Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

pierwszy raz z lsd

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
195 ug LSD-25 +/- 2%
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nastawienie bardzo pozytywne, z lekką nutą adrenaliny i niepewności w obliczu nieznanej jeszcze substancji. Oczekiwania inne niż samo doświadczenie - myślałem, że nad LSD da się zapanować. Set - lekkie znużenie monotonią życia i chęć zmiany na lepsze, setting - dwie bliskie i znane mi osoby, znane mieszkanie, kwasowa playlista i doświadczona tripsitterka.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
THC (wielokrotnie)

pierwszy raz z lsd

 

Postanowiłem zażyć LSD. Od czasu zetknięcia z muzyką Cream, Jimiego Hendrixa, czy Pink Floyd interesowała mnie ta substancja i chciałem przekonać się, jakie jest jej działanie w praktyce. Udało mi się zdobyć 2 kartoniki, jak się potem okazało były one wyprodukowane przez jedno z najlepszych deep-web'owych laboratoriów. 195 ug / kartonik. Szczęśliwy traf, przy rzekomym zanieczyszczeniu rynku na poziomie 85 %. Z jednej strony trójkąt Sierpińskiego otoczony okręgami, z drugiej kolorowe wzory.

Umówiłem się z A. i B., A. jako tripsitterka z racji jej większego doświadczenia w temacie, a B. jako towarzyszka podróży. Spotkaliśmy się w mieszkaniu A., z racji, że na dworze było szaro i ponuro (środkowo-europejska zima). Zasłoniliśmy okna kolorowymi chustami, żeby nadać mieszkaniu trochę barw. Byłem ubrany na czarno, ale okazało się, że A. ma kolorowe stroje, przypominające indyjskie sari. Przed zażyciem kwasu wziąłem prysznic, spędziłem 20 minut medytując, aby oczyścić umysł i założyłem żółte sari, całe w kolorowe kwiaty. Normalnie San Francisco w latach 60-tych. A. założyła czerwoną sukienkę we fraktalne, indiańskie wzory, a B. butelkowo-zieloną z cekinami a'la Bollywood.

 

Około 10.45 A. daje mi i B. po jednym kartonie, tak jak komunię. Wsuwam go pod język, nie ma smaku, chociaż zdaniem B. jest delikatnie gorzkawy, pewnie kwestia użytego tuszu. Dla mnie smakuje jak zwykły kawałek papieru. W nerwowym oczekiwaniu łazimy po mieszkaniu, włączam specjalnie przygotowaną wcześniej playlistę, wyciągam kartkę z listą rzeczy, które chciałbym zrobić "pod wpływem" (proste czynności, jak narysowanie czegoś, pogranie na gitarze, posłuchanie paru utworów, które kojarzą mi się z tym "klimatem" - jeszcze nie wiem, jak bardzo ta lista jest niepotrzebna i jak bardzo absurdalna jest próba "robienia" czegoś w określonej kolejności w kwasowej rzeczywistości). 

Po około 25 minutach od zażycia włazimy z B. pod koc - robi nam się zimno, pomimo, że w mieszkaniu jest 22.5 stopnia. Jesteśmy tam przez około 5 minut, zaczynam myśleć, że kwas "zwietrzał" z blottera i że nie zadziała, jestem lekko zawiedziony. Karton rozpuścił mi się w ustach, więc idę do kuchni napić się wody i połkąć papkę, która została mi w ustach. Po drodze zauważam, że zasłony delikatnie falują. Jest to bardzo subtelne. Wracam na kanapę, czuję, że jest bardzo delikatna i w dotyku jak najlepszy plusz na świecie,  błękitny koc pod którym siedzi B. też jest super. W tle leci Pink Floyd - Comfortably Numb, czuję ten utwór całym swoim ciałem i doceniam go jeszcze bardziej niż zwykle. A. jest w kuchni, idę na chwilę do niej, przyglądam się stojącym w kuchni rzeczom - nie widzę jeszcze, aby były w jakikolwiek sposób zniekształcone. Nagle zaglądam do środka glinianego dzbanka, w którym stoi woda i na jego dnie widzę delikatne fraktale. Są całkiem inne, niż sobie wyobrażałem - tak jakby ktoś "wycisnął" je na dnie tego dzbanka, są tylko grą odcieni tej samej barwy (w tym wypadku kremowej). Mimo tego są piękne. Nie widziałem nigdy takich wzorów - przywodzą na myśl kształty ze zbioru Fatou, ale są rozłożone na płaszczyźnie tak jak mozaika - cała powierzchnia w sąsiadujących ze sobą niewielkich fraktalach. Patrzę na blat z czarnego piaskowca - na nim też pojawia się ten wzór, delikatnie zmodyfikowany. Biorę kartkę i próbuję coś napisać. Pojawia się słowo "piszę", z ogonka "ę" przechodzę do rysowania spirali, próbuję zaznaczyć wszystkie wzory i kształty które pojawiają się przed moimi oczami, ale to niemożliwe. Wracam z kuchni do pokoju, B. też chodzi. Cekiny z jej sukienki rzucają kolorowe refleksy na ściany, a te refleksy pokrywają się fraktalami. Czuję, że muszę ją przytulić. Jest cudownie, najprzyjemniejsze przytulenie jakie przeżyłem w życiu. Znacznie mocniej czuję jej ciepło i czuję w sobie miłość do niej  - ale miłość aseksualną, nie pociąga mnie w tej chwili, jestem jej wdzięczny, że jest ze mną. Prosi, żebym pomasował jej stopy. Mój dotyk jest bardzo wrażliwy, mam wrażenie, że jej stopy są pokryte aksamitem, a przy tym całe we wzorach. 

A. wraca z kuchni i przynosi nam napar z liści zielonej herbaty i dziurawca. Dziurawiec zawiera inhibitor monoaminooksydazy, zastanawiam się, czy go pić, ale wiem też, że LSD nie regaguje z inhibitorami MAO, poza tym w tak niewielkiej ilości jak w dziurawcu jest to raczej nieszkodliwe. Biorę łyk naparu - jest w smaku musujący, trochę jak lemoniada, bąbelki pękają mi w ustach i łaskoczą podniebienie, pytam A. czy dolewała tam wody gazowanej - mówi, że nie. 

Zaczynam chodzić po mieszkaniu i obserwować fraktale - są wszędzie - na firankach, na ścianach, na meblach, na roślinach. Są piękne. Widzę, że B. przygląda się pocztówce z Hiszpanii, przedstawiającej małe miasto na wybrzeżu. Biorę pocztówkę od niej, siadam na kanapie i mam wrażenie, jakby mój umysł "pofrunął" w miejsce ze zdjęcia - słyszę miejski gwar, mam wrażenie, że widzę chodzących na zdjęciu ludzi, z oddali dobiega mnie szum fal. 

W tym czasie A. zmienia muzykę - wyłącza egzotyczną Chancha Via Circuito i włącza mantry. Mieszkanie wypełnia klimat mistycyzmu, A. zapala kadzidło, pokazuje mi różne kamienie i minerały - całe pokryte są fraktalnymi wzorami, a ich barwy falują. Czuję się, jakbym trzymał w rękach żywe istoty. Wzory na sukience A. ożywają, gdy na nie patrzę, mam wrażenie, że oglądam film. Ponownie idę przejść się po pokoju. Patrzę za okno - miasto wydaje mi się nieprzyjazne.

Od tego momentu czas zaczął mi się zlewać, przestałem rozumieć, że może istnieć coś takiego jak jego upływ, nie byłem w stanie objąć myślą tego, jak wzrost entropii otaczającego "układu" kształtuje nasze poruszanie się w czasoprzestrzeni. Kalendarz stał się dla mnie przedmiotem abstrakcyjnym.

(Przy okazji edycji stylistycznej przypomina mi się też, że próbowałem myśleć o falowo-korpuskularnej naturze światła i fal EM. Koncept fotonu będącego jednocześnie falą i cząsteczką, mimo że na trzeźwo jestem w stanie go pojąć, w ogóle nie był dla mnie interesujący - świadczy to o tym, że ważniejsze dla mnie było wtedy, aby czuć "tu i teraz", niż patrzeć na świat pragmatycznie, przez pryzmat fizyki i współczesnej nauki. Słyszałem kiedyś, jakoby podwójna helisa została odkryta pod wpływem LSD, i dlatego chciałem porozmyślać o naturze materii, niestety było to poza moim zasięgiem). 

Nagle widzę łzy w oczach B. Robi mi się przykro, nie wiem czy płacze ze smutku, czy z tęsknoty, czy też może przechodzi bad trip, lub chce, żeby działanie LSD się skończyło. Przebiega mi przez głowę myśl, że jeżeli kwas wszedł jej za mocno, lub nie tak jak się spodziewała (też ma zerowe doświadczenie, tak jak ja), to będzie niewesoło - nie mamy diazepamu ani nic w tym stylu, a 8 lub więcej godzin badtrip'u prawdopodobnie odbije jej się na psychice. Siadam na podłodze, po chwili zaczynam chyba rozumieć, dlaczego moja towarzyszka płacze - zauważam, że otacza nas klimat wschodniego mistycyzmu, czuję się jakbym brał udział w jakiejś wielkiej ceremonii religinej. Z moich oczu zaczynają lać się łzy, czuję jednocześnie smutek, mistyczną radość, wdzięczność dla Najwyższej Istoty, Absolutu, za to, że żyję, uczucia zmieniają się jak w kalejdoskopie. Patrzę na A. - uśmiecha się do mnie, odwzajemniam uśmiech, po chwili znów zalewam się łzami i chowam twarz w rękach. Kładę się na kanapie obok płaczącej B. Zaczynam płakać jeszcze bardziej, czuję jak razem z łzami odpływają ze mnie wszytkie złe uczucia, cała złość na świat i ludzi. Kanapa robi się wręcz mokra, gdy ucieka ze mnie nienawiść i niepewność. Po chwili odpływam. Kompletnie nie pamiętam co się działo, jednak gdy odzyskuję świadomość, czuję się jak małe dziecko. Ide do łazienki opłukać twarz, woda jest przyjemnie kwasowo-musująca. Nie umiem teraz opisać tego jak ją czułem, jednak wtedy powiedziałem A., że czuję świat lizergamidowo. Wracam do pokoju, w którym siedzą dziewczyny. Idziemy z B. na nowo odkryć świat - definiuję sobie na nowo takie pojęcia jak okrągły, płaski, kanciasty i miękki. Płaskie drewniane powierzchnie są bardzo przyjemne w dotyku, ale kanty mebli są tnące. Bardzo dziwi mnie, dlaczego ludzie produkują kanciaste rzeczy, kiedy koło jest o wiele przyjemniejsze w dotyku. Wyglądam przez okno, dociera do mnie, że miasta, budynki, samochody, wnętrza mieszkań i większość mebli jest kanciasta. Mówię do dziewczyn: "Jak mogliśmy tak spierdolić ten świat...". Patrzę na rosnące w doniczkach kwiatki, dociera do mnie, że są one żywe. Bardzo mnie to fascynuje. Pytam A., czy one żyją naprawde. Mówi, że tak. Jest mi przykro, że ludzie odsuwają się do natury, że zabijają zwierzęta, aby pozyskiwać mięso, że żyjemy w betonowych klatkach zamiast w drewnianych domach wśród natury. Bardzo chciałbym teraz być na łące lub w lesie, niestety jesteśmy w centrum dużego miasta i jest zima. A. opowiada mi o duszy i o tym, że jest tak mała, że mieści się w przestrzeni milion razy mniejszej niż główka od szpilki. Patrzę na B. i mam wrażenie, że wśród pokrywających ją fraktali widzę jej duszę. 

Zawsze patrzyłem na świat pragmatycznie, kierowała mną logika i myśl, jednak po tym przeżyciu dociera do mnie, że uczucia są ważniejsze (nie mylić z instynktami, ale o tym potem).

Przypomina mi się, że chciałem pograć na gitarze. Wyciągam ją z futerału, bardzo powoli. Fascynuje mnie sama faktura materiału, z którego jest wykonany. Z nabożną czcią biorę w ręce moją pierwszy, najukochańszy instrument, który ukształtował w dużej mierze moje życie. Gram parę akordów i prostych melodii, stwierdzam jednak, że brzmienie gitary akustycznej jest mało "kwasowe" (elektryczna ma o wiele lepsze możliwości w tej kwestii, jednak nie było takiej w mieszkaniu A.). Instrument "rozpływa" mi się w rękach i faluje, pokryty fraktalami. Decyduję, aby zostawić grę na później i na razie poddać się całkowicie działaniu LSD. Wpadam w słowotok, opowiadam A. i B. o wszystkich wykręconych myślach, które pojawiają się w mojej głowie. Mam wrażenie, że nie za bardzo to je interesuje, dlatego przerywam moje wywody. 

B. mówi, że jest głodna i zjadłaby pizzę. Stwierdzam, że to doskonały pomysł, bo pizza jest okrągła, więc nie będzie drażniąca jak kanty na krawędziach. A. dzwoni do pizzeri, okazuje się, że trzeba przyjść i odebrać jedzenie osobiście, bo nie oferują dowozu przed 15, czy coś w tym stylu. B. chce iść z A., ja chciałbym zostać w domu. Nie mam ochoty wychodzić z bezpiecznego mieszkania. Po chwili uświadamiam sobie, że to niechęć do wyjścia ze strefy komfortu. Wolę przebywać w ograniczonym środowisku, w którym całkowicie mam kontrolę nad sytuacją, niż wyjść ze strefy komfortu i doświadczyć czegoś nowego. Uświadamiam sobie też, że ogólnie często przeszkadzają mi osoby i sytuacje, których nie mogę kontrolować w 100%. Decyduję, że jest to bardzo niezdrowe, wręcz psychopatyczne i muszę wyjść z domu, żeby doświadczyć i poczuć coś nowego, nawet, jeżeli będzie to niekontrolowane. (Póki co, mam wrażenie, że ta lekcja dana przez LSD obowiązuje też w "trzeźwym" życiu - ot, psychoterapia). 

Zmieniam sari na normalne ubranie (w przeciwieństwie do moich towarzyszek). Wychodzimy z domu, świat faluje i pokrywają go fraktale. Zauważam, że mam problemy z oceną odległości, a samochody zmieniają płynnie swój rozmiar. Cieszę się, że jest z nami A., czuję się dzięki niej bezpiecznie. Na ulicy mijają nas ludzie, zauważam, że w prawie każdym przebija się na wierzch jakaś jedna konkretna emocja. Z przykrością stwierdzam, że z reguły są to emocje negatywne. Niektórzy patrzą na świat z drwiną i pogardą, inni agresywnie. Zatrzymujemy się na światłach. A. jest już po drugiej stronie, my z B. czekamy na zielone. Nie wiem, jak mocno doświadcza kwasu B., więc ogarniam się, żeby w razie czego powstrzymać ją przed wejściem pod samochód czy czymś takim. (Potem dowiem się, że jedyne co robiła, to przyglądała się ludzkim twarzom. Trochę żałuję, że też nie wykorzystałem tego momentu w ten sposób). Dochodzimy do drugich świateł. A. i B. zaczynają gadać jak Neo z Morfeuszem w Matrixie - mówią o emocjach jakie widzą na twarzach ludzi, zupełnie jakby ci nie stali obok. Nie wiem, czy ludzie nas słyszą. Może tylko sobie wkręcam, że słyszą. Zawsze trochę za bardzo przejmowałem się opinią innych. Idziemy dalej, mijamy komisariat. W ogóle nie czuję strachu ani niepewności, kiedy np. po paleniu mj miałem takie momenty, że nawet nie chciałem przejść obok radiowozu. Dalej mijamy ludzi, śmieszą lub smucą mnie ich emocje. Dochodzimy do pizzerii, A. wchodzi do piwnicy w której owa się znajduje. Zaczyna iść różnymi korytarzami, czuję się jak w labiryncie. Jest ciemno, klimat przywodzi na myśl jakąś kryptę lub piramidę. Na ścianach widzę fraktale i egipskie wzory. Gra zwykła muzyka, jakiś pop. Trochę mi to przeszkadza. Barmanka każe nam jeszcze chwile poczekać na odbiór pizzy. Idziemy siąść do stolika. Widzę, że krzesło jest półokrągłe, więc wykonuję nim obrót o 360 stopni, bardzo podobają mi sie okrągłe rzeczy. Siadam i patrzę się w ścianę. Fascynuje mnie kalejdoskop fraktali. B. ogląda teledysk w telewizorze, mówi, że nie może uwierzyć, że to się dzieje tam naprawdę. Ja nie mam okularów, więc obraz na ekranie telewizora jest dla mnie tylko zbiorem plam. Szkoda.  W końcu kelnerka przynosi nam naszą pizzę na wynos. Wyjmuję z kieszeni pieniądze. Zaczynam śmiać się, że mam w kieszeni jakiegoś małego człowieka na papierze. Idea pieniądza wydaje mi się w tej chwili abstrakcyjna. 

Wracamy i decydujemy się wstąpić do sklepu po coś do picia. B. chce zjeść lody. Przechodzimy przez sklep, uderza mnie ogrom barw na opakowaniach produktów. Stajemy w kolejce, B. zaczyna mi opowiadać o fraktalach, które widzi na pudełkach ciastek. Delikatnie szturcham ją w ramię, wyglądamy dość niezwykle jak na zimę w mieście, więc nie chcę dodatkowo zwracać na siebie uwagi. Mam wrażenie, że i tak wszyscy się nam przyglądają. Podchodzimy do kasy. Pieniądze "płyną" mi w rękach, w końcu udaje mi się zapłacić za zakupy kartą. Karta też płynie. Kasjerki mają powykręcane twarze, mam wrażenie, że śmieją się z nas. Potem A. mówi mi, że nic takiego nie miało miejsca. Zabieram zakupy i idziemy do domu. Po drodze mijamy staruszkę, uderza mnie radość i blask bijący z jej twarzy. Cieszę się, że mimo podeszłego wieku jest szczęśliwa. Życzę jej dobrze. 

Jesteśmy znów w domu, mam wrażenie, że jeśli wyszedłbym sam, to z dużym prawdopodobieństwem co najmniej zrobiłbym sobie krzywdę. Jemy pizzę, z pomidorowym sosem cudownie rozlewa mi się w ustach. Włączam muzykę, bodajże Nicolas'a Cruz, czuję się jak w ciepłym lesie deszczowym, sam jestem tym lasem, rozlewam się w przestrzeń, razem z moim kawałkiem pizzy. Wypijam dużo wody, po czym czuję, że muszę się wysikać. Idę do toalety i... nie mogę, coś mnie blokuje. Nagle dociera do mnie pewna mentalna rozterka, która trapi mnie od dłuższego czasu. Czuję, że muszę w głębi świadomości pogodzić się z tym, że nie mogę mieć wpływu na pewne zjawiska w moim otoczeniu. Wysilam się i bardzo szczerze godzę się z tym. Dopiero wtedy udaje mi się wysikać. 

Wracam do dziewczyn, jem kolejny kawałek pizzy. Czuję się bardzooo kwasowo, jednocześnie mam ochotę, żeby trochę mnie to puściło. Przypomina mi się przeprowadzona dzień wcześniej rozmowa z C. Powiedziała mi, że dla niej liczy się to, aby w życiu żyć i czuć "tu i teraz". Stwierdzam, że jeśli pozwolę działać LSD tu i teraz i oddam się w jego działanie zamiast chcieć przerwy, to będzie przyjemniej. Faktycznie, jest. 

W międzyczasie dzwoni do mnie D. Uznaję za świetny pomysł odebranie połączenia. Próbuję zasugerować mu przez telefon, że jestem na kwasie, ale zaczyna mi opowiadać historię o tym, jak to boi się, że ktoś włamał mu się na konto mailowe. Najbardziej w mojej głowie zapisują się słowa "boję się". Mówię, że oddzwonię później i zaczynam mieć bad tripa, czuję strach o mojego kolegę, nie jestem w pełni świadomy tego, czego się boi. Serce bije mi coraz szybciej, nerwowo chodzę w koło. Próbuję wyrzucić te myśli z głowy, bo zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie jego "boję się" było znacznie wyolbrzymione, jednak nie mogę poradzić sobie z tym sam. Idę do A. Mówi mi, że nie mogę zawsze brać odpowiedzialności za decyzje innych ludzi, i nie każdemu mogę pomóc. Niby banał, ale bardzo mnie uspokaja. Jestem zaskoczony, jak bardzo mój umysł jest plastyczny, podatny na sugestię i jak płynnie przechodzi między odczuciami.

Stwierdzam, że fajnie byłoby wziąć prysznic. Idę do nowiutkiej łazienki A. z dużą kabiną, i oblewam się wodą. Czuję się jak wojownik, obmywający się po walce z samym sobą. Jeden z najfajniejszych pryszniców w życiu. Wychodzę z kabiny, wycieram się. Przez działanie kwasu mam wrażenie, że dalej jestem mokry. Ciężko to opisać. Patrzę na moją twarz w lustrze, dostrzegam, że źrenice mam bardzo rozszerzone. Podobają mi się moje oczy w takim stanie, mam wrażenie, że ktoś mógłby spojrzeć mi we wnętrze, gdyby tylko zechciał. Poza tym wydaje mi się, że jestem niższy, jednocześnie bardziej umięśniony i mam twarz jak puchacz. Czuję się, jakbym kompletnie zapomniał jak wygląda moja twarz i oglądał ją po raz pierwszy w życiu. Obmywam twarz wodą, bardzo przyjemnie. Rozpuszczam włosy i moczę je wodą, czuję się jak Indianin w dżungli. 

Potem siedzimy i słuchamy muzyki, doświadczam synestezji, czuję jak smakuje dźwięk, czuję go też dotykiem. Widzę kolorowe refleksy barw na brzegach pola widzenia. Włączamy znowu Pink Floyd - Comfortably Numb. Przypadkiem włączam acid jazzowy cover - The Bad Plus - Comfortably Numb. Jesteśmy zafascynowani tym utworem, dodatkowo LSD zniekształca ten utwór, uważam, że to największe odkrycie muzyczne tego tripu. 

Pomału znikają fraktale, muszę się wysilić, żeby je dostrzec. Zostaje za to kwasowy smak, słuch i czucie. Minęło 7 godzin od zażycia tej pięknej substancji, dopiero odzyskuję poczucie czasu i myślę, że to może być już koniec naszych wrażeń. Nic bardziej mylnego. 

 

A. widzi, że bardziej ogarniamy rzeczywistość. Jest umówiona z kimś, więc musi wyjść na jakiś czas z domu. Zostajemy sami. B. stwierdza, że chce posiedzieć całkowicie sama i pomyśleć o paru sprawach z nowej perspektywy. Chciałbym pobyć z nią, bo nudzi mi się samemu, jednak dociera do mnie, że każdy człowiek ma swoje "tu i teraz" i nie mogę od nikogo wymagać, aby jego "tu i teraz" było takie samo jak moje. Jeżeli jednak jest, to mogę co najwyżej być za to wdzięczny tej drugiej osobie lub grupie osób, ale nigdy nie mogę tego oczekiwać. 

Stwierdzam, że chciałbym posłuchać albumu Briana Eno, "Ambient 4/On Land". Ta muzyka doskonale pasuje do mojego "dżunglowego" odczuwania kwasu, zamykam oczy i czuję ją całym sobą. Przez najbliższą godzinę będziemy siedzieć w ambientowym, lejącym się klimacie. Nagłośnienie, jakie A. ma w domu pozwala naprawdę docenić kunszt kompozytora. Uważam, że Ambient 4/On Land to najlepszy album ambientowy jaki kiedykolwiek powstał. Szczególnie podobają mi się utwory "Shadow" oraz "Unfamiliar Wind", doskonale oddają to jak czuję się na kwasie. 

Z drugiego pokoju wraca B. Stwierdzamy, że założymy zespół. Ona będzie grać na bębenku, zaś ja na gitarze. Przy otwieraniu gitary stwierdzam, że każda czynność może być muzyką, jak np. otwieranie klapy futerału połączone ze zgrzytem zawiasów lub posuwiste, rytmiczne kroki. Gdy szapię struny, okazuje się, że brzmienie gitary akustycznej dalej jest dla moich uszu zbyt ostre. Zaczynam więc stukać w nią jak w bęben. Zauważam, że spociły mi się dłonie (potem okaże się, że klimat dżungli tak bardzo mnie pochłonął, że mieszkanie rozgrzało się do 25 stopni, a my siedzieliśmy przy zamkniętych oknach, w zaduchu). Przykładanie wilgotnych rąk do drewna gitary i odrywanie ich generuje bardzo kwasowy dźwięk.  

 

Chwilę rozmawiamy z B. Stwierdza, że chciałaby porysować. W poszukiwaniu kartek podchodzimy więc do komody w której są dwie szuflady. W jednej szufladzie jest fajka do palenia haszu, w drugiej książki. Stwierdzam, że to metafora tego, że spożywanie takich substancji jak THC stoi na drodze do poznania świata. Mój umysł w bardzo ciekawy sposób wychtywuje takie detale. Sięgam po książkę "Kim jesteś?", której autorem jest Jagad Guru Siddhaswarupananda Paramahamsa (jego "amerykańskie" imię i nazwisko to Chris Butler). Autor głosi poglądy będące połączeniem psychologii i wisznuizmu, zahaczające o krysznaizm. Czuję, że pierwsze słowo, jakie przeczytam pod wpływem LSD będzie głębokie, będzie dla mnie dużym doznaniem. Otwieram więc książkę na chybił-trafił. Pierwsze słowo, jakie czytam to... Janusz. Okej, fall-start. Jestem zawiedziony, myślę sobie, że może kwas chciał ze mnie zadrwić. Daję mu i sobie drugą szansę. Trafiam na rozdział o teorii informacji, która interesuje mnie szczególnie z racji na dziedziny, w których rozwijam się naukowo i pracuję. Czytam zdanie: "Kiedy mówimy o połączeniu pewnej ilości elementów w zorganizowaną całość, musimy wziąć pod uwagę nie tylko owe elementy ale również informację potrzebną do stworzenia z nich owej całości.". Mój umysł eksploduje, dociera do mnie, że w celu przetworzenia informacji zawartej w tym zdaniu, mój umysł musiał zrobić dokładnie to, o czym owo zdanie opowiada. Niby nic, normalka, ale jednak było to dla mnie silne przeżycie, zapętlenie myśli.

Potem czytam rozdział o hedonizmie. Dociera do mnie, że całe życie byłem hedonistą, goniłem za przyjemnościami smakowymi czy seksualnymi. Byłem niewolnikiem moich zmysłów, co jednak spłycało moje życie, zamiast pozwolić mi poczuć więcej. Dociera do mnie, że pragnienia seksualne są jak obżarstwo - im więcej zjesz, tym więcej chciałbyś zjeśc. Autor prezentuje, w jaki sposób hedonizm żądzi całym światem, jak ludzie gonią za potrzebami zmysłów, zamiast spełnić potrzeby duszy. Uderza mnie to. Nie chcę, aby moje życie wyglądało w ten sposób. Przyrzekam sobie, że nie będzie, i wiem, że ta przysięga będzie wiążąca. 

Opowiadam B. o moich przemyśleniach z całej podróży. Ona opowiada mi o swoich. Rozumiemy się. Jest dobrze.

Idę do kuchni zrobić yerba mate. Są tam dwie srebrne lampy, z  kolorowymi fioletowo-zielono-niebieskimi refleksami. Odkąd zobaczyłem je pierwszy raz, byłem ciekaw tego jak wyglądają pod wpływem LSD. Zapalam je, i wyglądają... normalnie. Jestem rozczarowany, więc gaszę je. Przyglądam się im po zgaszeniu, ze zdziwieniem zauważam, że gdy się nie świecą, jest na nich mnóstwo refleksów, widzę też w strukturze lamp resztki fraktali. Uderza mnie to, że często pragniemy czegoś, oczekując spektakularnych efektów, nie wiedząc, że tak naprawdę spektakularne efekty przyniesie przeciwieństwo tego, czego pragniemy. 

Wraca A. Stwierdza, że przez palącą się w pokoju jedną świecę, znacznie brakuje tlenu i wietrzy pokój. Co prawda zdaję sobię sprawę, że nie jest to tylko kwestia palącej się świecy, ale rozumiem teraz świat alegorycznie. Moja interpretacja jej opinii zahacza o efekt motyla - jeden drobny szczegół może odebrać komuś duchowo-emocjonalną przestrzeń. Jednocześnie jej pojawienie się intepretuję jako alegorię tego, że czasem zmiana perspektywy pozwala tą przestrzeń odzyskać. Chwilę rozmawiamy o nieistotnych sprawach, potem rozmowa schodzi na duchowowość, strukturę materii, istnienie duszy czy wiarę. Bardzo dobrze rozmawia mi się o tych zagadnieniach, myśli szybko się lepią i nie mam problemu z ich przekazaniem. 

Po 12 godzinach jestem jeszcze delikatnie pod wpływem LSD, stwierdzam, że teraz jest dobry czas, żeby finalnie pograć na gitarze. Gram do acid jazzowego podkładu, bardzo fajnie mi się to klei, myślę bardziej melodią niż pojedyńczymi dźwiękami. Gram przez jakieś 20 minut. Potem stwierdzam, że chciałbym posłuchać Wardruny. Kompletnie nie pasuje do vibe'u kwasu, zaczynam odczuwać strach i zmieniam repertuar na Cream. Dociera do mnie, że Cream - Swlabr opowiada właśnie o LSD i bardzo przyjemnie słucha mi się tego utworu. 

Kwas pomału puszcza B., rozmawiają z A. o przyziemnych sprawach, ale ja dalej jestem pod jego wpływem. Stwierdzam, że umyję się i pójdę spać lub poczytać książkę. Biorę prysznic, mam wrażenie, że trwa bardzo długo, faktycznie jednak trwa 10 minut. Biorę książkę "Kim jesteś?" i czytam przed snem - bardzo ciekawe jest dla mnie doświadczenie czytania książki o duchowości po względnym rozpadzie mojej osobowości. Buduję sobie podejście do pewnych spraw na nowo, licząc, że utrzyma się ono trwale. 

Idę spać, w nocy śnią mi się intensywne i barwne sny, mój mózg musi przetrawić wiele i wiele ułożyć. Budzę się lekko niewyspany, ale yerba mate stawia mnie na nogi. Czuję zauważalną zmianę w postrzeganiu świata, być może jest ona subiektywna, ale jestem bardzo pozytynie nastawiony do życia. Mam też wrażenie, że moje oczy wyglądają inaczej, jakby w mojej duszy coś się zmieniło. 

Podsumowując, było to jedno z najintensywniejszych emocjonalnych przeżyć jakich doświadczyłem. Zmieniło się moje podejście do świata i mam wrażenie, że mój umysł jest bardziej otwarty. Przeszedłem swojego rodzaju psychoterapię prowadzoną przez kwas. W niektórych momentach nie było łatwo, ale na pewno było warto. Jeśli ktoś zapytałby mnie, czy warto spróbować, odpowiedziałbym, że z całą pewnością tak, oczywiście pamiętając o tym, żeby było to LSD, a nie jakieś RC mające jedynie imitować działanie prawdziwego kwasu.

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Bardzo błyskotliwe przemyślenia , TR pełen wrażeń - jeden z lepszych opisów przeżyć jakie czytałem :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media