Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

plażing, leżing, kwasing

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
155 ug, pocięte na dwa nierówne kawałki (~20 ug i ~135 ug)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
SET
Stan psychiczny - ok, brak zmartwień
Oczekiwania - 1. przetestować microdosing, 2. przeżyć psychodeliczne doświadczenie nad morzem. Podszedłem do sprawy niestety trochę bezrefleksyjnie i nie miałem żadnych oczekiwań psychicznych, chociaż i tak w tym raporcie nie skupiam się zbytnio na mojej psychice, więc nie ma to większego znaczenia

SETTING
Znani mi ludzie, tolerujący stosowanie psychodelików (jednak tym razem trzeźwi), chill na plaży nad morzem, wakacje, ciepło, słonecznie
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
MJ - trochę razy (liście, hash, ciastka) (raz na około miesiąc)
LSD - kilka razy (raz na około 4 miesiace)

plażing, leżing, kwasing

Jakoś tak wyszło, że w mojej lodówce leżał sobie jeden, hipotetyczny, starannie zawinięty, kartonik [znany europejski vendor na G (albo P), 155 ug], czekając na odpowiedni na jego spożycie dzień. I jakoś tak wyszło, że podzieliłem go w bardzo nierównych proporcjach. Opiszę 2 hipotetyczne spotkania z LSD, jedno w tak zwanym "microdosingu" (chociaż chyba przegiąłęm trochę z dawką...), a drugie w normalnej, optymalnej dawce.

Spotkanie nr 1

W sierpniowe popołudnie odwiedził mnie dobry znajomy. Zbierałem się właśnie na jam session, więc wskoczyłem w psychodeliczną koszulę, spakowałem instrument i niepostrzeżenie uciąłem około 1/7 kartona. Zapaliliśmy papierosa, chwilę pogadaliśmy, poczekaliśmy, aż moja druga połówka zbierze swą osobę do wyjścia i ruszyliśmy. Pierwsze delikatne efekty poczułem po około 40 minutach od spożycia. Podkreślenie kolorów, przyjemne uczucie psychofizyczne (takie... zmiękczenie całego świata i ogólne rozluźnienie), zrobiło mi się też trochę gorąco. 

Co prawda mój ziomek nie wybierał się z nami na jam, ale zaoferował podwózkę. Siedząc w przednim fotelu pasażera słuchałem space stonera, gdy z dość dużą prędkością jechaliśmy dwupasmówką w jednym ze śląskich miast. Super uczucie, jazda na kwasie (oczywiście jako pasażer!). Samochód, którym jechaliśmy zdecydowanie był sportowy, więc nieźle wgniatało mnie w oparcie.

Dotarliśmy na miejsce. Zawsze gdy dostarczam do mózgu LSD, to jakiś taki pogrzany latam. Za każdym razem - i w zimie, i w lecie, i nad morzem, i w górach - jest mi gorąco, tak było też w lokalu do którego przyjechaliśmy.

Na scenie zbierali się muzycy, więc postanowiłem, że też sobie zagram. Swingowy, szybki, jazzujący blues z sekcją dętą brzmiał dość efektownie. Niestety nie przewidziałem, że nawet pomimo dawki (szacuję około 20 ug), ciężko będzie mi dogadać się muzycznie z trzeźwymi kolegami na scenie. W połowie jamu świat zaczął widocznie falować, gitara w rękach stała się dziwnie rozpływająca, ciężko było trafiać w struny. W pewnym momencie zgubiłem się w muzyce - poziom jamu był na tyle wysoki, że nawet na trzeźwo musiałbym mocno koncentrować się, żeby nadążyć za pozostałymi muzykami.  

Po zejściu ze sceny na luzie dało dogadać się z ludźmi, a nawet rozmawiało się lepiej niż na trzeźwo, przez lekkie wyluzowanie, ale połączone też z brakiem typowej dla marihuany i alkoholu intelektualnej zamułki i rozkojarzenia. Pod względem rozmów naprawdę polecam microdosing! O wiele więcej przyjemności sprawiało mi słuchanie jazzu, niż granie go. Czytałem w autobiografii Erica Claptona, że grali na kwasie koncerty z Cream, leżąc na podłodze i nie widząc nawet publiczności, ale podążanie tą ścieżką ewidentnie nie jest dla mnie - ciężko przychodzi mi tworzenie dźwięków po L. 

Potem wróciliśmy do domu i ogarnęła mnie eksplozja śmiechu - bawiło mnie dosłownie wszystko. Nie wiem jak działają antydepresanty, ale obstawiam, że to było coś podobnego. W porównaniu z pustą "beką" po MJ, to jest naprawdę śmiech z wewnątrz, poprawiający samopoczucie. 

Nie jest to pełnoprawny tripraport - raczej przemyślenia na temat mikrodosingu. Jeżeli miałbym robić coś konkretnego w tym stanie, to obawiam się, że mogłoby być ciężko (nie wyobrażam sobie np. pójść tak do pracy (mimo tego, że pracuję przy biurku, nie mam kontaktu z ludźmi i jest to praca która wręcz wymaga nieszablonowego myślenia), a wiem, że niektórzy ludzie tak robią). Do odbioru treści różnego rodzaju i w sytuacjach towarzystkich jest to spoko, ale z drugiej strony rodzi się pytanie - po co? Jak już brać kwas, to lepiej cały :p 

Spotkanie nr 2

Zostało mi jeszcze około 80 % całkiem potentnego papierka! Postanowiłem zabrać go ze sobą nad morze. Zjadłem lekki obiad i nie zwlekając wrzuciłem kwasa. Było około 13 30...

Karton oczywiście był prawie bez smaku, miał tylko lekki posmak tuszu drukarskiego i papieru, na skraju wyczucia. Potrzymałem go w ustach około 7 minut i popiłem haustem Muszynianki. Towarzyszyły mi 3 osoby: Krzysiek, Eliza i Karolina.

Niestety nikt nie chciał przełamać się ze mną "opłatkiem", jedynie Krzysiek zamierzał potem spożyć grzyby (faszerowane pieczarki oczywiście). 

Idziemy na plażę. Po drodze zahaczamy o sklep, kupując wodę czuję, że mam już problemy z oceną odległości (nienaturanie wyginam się, sięgając po zakupy). Czekając na towarzyszy przechodzę mały bodyload - przez jakieś 30 sekund mam wrażenie, że zaraz puszczę pawia - na szczęście nic takiego się nie dzieje. 

Gdy docieramy do wejścia na plażę i zdejmuję klapki - pod stopami raj. Jeszcze nigdy nie czułem tak idealnego piasku. Wejście na plażę akurat pokrywało się z tym momentem po bodyloadzie, gdy wszystko wydaje się pluszowe i miłe. 

Rozścieliliśmy koce, położyłem się w celu poopalania się. Na języku czułem już ten charakterystyczny, kwasowy posmak - kto go poznał, ten wie, co mam na myśli. 

Dzięki działaniu substancji uczucie wypoczynku potęgowało się. Leżałem zrelaksowany i delektowałem się szumem fal i spokojem wokół nas. 

Eliza rzuca pomysł, aby pograć w grę "Zgadnij kim jestem?". O ile w pierwszej turze udaje mi się odgadnąć przydzieloną mi postać (mój ojciec - wtf), o tyle w drugiej czuję już mocny wpływ LSD na mój organizm. Muszę wymyśleć Eliza kim ma być - w głowie pustka, ciężko myśleć mi o czymkolwiek poza zasięgiem wzroku, żadna postać nie przychodzi mi do głowy. Nagle jest! Jan Paweł II... Nie wiem dlaczego, nie jest to dla mnie osoba stanowiąca wyznacznik życiowej drogi, ani nic w tym stylu. Po prostu -  pierwsza myśl.

Zasady tej gry są takie, że pozostałe osoby mogą odpowiadać albo tak, albo nie na zadawane im pytania. Gdy odpowiedź brzmi "nie", wtedy jest kolej następnej osoby. I tutaj mój relaks się kończy - ciężko jest mi zapamiętać, czego dowiedziałem się w poprzedniej turze. Dodatkowo czuję się, jakby była ze mnie beka, że jestem pod wpływem, m. in. przez przydzieloną w pierwszej rundzie postać. Zaczynam pogrążać się w myślach - czy dana postać mówi coś o charakterze osoby, która ją przydziela, a jeśli tak to co? Co o mnie mówi wybór papieża? Czy Elizę to urazi, a może uzna, że zachowuję się jak licealista, którego bawią cenzopapy? 

Wizualnie w tym czasie świat wygląda trochę jak przez fish-eye. Latające w pobliżu mewy i osy zostawiają za sobą w powietrzu smugi, ciała moich towarzyszy wydają się być jak w trójwymiarowym filmie oglądanym bez okularów 3D - rozszczepiają się na 3 barwy. Nie jestem pewien, skąd dobiegają dźwięki - nie potrafię określić, czy muzyka, którą słyszę (puścił Krzysiek z telefonu) dobiega z przodu, czy z tyłu... Bawi mnie to, że nie widzimy tego co jest za nami. Na piasku tańczą bardzo organiczne motywy. 

Ale wróćmy do gry -  mam wrażenie, że moi towarzysze nie do końca chcą ze mną grać i obstawiam, że zadali mi dziwaczną postać, albo trywialną do ogadnięcia. Mówię im, że nie chcę już grać i pytam, kogo mi przydzielili - okazuje się, że to Geralt z Rivii. Cóż, szkoda, może bym zgadł - na trzeźwo

Słucham jak przebiega ich rozgrywka. Jest to strasznie męczące - na kwasie wszystko staje się relatywne, rozmyte, na większość pytań nie można odpowiedzieć "tak", lub "nie". Nawet pytanie "Czy istnieję?" (czy postać jest fikcyjna, czy żyje/żyła naprawdę) wywołuje wodospad myśli. Nie był to zdecydowanie badtrip, ale źle się czułem w binarnym otoczeniu, samemu będąc w płynnej rzeczywistości. 

Uf, rozgrywka skończona! Oni zbierają się do wody, ja chcę chwilę pochillować na kocu i popatrzeć na otoczenie. Orientuję się, że jakieś 4 metry od nas rozbiła się spora grupa ludzi. No tak, co mogło pójśc nie tak? I dlaczego myślałem że w letni weekend plaża będzie cała dla nas? Dla ścisłości - nie przepadam za kontaktem z obcymi ludźmi, gdy jestem na L. 

Wstaję z koca i gadam z Krzyśkiem - w tym momencie wlatuje we mnie frisbee, na wysokości pasa. Mija dobre 10 sekund, zanim dociera do mnie co się stało. Powinienem był je odrzucić, lub coś w tym stylu - tym czasem tylko spojrzałem na nie i się odwróciłem. Chwilę po tym w głowie myśl - zaraz, co ja właśnie odwaliłem? 

Kładę się znowu. Ludzie siedzący w pobliżu z czegoś się śmieją i krzyczą "Ochrona!" czy coś w ten deseń. Pierwsza myśl - ktoś ogarnął, że jestem na kwasie i chcą mnie stąd wyrzucić! Druga myśl - a właściwie to co ich to obchodzi? Poza tym na plaży nie ma ochrony. No ale niesmak pozostał, od tego momentu czuję się niekomfortowo. Zamiast znoszenia ego mam wrażenie, że jestem w środku jakiegoś planu filmowego, różni ludzie grają różne role, a w środku tego nieruchomo siedzę ja. Dziewczyny wracają z wody, stwierdzam, że w sumie to też bym spróbował jak to jest wejść do morza. Nie do końca czuję zimno, fale przyjemnie chłodzą moje ciało, ale nic poza tym. Np. pijąc wodę w alternatywnym stanie, często mam wrażenie, że jest ona musująca, dlatego spodziewałem się podobnych sensacji podczas pływania. Pływam też bez problemu, oczywiście trzymając się dość blisko brzegu. Po wyjściu czuję orzeźwienie, a wiatr smaga mokre ciało. Prawdopodobnie w tym czasie jeszcze nie peakowałem, a szkoda, bo wejście do fraktalnego morza to byłoby coś! 

Wracam do naszego plażowego oboziku (parawanu brak!). Towarzysze zaczynają głośno pytać mnie, czy już całkiem mi weszło, czy widzę fraktale i co czuję i jak to jest być w morzu na kwasie. Poczucie odległości jest zaburzone, dlatego mam wrażenie, że wszyscy w promieniu 20 metrów słyszą o czym rozmawiamy. W rzeczywistości pewnie wszyscy byli zajęci swoimi sprawami i nikt nie zwracał na nas uwagi, ale oczywiście mam wrażenie, że zaraz będzie jakaś lipa. Panie władzo, oni tu robią NIEDOZWOLONE rzeczy! 

Chcę powiedzieć im, żeby przestali mnie o to wypytywać, że opowiem im potem, gdy nagle czuję, że głos utknął mi w gardle - nie jestem w stanie wykrztusić nawet słowa. Po chwili udaje mi się wydukać, że jest normalnie i pogadamy potem. Oczywiście na odpowiedź że jest "normalnie" dalej drążą temat - jak to w ogóle możliwe, że jest normalnie, przecież zjadłeś kwasa!

Na plaży było naprawdę fajnie, jeśli chodzi o klimat, ciepło, chill, ale nie mogę już pozbyć się tego dyskomfortu z tyłu głowy. Postuluję, aby się ewakuować. Po drodze mówię Elizie, żeby nie gadali tak głośno o tym, że jestem po LSD, bo wywołuje to u mnie niepokój i nie czuję się z tym dobrze - potem powiedziała mi, że mówiłem głównie coś w stylu "Oni... wiedzą... wiedzą...". Potęga autosugestii.

Sytuacja na plaży wpędza mnie w złe samopoczucie, mam wrażenie, że teraz przez najbliższe 8 godzin będę obowiązkiem dla ekipy, ciężarem... 

WAŻNA DYGRESJA xd: Ogólnie o ile w dwie osoby albo więcej kwasuje się fajnie i łatwo złapać więź, o tyle jeżeli zje się kwasa samemu i trzeba przebywać z grupą trzeźwych osób to muszą one być naprawdę dobrymi trip sitterami. Myślałem, że ta rola jest prosta dla każdego kto miał do czynienia z substancjami o działaniu psychodelicznym, tymczasem podczas tego tripa dotarło do mnie, że wymaga to naprawdę dużo empatii i na swój sposób rola tripsittera jest czymś pomiędzy niańką a nauczycielem - jednocześnie musisz pamiętać, że osoba, która zażyła psychodeliki jest o wiele bardziej wrażliwa niż zwykle i uwypluka się u niej wiele cech, trochę jak dziecko, a z drugiej strony taki tripsitter (albo ogólnie trip-guide, no bo przecież nie zawsze się siedzi) musi mieć na tyle dużo doświadczenia, aby umieć dopasować sytuację i miejsce pod tripowanie i stworzyć atmosferę, w której osoba pod wpływem substancji czuje się komfortowo i jednocześnie trip ten będzie dla niej wartościowy. 

Idziemy do namiotu, mijamy po drodze całe rzesze ludzi - każdy z nienaturalnie wykręconą mimiką. Próbuję rozmawiać z Elizą, ale gubię myśli, ciężko formułuje mi się zdania. Dochodzę do wniosku, że pogadamy potem. 

W namiocie kładę się na materacu i patrzę przez wejście na drzewa, które są nade mną. Zlewają się w wirujące wzory, tworząc niesamowitą mozaikę. Krzysiek zjada grzyby, abyśmy znaleźli się w tej samej rzeczywistości. W oczekiwaniu na ich działanie, zaczyna grać na gitarze - jakieś proste, ładne akordy, które jednak bardzo rezonują z moim stanem. Wizje stają się coraz bardziej intensywne, w pewnym momencie nie widzę już drzew i nieba, tylko mieszankę wszystkich kolorów tęczy, układającą się w kalejdoskop figur. 

Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego, zawsze wizuale polegały jedynie na modyfikacji otaczającej rzeczywistości, ale do takiego stopnia, że byłem w stanie rozponać co jest do okoła - tym razem było jednak inaczej. 

Po jakiś 10 minutach intensywność halucynacji (bleh, nie lubię tego słowa, ale nie chciałem się powtarzać z określeniami) spadła. Oczywiście dalej wszystko pokrywają fraktale, ale jestem w stanie rozponać poszczególne elementy otaczającej mnie rzeczywistości. 

Zawsze, gdy jestem na kwasie czuję się, jakbym wsiadł do wehikułu czasu i wylądował w kolorowych, hippisowskich wczesnych latach 70-tych. Bez względu na to, czy jestem w apartamencie w mieście, czy w dziczy w Bieszczadach, czuję old-school, zapominam praktycznie o istnieniu nowoczesnych technologii i mam ochotę wybrać się na (przynajmniej) imprezę w stylu tamtych czasów. Też macie wrażenie takiego czasoprzestrzennego przesunięcia? 

Tym razem też czułem się w ten sposób, spacerując po terenie kampingu, patrząc na wzbijany przez przejeżdżające piaskową drogą auta kurz. 

Krzysiek zjadł swoją porcję grzybów jakąś godzine temu, jednak okazuje się, że są słabe. Tak naprawdę zbiliśmy jedynie krótką piątkę w psychodelicznym stanie i znowu zostałem w nim sam. 

Do wieczora nie działo się nic, na co szczególnie zwróciłbym uwagę. Jedyną rzeczą, którą pamiętam z perspektywy czasu jest to, że dziewczyny piły do kolacji wino. Postanowiłem też zmieszać L z tym alkoholem i wypiłem kilka łyków. Po paru chwilach zaczął mnie boleć brzuch i przez paręnaście minut ogólnie czułem się dość nieprzyjemnie, więc jakby ktoś się zastanawiał kiedyś nad taką mieszanką, to stanowczo odradzam. 

Potem poszliśmy na koncert jakiejś gwiazdy klasy D. Bardzo nie podobało mi się to, że śpiewa do puszczanej z Maca muzyki (to nie był nawet live-act ani set DJski!). Gdy powiedziała do dźwiękowca "Więcej mnie, mniej muzyki!", to stwierdziłem, że mój kwasowy ego-miernik wywaliło poza skalę i pora się zawijać. Zostawiliśmy Krzyśka i Karolinę na owym koncercie, po czym udaliśmy się na plażę. 

To jedno z najładniejszych wspomnień, jakie mam (nie z tej kwasowej fazy, ogólnie z całego życia). Nad nami rozgwieżdżone niebo, bez żadnej chmury, z daleka od źródeł zanieczyszczenia świetlnego, po prawej morze i szum uderzających o brzeg fal, po lewej wielkie ognisko, rzucające na wszystko ciepłą poświatę i siedzący przy nim ludzie z gitarą, a za nami las. Byliśmy w centrum, pomiędzy żywiołami. Czułem się trochę jak w okładce Greeta Van Fleet - From The Fires, tylko że na plaży, a nie w lesie! Byłem na granicy afterglow, ale wciąż gwiazdy nad nami falowały, a niebo pokryte było drobnymi fraktalami. Gdy leżałem na plecach, miałem wrażenie, że między mną a kosmosem nie ma nic. Tylko ja i bezkres. Z jednej strony uczucie niesamowite, z drugiej strony przerażające. Tak naprawdę wszyscy w skali rozmiaru i wieku Kosmosu nie jesteśmy nawet pyłkiem. Mógłbym napisać cały esej o tym, jak cudownie było być dokładnie w tym punkcie w czasoprzestrzeni, jednak zostańmy przy LSD. Liczę, że wystarczająco oddałem atmosferę tamtej chwili. 

Długo rozmawialiśmy leżąc na plaży, ale w tym trip raporcie nie było moim celem zagłębianie się w uczuciową stronę podróży, jedynie w psychodeliczno-otoczeniową. 

Potem standardowo przez jakąś godzinę nie mogłem zasnąć - ale to chyba kwasowa norma.

Reasumując - zjedzenie kwasu około 5 godzin przed zachodem słońca w ciepły, bezchmurny dzień nad morzem w odpowiednim towarzystwie to moim zdaniem jedna z najlepszych rzeczy jakie można zrobić z LSD. 

Jedyne, co trochę zaburzyło mi trip to fakt, że przywykłem do trochę innego nastawienia tripsittera, no ale tak jak pisałem wyżej - ta rola jest trudna, i zdecydowanie nie jest dla każdego, zwłaszcza, że jestem przypadkiem, który w nieodpowiednich okolicznościach bardzo łatwo wpędza się w negatywne myśli i dyskomfort psychiczny. 

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media