szluga! W mojej głowie momentalnie powstało pytanie czy nic mu nie jest, ale byłem tak poschizowany że bałem się podejść, poza tym głos ugrzązł mi w gardle i nic

nie mogłem z siebie wydusić.

-Panie, nic ci nie jest? Żyjesz panie w ogóle? - w końcu usłyszałem swój niepewny głos. - Panie żyjesz?!

Chyba nie żyje, nie odpowiada, ch*j idziemy. Poszliśmy. Kawałek dalej wyszliśmy z lasu 'bramą' z trzema schodkami i

usiedliśmy na krawężniku na przeciwko.

"Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego tam leżałeś? Dlaczego się rozjebałeś? Dlaczego? Piotrek (tak go nazwaliśmy tego dziada) Dlaczego się rozjebałeś na drodze? ... dlaczego?"

Mniej więcej tak wyglądała nasza rozmowa (i myśli) przez kolejne 40 minut. Falowanie betonu powoli ustępuje trzeźwemu spojrzeniu na las w świetle latarni ulicznej. Postanowiliśmy tam wrócić, żeby sprawdzić czy wciąż tam leży, ale znaleźliśmy tylko siatkę jednorazową w tym miejscu.

Mimo tego że spotkaliśmy jeszcze tego dziada tego wieczora niewiele później, to spotkanie to było tak drastyczne (a może drastycznie żenujące/śmieszne/przerażające) że wolę ominąć tą część, tym bardziej że nie jest to już część tripa.Z samej podróży byłem bardzo zadowolony, dziwne wydarzenia podczas grzybowania trzymały się mnie tego roku, albowiem jaki pierwszy raz, taki cały sezon:P Był to najprzyjemniejszy trip ubiegłorocznego sezonu, który sam w sobie był bardzo przyjemny i otworzył mi oczy na wiele spraw, których wcześniej nie widziałem.

Ocena: 

Odpowiedzi

Oby do września, oby rychło :D
Trip przyjemny, dobrze napisany raport. Niech ci bozia w grzybach wynagrodzi.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media