Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

pierwszy trip z apteki- tego się nie zapomina!

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Ja- 25 tabletek acodinu
Kumpel- 23 tabletki
Obaj rozgryzaliśmy.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Bardzo pozytywne nastawienie, wręcz fascynacja acodinem
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Gałka muszkatołowa
Marihuana
Kodeina

raporty żelazny_aksamit

pierwszy trip z apteki- tego się nie zapomina!

Jest godzina 14:40. Dokładnie cztery godziny i czterdzieści minut temu do mojego układu pokarmowego dostał się dekstrometorfan. Faza ma już bardzo małe nasilenie, toteż postanowiłem napisać trip report. Drodzy czytelnicy, nie podzielić się z wami tym, co niecałe 3 godziny temu zawładnęło moim umysłem, byłoby grzechem! A więc po kolei:

WSTĘP

Wtorek, 16 luty 2016- Wraz z dobrym kolegą Porfiriuszem (Imię zmienione, ale w rzeczywistości takie istnieje na prawdę!) zażyliśmy po paczce Thiocodinu (czyli 10 tbletek na łeb) w nadziei na osiągnięcie błogiego stanu przypominającego upojenie morfiną. Niestety, okazało się, że Porfiriusz jest na te tabletki zupełnie odporny, a ja miałem tylko lekką fazę, niewartą nawet osobnego trip raportu. Czułem się lekko zawiedziony, a Porfiriusz powiedział, że kodeina to gówno, więc trzeba kiedyś spróbować czegoś innego. „Kiedyś” przypadło właśnie na dzisiaj, a „coś innego” to acodin :)

Czytając o jego niesamowitych właściwościach na poczciwej stronce neeurogroove doszedłem do wniosku, że jest to narkotyk stosunkowo bezpieczny, bardzo mocny i zarazem tani, czyli prawie ideał. Skusiłem się więc i postanowiłem go wypróbować.

Środa, 24 luty 2016- Rano obudziłem się z konkretnym zamiarem: Dzisiaj spróbuję czegoś nowego!

Rodzice mojego kolegi- Achacjusza (również zmienione i istniejące imię) podwieźli jego i mnie do okolicznego miasteczka (albowiem mieszkam na zadupiu- typowej wsi, gdzie psy szczekają dupami i prąd zawraca w kablach). W miasteczku jest miła i przytulna pływalnia, gdzie ja, wraz z Porfiriuszem wcześniej chcieliśmy tripować na kodeinie, ale nic z tego nie wyszło. W tejże pływalni mieliśmy się spotkać, by zakosztować Acodinu. Achacjusz nie jest zbyt wielkim fanem apteki, więc nie przyłączył się do „zabawy” i towarzyszył nam przez większość czasu jako „pilnowacz”.

 

APTEKARKI ZAWSZE CZUJNE, CZYLI PERYPETIE KUPUJCEGO NARKOTYK W APTECE

Na mnie padło zadanie kupienia magicznych tabletek, a przeczuwałem, że mogą powstać pewne komplikacje, bo farmaceutki nie są głupie- znają zapewne acodin i dostrzegają jego gorszą stronę. Obrałem jako cel pierwszą aptekę i wszedłem.

-Dzień dobry! Jest może acodin?- zapytałem starając się zachować pozory osoby niećpiejącej.
-Jest! - odpowiedziała bardzo szybko pani zza lady. Miała może 50 lat.
-W takim razie poproszę dwa opakowania- rzekłem wesoło i w myślach dziękowałem losowi za swoje głupie szczęście- [najwyraźniej ta babka nie wie, że acodin to narkotyk, hahaha!]

Położyła na ladzie jakieś dwa opakowania z widniejącą na nich wątrobą. Przyjrzałem się im i powiedziałem:

-Ale ja prosiłem o acodin!
-Aaaaa, Boże, ja usłyszałam [nazwa leku na wątrobę]! Jeżeli chodzi o acodin, to on tylko na receptę!
-Hmmm w takim razie do widzenia.

Pierwsza myśl po wyjściu z apteki: [No to się k**a zabawiłem! Porypane prawo wprowadziło nawet na to zakaz!]

Podszedłem do Achacjusza, który czekał przed apteką i powiedziałem: Patrz jaka menda! Mówi, że na receptę!
-Bo może serio jest na receptę!
-Nie jest, sprawdzałem wczoraj na necie.
-Czekaj... (wyjął telefon i wpisał w wyszukiwarkę nazwę tegoż leku)
Wyskoczyło mu pytanie na „zapytaj.onet.pl”- czy acodin jest na receptę?
Odpowiedzi:
*Nie jest
*Nie, ale nie sprzedają osobom poniżej 18 lat.
*Nie jest, ale można kupić tylko jedną paczkę.
*Acodin jest sprzedawany bez recepty, ale w niektórych aptekach mogą kłamać, że trzeba ją mieć.

„No to mnie właśnie tak miła pani okłamała! Cholera...”- powiedziałem Achacjuszowi. Poszliśmy więc do drugiej apteki.

-Dzień dobry! Acodin w tabletkach poproszę!
Farmaceutka za ladą coś do mnie powiedziała, robiąc przy tym gorzką minę. Od razu wiedziałem, że podejrzewa mnie o faszerowanie się acodinem w celach innych, niż lecznicze. Słusznie pani specjalistko, słusznie :-]
-Słucham?
-W jakich celach pan go stosuje?- powtórzyła.
-Przeciwkaszlowych.
-A 18 jest?
-Owszem- odrzekłem z pewną miną, choć tak naprawdę brakuje mi do 18stki półtora miesiąca :D
-Ile paczek?
-Jedną.

Wyłożyła na ladę towar, a ja kulturalnie zapłaciłem i nie mogąc powstrzymać uśmiechu, wyszedłem za drzwi.
Jedna paczka na dwóch to oczywiście mało, więc udałem się do trzeciej apteki:

-Dzień dobry! Czy jest acodin?
-No jest, ale...- w oczach starszej pani widać było wahanie.
-Poproszę jedną paczkę.
-Ale... ma pan ukończone 18 lat?
-A czemu pani pyta?
-Bo trzeba mieć!
-Do kupienia leku?- odparłem z niepewnym, sztucznym uśmieszkiem, grając głupiego.
-No jest taka ustawa...
Wstukała coś na klawiaturze, przekręciła monitor stojący na ladzie w moją stronę i dała mi do czytania. Coś tam pisało o zakazie sprzedaży wspaniałego leku osobom niepełnoletnim.
-Dowód pan ma?
-No nie mam, ale wie pani co, mój brat może przyjść.... (miałem na myśli Achacjusza, który skończył osiemnastkę dwa miesiące wcześniej ode mnie i miał już dowodzik. Idealnie zagrałby mojego brata :D)
-A chociaż dokument szkolny?
-Yyy nie...- powiedziałem, jednocześnie zasłaniając legitymację szkolną, która właśnie wtedy zaczęła mi się wysuwać z portfela.
-No to ja nie mogę tak wbrew ustawie...
-Hmmmmm, to ja zadzwonię do brata i on za chwilę podskoczy tutaj z dowodem, bo to dla siostry kupuję, ona chora...
-Jakiej siostry?
-No mojej siostry, jest... chora i w łóżku leży, to mnie wysłała po te tabletki, ale skoro...
-Echhh no dobrze, dam panu te tabletki, ale na drugi raz po acodin proszę przyjść z dowodem!
-Dziękuję.

Tak oto zdobyłem narkotyki :)

 

JEDZIEMY Z TYM KOKSEM

Udaliśmy się więc do sklepu po jedzenie (zawsze mnie kręci próbowanie dobrych rzeczy na fazie), a potem na basen, gdzie czekał już kumpel do tripowania- Porfiriusz. Siedział w barku z oknem na właściwą część pływalni (tam, gdzie ludzie w wodzie spędzają mile czas). Od razu przystąpiłem do rzeczy- wręczyłem mu jego paczkę i powiedziałem, że potem się rozliczymy z kasy, a teraz szybko do kibla jeść tabsy.

W ubikacji rozgryzłem w sumie 25 tabletek, które swoją gorzkością przyprawiły mnie o mocny niesmak. Ważę 87 kilo obecnie, tak dla informacji. Porfiriusz zjadł ich 23 i o mało nie zwrócił. On waży mniej więcej 70 kg. Powinno go trzepnąć dużo mocniej, niż mnie, nie sądzicie? A jednak to mnie tak faza przydusiła, że aż myślałem, że oszaleję =D Dosłownie. Mam wrażliwy umysł- zapamiętam na przyszłość. A może to przez ten imbir? O właśnie, należy o nim wspomnieć:

W 3 poprzednich trip raportach wspominałem o pewnych tabletkach, którymi zawsze przed planowaniem fazy się objadałem (tzn.- przykładowo tydzień przed paleniem marychy jadłem 2 sztuki dziennie). Te tabletki miały rzekomo poprawiać doznania na fazie, ale niedawno odkryłem, że to nie ich zasługa, a być może ich zacnego składnika- imbiru! Nazwa owego suplementu diety jest nieistotna, a zresztą i tak jej nie poznacie czytelnicy, bo szanowna moderacja NG (którą pozdrawiam serdecznie :D) zmieniła ich nazwę w moich raportach na „Nieistotny Produkt Placement”, ponieważ mogło to wyglądać jak reklama tych tabletek. Nie mam o to żalu :P. Tak więc jeżeli znajdzie się jakiś mało ogarnięty człek (coś mojego pokroju ;)), który będzie szukał na necie tabletek „Nieistotny Produkt Placement” to od razu mówię, jak sprawa wygląda :D Wracając: walić te tabletki, imbir daje moc! Przeczytałem ostatnio w pewnym magazynie, że imbir usprawnia procesy myślowe, a przecież im bardziej usprawnione macie myśli, tym lepsze fazy! Więc jak chcecie, śmiało wypróbujcie imbiru przed paleniem mj i napiszcie w komentarzach, czy coś to dało, bo chętnie dowiem się, czy moja teoria o zbawiennym działaniu imbiru ma swoje odzwierciedlenie w praktyce. Tylko trzy zastrzeżenia: Jedzcie ten imbir w ilości jednej łyżeczki dziennie, tydzień przed planowanym tripem, by organizm mógł się w pewien sposób nasycić substancja wzmacniającą mózg. Po drugie, imbir ma ohydny smak i można po nim rzygnąć, więc polecam spożywać go w pustych kapsułkach (o ile takowe macie) albo szybko zapijać czymś dobrym. I po trzecie (najważniejsze): Ja wzmacniałem nim działanie gałki muszkatołowej i marychy i innych narkotyków boję się z nim łączyć, po tym, co przeżyłem dzisiaj. I wam też radzę doprawiać tą przyprawą tylko liście MJ, czy też gałkę, bo w kontakcie z acodinem.... w kontakcie z acodinem wyszło coś przerąbanego. Cóż takiego? Już zabieram się za opis:

5 minut po zażyciu acodinu zjadłem też imbir (nasypałem go sobie go japy ile wlazło i przepiłem, o mało nie przypłacając tego wymiotami w barku basenowym). Porfiriusz zjadł go dużo mniej i ponadto nie jadł go od 3 dni (tak, jak robiłem to ja. I to w sporych ilościach). Potem kupiliśmy wejściówki na basen i udaliśmy się do szatni.

Godzina 10:10 (10 minut po połknięciu dekstrometorfanu) siedzimy w basenie o głębokości 150 cm (na pływacki wpuszczają tylko w czepkach, których nie wzięliśmy) i czekamy na wejście. Zaniepokojony wcześniejszą porażką z kodeiną Porfiriusz pyta mnie, kiedy wejdzie. Odpowiadam, że może za 20 minut, może za godzinę. Mój kumpel był dość sceptyczny wobec tabletek i przejawiał wątpliwości co do ich działania, więc zapewniałem go, że tym razem dostanie, co chce- mocnego tripa. Toż to przecież acodin panie i panowie! Toż to legendarny chemiczny narkotyk prosto z apteki! O tak, on musi zadziałać.... czekamy...

 

FAZA WŁAŚCIWA

Okolice godziny 10:50- Mnie już wzięło. Czuję to. Fajny stan. Porfiriusz dalej trzeźwy jak z bicza strzelił, lekko narzeka, że acodin to szajs. Mówię mu, żeby był cierpliwy. Podpowiadam, że początek fazy pozna, kiedy zamknie oczy i coś go poniesie. Tak jak teraz mnie.

Pierwszy objaw fazy, jaki dało się odczuć, to oczywiście lekkie wirowanie obrazu i kręcenie się w głowie. Potem doszły do tego: dezorientacja, rozmywanie się obiektów znajdujących się daleko ode mnie, wrażenie bycia we śnie i zamulenie.

Porfiriusz mówił, że mu niedobrze, a ja dawałem mu wskazówki, jak się nie wyrzygać i mówiłem, że to on jest panem fazy i ma nad nią kontrolę. Niestety, ja sam nad swoją fazą kontrolę rychło utraciłem.

Mniej więcej godzina 11:00- No pięknie. Zaczęło się coś, czego nie zapomnę do końca życia! Nie wiem nawet dokładnie kiedy- wpierw zamykałem oczy i czułem, że gdzieś się cofam. Miłe uczucie, jakby coś pchało mnie do tyłu. Potem do tego doszło zaburzenie mowy, dziwne uczucie lekkości ciała, wyostrzenie zmysłów i skrajna dezorientacja. Ani się obejrzałem, a byłem w jakimś cholernym filmie. Wszystko wyglądało dziwnie: kiedy siedzieliśmy w jacuzzi, przyszły jakieś dzieci. Coś do nas mówiły, a ja już nie za bardzo ogarniałem. Wiem tyle, że Porfiriusz pytał się, gdzie mieszkają i czy grają w CSa.... wydawały mi się takie dziwnie nierealne. W ogóle każda postać obca, była jakby mgłą... à propos mgły- pamiętam, że jednego pana ratownika otaczała mglista poświata! Takie miłe złudzenie. Było to, zanim się zaczęło na dobre... zanim acodin zamotał mnie do reszty. Wracając: Każda osoba wydawała mi się nienormalna (oprócz dwóch ziomów) i jakaś taka nieświadoma, a jednocześnie wiedziałem, że to właśnie ja jestem teraz w niecodziennym \, co przyprawiało mnie o niezłe schizy: to kto w końcu jest normalny?! Mój stan wydawał mi się bardzo naturalny, jedyny właściwy, jedny słuszny, a jednocześnie miałem przebłyski świadomości, w których docierało do mnie ze zdwojoną mocą zdanie: O k**wa, to jakiś obłęd!

Już wam tłumaczę drodzy czytający, dlaczego tak ów stan mnie wystraszył- Było to skrajne uczucie zagubienia. O tak, trafiłem na właściwe słowo. Rzeczywistość jakby klatkowała. Nie w sensie, że obraz, a... całokształt świata. Wszystko wydawało się „schodkować”. Stałem w tym basenie i jakby nagle coś totalnie zamgliło mi umysł, coś totalnie mnie opóźniło. Czułem się jak down, który wie, że ma downa. Jak dziecko z Aspergerem, któremu wszystko, co obce, wydaje się dziwne. Czułem się jak mały szczur, który nie współgra ze światem. Bałem się, irracjonalnie oczywiście, że na własne życzenie zepsułem sobie mózg. I najgorsze było to, że przeszła mnie taka jedna irracjonalna myśl: Zwariowałeś! Tak już będzie na zawsze! Nie da się z tego wyjść chłopcze, pogódź się z tym!

Wiedziałem dobrze, że to efekt zażycia acodinu i że powinno minąć z czasem, ale w ogóle nie mogłem sobie wyobrazić, że wrócę do poprzedniego stanu. To takie uczucie, jakbyście dowiedzieli się jakiejś szokującej prawdy, której nie da się wymazać z pamięci i która będzie wam już do końca życia ciążyć. Po prostu przestałem wierzyć, że z takiego dziwnego stanu da się wyjść, przestałem widzieć przyszłość i przeszłość, bo nie mogłem nawet do końca operować wyobraźnią i pamięcią.

Pamiętam, jak zachciało mi się lać i wraz z Porfiriuszem wyszedłem z jacuzzi i poszedłem do szatni, w której obrębie były też toalety. Szło się bardzo dziwnie, cały świat się chwiał, odległość się zaburzała, stopy ciążyły, a reszta ciała była lekka. Czuło się wręcz fizyczną dysproporcję między rozkładem sił poszczególnych partii ciała, czuło się zdwojone ciążenie i tę igrającą z umysłem odległość... - eee, to akurat było przyjemne :) Gdyby nie towarzyszyło temu klatkowanie myśli i ten obłęd, wszystko byłoby w porządeczku. Niestety, nie było tak do końca „w porządeczku”. Jak już używałem pisuaru, opierałem się głową o ścianę i miałem wrażenie, że świat się jakoś przekręca na bok. To już nie ja się chwiałem, a świat. Porfiriusz myjąc ręce, wsadził łeb w umywalkę i powiedział, że teraz wszystko jest dla niego dziwne. Lekko się zaniepokoiłem, że on może złapać coś podobnego do mnie, a więc nie okazywałem strachu, albo przynajmniej maskowałem go skrupulatnie. Powiedziałem tylko:

-Hehehe, w sumie to wszystko teraz jest jakby filmem...
-Nooo jakie to jest inne! Jezu, coś tu nie gra we wszystkim, co nie?

O tak, coś tu nie gra. Słowa dobrze opisujące mój stan: Coś się nie zgadzało w każdej osobie, w każdej rzeczy i w każdym uczuciu- zacząłem podejrzewać, że to przez to, że zauważyłem mnóstwo szczegółów, których wcześniej nie widziałem. Pomyślałem, że teraz mój optymizm gdzieś prysł, a jego miejsce zastąpiła żądza szukania wad i dziur w całym pięknie świata. Setki niepokojących „ale” rzucało mi się w jednej chwili na łeb. Starałem się za wszelką cenę grać dobrą minę do złej gry- wszak wiadomo, że nawet udawanie przed samym sobą, może przynieść pocieszenie.

Opierałem się o murki, odczuwałem zimno kafelek ze zdwojoną siłą, a moje ciało tak jakby zaczęło się zmieniać w coś innego. Tak przynajmniej czułem. Muśnięcia wiatru pozostawiały po sobie jakieś echo dotykowe. Fale wody uderzały we mnie z nieco innej strony niż zwykle- ze strony dziwniejszej. Dotyk mój bowiem zaczął inaczej odbierać bodźce. Słuch się wyostrzył, a dźwięki były jakby głębsze. Oczy oczywiście poległy na całej lini- rozregulowały się jak cykl miesięczny Grodzkiej. Węch- on chyba się w ogóle wyłączył, bo nie pamiętam nawet tego chloru w jacuzzi, który na trzeźwo zawsze mi przeszkadzał. Smak- jak dowiecie się potem, uległ lekkiej zmianie.

Po powrocie do jacuzzi zauważyłem, że kończy nam się nasza godzina wykupionego czasu i myślałem, że trzeba pójść dokupić (kiedy miałem karnet szkolny, tak się robiło). No oczywiście na mnie padła rola udania się do recepcji, a ja nawet nie oponowałem, być może z tego powodu, że nie chciałem przyznać przed sobą, że nie mam nad czymś kontroli. Kur*a, serio nie miałem, ale starałem się myśleć, że mogę mieć i że wszystko będzie dobrze. Drogę pamiętam jak przez mgłę. Wiem tyle, że każdy ruch wymagał zaangażowania całego pokładu motywacji i okiełznania błędnika, który to płatał mi wciąż figle, sprawiając, że pojęcie równowagi zanikało w świetle groteskowo zmienionej fizyki obiektów przestrzennych. Pamiętam, że trzy razy o mało się nie wy**bałem, bo zapomniałem, że za szatnią nie ma już płytek antypoślizgowych, a ja mam mokre stopy. Hehe, chyba były tam płytki specjalnie poślizgowe ;] Lekko bełkocząc i gubiąc się w słowach, dogadałem się z panią z recepcji, która wytłumaczyła mi, że z godzin na basenie się rozliczasz po wyjściu i mogę nawet siedzieć tam 5 godzin, a ona naliczy, więc nie muszę przychodzić i nabijać tu kolejnej godziny, ponieważ tak robi się tylko wtedy, kiedy ma się karnet szkolny. Fajnie. Skierowałem kroki z powrotem do szatni, a stamtąd do pisuaru. Z pisuaru do „korytarza mokrej stopy” a z niego do basenu z ziomami i jakimiś dziećmi skaczącymi do wody.

Porfiriusz i Achacjusz byli w doskonałych humorach- ten pierwszy jarał się możliwościami swojej mega-fazy, a drugi śmiał ze mnie i mojej dezorientacji. Czułem się coraz bardziej zamulony, nie ogarniałem już prawie niczego, a fale zaćmienia umysłu i tego niemiłego uczucia, że oszalałem do reszty, stawały się coraz dłuższe w stosunku do fal względnej jasności umysłu. Ogółem mogę rzec, że mój trip przypominał takie szybkie skakanie od stanu skrajnego oszołomienia, w którym nie pamiętałem, co ja tu robię, co jest rzeczywiste, a co urojone, co było, a co może być, do stanu przebłysku myśli, w którym martwiłem się o to, co do cholery jasnej zrobić. Raz godzina na wielkim elektrycznym zegarze na ścianie pływalni była zamazana, a ja nie wiedziałem, w którym świecie jestem, po co jestem, co czuję, czego chcę i tak dalej, a raz stawał się czytelna i myślałem wtedy: Jasny gwint, przecież mogę tutaj zdechnąć, jak tak dalej pójdzie!

Starałem się za wszelką cenę zająć myśli czymś miłym, ale nie potrafiłem. Bo jak tu niby się skupić na czymś, jeżeli zapominasz, co robiłeś przez trzema, czy pięcioma sekundami? O tak, miałem znaczne zaburzenia pamięci krótkotrwałej, które sprawiały, że moje postrzeganie świata nie było płynne, a jakby pełne luk i dziur, pełne nieścisłości, sprzeczności i nieważkości intencji. Kiedy dzień wcześniej z uśmiechem na twarzy czytałem opis działania acodinu i doszedłem do „zaburzenia pamięci krótkotrwałej”, pomyślałem sobie: O, prawie, jak gałka muszkatołowa! A tę wspominam cudownie. Myślałem więc, że będzie coś mniej więcej podobnego do gałkowego tripa w kontekście zaburzeń pamięci- zapominasz czasem swoje myśli, zapominasz sens wypowiedzi, twoja chęć ulatuje jak bańka na wietrze, jesteś tak miło i przytulnie skołowany, oderwany od rzeczywistości, coś lekko cię od niej odrywa, jakaś niewidzialna ręka subtelnym dotykiem podrywa ducha z ciała, podrywa z ciebie pamięć i to daje taki fajny efekt... tak było na gałce. Miałem nadzieję, że acodin też da mi takie coś, a tu guzik! Acodin nagle, brutalnie i chamsko wyrwał ze mnie całą pamięć krótkotrwałą. O ile gałka robiła to dziewczęco i z gracją, acodin jak kat pozbawił mnie nagle wszystkich punktów odniesienia. O tak, kolejne mądre słowa, które napisałem: punkty odniesienia! W tym rzecz moi drodzy! Teraz lepiej będzie wam zrozumieć: Zostałem bez uprzedzenia pozbawiony wszelkich punktów odniesienia, takich jak ocena przeszłości, przyszłości, czy ocena siebie. Moja faza, jak już wspomniałem, była sinusoidą- szybkimi przeskokami od stanu totalnego zamglenia (w którym każdy punkt odniesienia poszedł się, że tak powiem brzydko, jebać) do stanu zamglenia połowicznego, w którym wiedziałem, że coś jest ze mną mocno nie tak, ale nie wiedziałem dokładnie, jak i co. To tak, jakbyście zostali nagle wrzuceni do obcej klatki, z obcymi ludźmi i obcymi dźwiękami w tle i co kilka sekund ktoś zapalałby światło, abyście mogli przyjrzeć się ich demonicznym twarzom... muhahaha

Tak właśnie się czułem- wszystko wydawało się obce i pozornie złe. Na szczęście wmawianie sobie, że to jest spoko, dawało jakiś efekt. W okresach zajaśnienia do głosu dochodziła moja świadomość, która usilnie mnie motywowała i napawała optymizmem, mówiąc coś w stylu „Ej, zawsze to nowe doświadczenie, co nie? Ej, to tylko acodin, to przejdzie. Ej, patrz na Porfiriusza, dobrze się bawi!”. Ufff, chyba bym naprawdę tam zwariował, gdyby nie usilne wmawianie sobie, że będzie git i szukanie pozytywów. Set&settings (nastawienie psychiczne przed fazą- tak dla mniej ogarniętych w temacie) miałem wręcz boskie. Miejsce też było boskie- na basenie nikt nigdy się nie czepia, możesz sobie w spokoju robić, co ci się podoba. Acodin jako środek legalny nie mógł mi narobić „przypału”, więc się nie bałem. Co więcej, miałem podjarkę jak dziecko, które widzi nowy zestaw lego, na samą myśl o zakosztowaniu legendarnego już i opiewanego w eposach rycerskich acodinu :D Wziąłem w przeliczeniu 4,3 mg dekstrometorfanu na kilogram masy ciała, a Porfiriusz około 4,9, a mimo to on nie miał takich niemiłych i trudnych do zniesienia doznań. Dodać należy, że ja już miałem styczność kilkakrotnie z MJ i z gałką muszkatołową, a kompan pierwszy raz w ogóle miał narkotyk w gębie (poza kodeiną, która na niego nie zadziałała, a na mnie odrobinę tak- do tego stopnia, że czasem widziałem cienie, miałem wyrąbane na prawie wszystko i czułem się wolny, ot tak, prawdziwie wolny od smutków i problemów. Nie na darmo piszą o kodeinie, że jest namiastką morfiny. Można powiedzieć, że ja miałem namiastkę namiastki. I tak wtedy- we wtorek z kodeiną też jadłem kochany imbir). A więc przez co mnie tak mocno strzeliło? Przez co ten acodin, zamiast być boskim uniesieniem, był komiczną z perspektywy osób trzecich walką o własną psychikę? Może przez imbir? Ktoś sprawdzi i napisze w komencie? Pamiętajcie- 3 dni po łyżeczce tego magicznego rzekomego wzmacniacza i przed samym tripem do oporu imbiru w szczęki. Sam trochę bym się cykał ponownie imbirować przed acodinem, ale może są tutaj wyjadacze, którym żadna faza już niestraszna? :D Ja jako początkujący amator urozmaicania sobie stanów świadomości mogłem odczuć to mocno subiektywnie, ale gwarantuję wam- gdybyście byli mną z tamtej chwili, nie byłoby wam miło :D Dlatego właśnie mam co do tego cholernego imbiru podejrzenia, no i chciałbym, abyście napisali, co myślicie. Niemniej w duecie z THC albo z mirystycyną imbir bardzo fajnie wzmacniał doznania, oj, rzekłbym nawet zajebiście! A to paradoks, co nie? Acodin ma swoje dwie strony medalu- tę lepszą i złowieszczą (i mam nadzieję, że może jeszcze kiedyś doznam tej lepszej) no i imbir też może takie mieć. O ile uda nam się wspólnymi siłami dojść do prawdy- a mianowicie, jak ta przyprawa oddziałuje na fazy przy różnych narkotykach- możemy opatentować nową metodę na umilenie palenia MJ :D Liczę na was czytelnicy, kupujcie imbir i mówcie, jak działa z marychą. Działajcie jednak z rozwagą- nawet imbir da się przedawkować :)

Wracając do opisu właściwego fazy: Porfiriusz był wręcz wniebowzięty. Poszedł za moją radą i zamykając oczy, próbował sprawdzać, gdzie go poniesie. Zachwycony podbiegł do mnie i powiedział, żebym zamknął oczy i wyobraził sobie jakiś zawód. Byle jaki. Nie wiedzieć czemu, pomyślałem o piekarzu. I po chwili Porfiriusz rzekł: „patrz na swoje ręce!” Ha, moje ręce wykonywały ruchy ugniatania ciasta niezależnie ode mnie :D Nie mówiłem jeszcze, jaki zawód wybrałem, a Achacjusz odezwał się: „Co, kucharzem zostałeś?”. Śmieszna sytuacja rozbawiło mnie to. Porfiriusz kładł się na plecach albo zamykał oczy i co chwila podjarany podpływał do mnie, mówiąc, że wyobrażał sobie mapy z CSa i widział je tak dokładnie, jak nigdy: „Poznałem każdy zakamarek, poznałem te ukryte części!” . Potem zaczął filozofować, co bardzo mi się spodobało- lubię bowiem tematy niezgłębione i gdybanie w pojęciach abstrakcyjnych. Mówił coś o tym, że świat powstał z niczego i to jest dziwne, ale jakby go Bóg stworzył, to też by było dziwne. Chciałem mu jakoś trochę przybliżyć moją koncepcję, ale motałem się strasznie w słowach i cały czas okrywała mnie ta niemiła mgła ciemności. Potem zauważyłem, że kafelki w basenie są dużo bardziej inne w dotyku- jakieś miękkie i śliskie. Do tego moje ciało (działo się to od początku wejścia apogeum fazy, ale zapomniałem wspomnieć) przejawiało dziwną aktywność wrażeń dotykowych, to znaczy czułem się zupełnie inaczej w swoim ciele, bo inaczej czułem narządy w środku, inaczej czułem długość i masę, inaczej czuło się ruchy, a także inne było oddziaływanie wody na ciało. To wrażenie było w przeważającej większości przyjemne.

Około 13:20 zaczęliśmy się zbierać do wyjścia z basenu- był to prawdziwy horror. W pełni dekstrometorfanowej przygody miałem niemałe kłopoty z chodzeniem. Teraz już zauważyłem, że centralnie wykonuję wszystko robotycznie. Śmieszne, ale i zarazem lekko niepokojące, że moim ruchom z dziwnymi minami przyglądali się nauczyciele w basenach do pływania, ludzie na trybunach i ratownicy. Potem trzeba było się opłukać pod natryskiem, a mi nie chciało się spod niego wychodzić, bo oparty o ścianę czułem krztę stabilności. Pamiętam widok swoich stóp- tak nierealnych i obcych. Pamiętam, jaką walkę siłą woli musiałem podjąć, aby się ruszyć, choć o krok w stronę szatni, aby się wytrzeć i aby nie upaść na kafelki. Było gorąco. Ale jakoś dałem radę. Wraz z wyjściem z szatni zacząłem stopniowo odzyskiwać poczucie równowagi.

Achacjusz wyszedł z obiektu zaraz po wyjściu z basenu, natomiast ja i Porfiriusz poszliśmy do barku, aby jeszcze przez trochę potrzeźwieć. Oboje czuliśmy, że faza mija. Bardzo szybko, wziąwszy pod uwagę opis na NG, że powinna trwać około 6 godzin. Wiem jednak, że każda jednostka jest inna- skrajnie inna, no i dlatego mogła wystąpić różnica w długości fazy. Może też być tak, że to przez basen- w wodzie człowiek wyjątkowo szybko traci ciepło. Nawet w jacuzzi temperatura była dziś wyjątkowo niska (zwróciłem na to uwagę jeszcze przed apogeum fazy)- 35 stopni, a zawsze jest 39. A zauważyliście pewnie, że jak chcecie trzeźwieć, zawsze wychodzicie na zimno- zimno przywraca jasność myślenia, otrzeźwia. Być może wraz z moim ciepłem uleciało mi w basenie 3 godziny fazy? Jeżeli tak, to jestem wdzięczny wodzie :)

W barku dało się jeszcze odczuć takie dziwne pulsowanie rzeczywistości- podnosiłeś głowę i obraz zdawał się przybliżać, oddalać, przybliżać... fajne uczucie. Zaczynałem czuć się coraz lepiej, bo odzyskiwałem kontrolę i znikało to zaćmienie. W automacie kupiłem wodę, albowiem strasznie chciało mi się pić i w tym całym zdezorientowaniu zapomniałem wziąć wydanej reszty. Jak na złość w barku było dużo ludzi, a więc przeszliśmy za ścianę, tam gdzie była kręgielnia, gdzie było tylko kilkoro osobników i usiedliśmy przy stoliku w samym rogu, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Rozmawialiśmy o przebiegu fazy, jednak dalej nie zdradziłem Porfiriuszowi tego, że czułem się, jakbym miał umierać. Wszystko dlatego, że był taki podjarany, taki zadowolony. Powiedział wręcz, że to najlepsze jego przeżycie. Nie chciałem zrażać go do acodinu, ani też specjalnie zachęcać, to wspomniałem tylko kilkoma słowami o pomniejszych negatywach mojej fazy. Potem analizowaliśmy pozytywy- taki już jestem- staram się szukać wszędzie dobrych stron.

Siedząc przy stoliku, zaczęliśmy jeść wcześniej zakupione batoniki z orzechów i musli (organiczne, a jak :D) i ciastka owsiane, które jednak mi nie zasmakowały. O ile na gałce muszkatołowej zmysł smaku mocno mi się poprawił i byłem tym zachwycony, na tej fazie się znieczulił, a faktura jedzenia była mocniej wyrysowana, tzn. jeżeli jadłem lepkiego i słodkiego batona musli, stał się dziwnie obleśnie mulasty, a ciastka owsiane napowietrzone i suche. Następnie chciałem kupić jeszcze jedną butelkę wody, ale akurat automat (ta dolna część do pozyskiwania zakupionego produktu) się zaciął. Pech po całości =) Zagraliśmy jeszcze rundkę w bilarda i muszę stwierdzić, że nigdy nie szło mi tak ciulowo. Odległości się totalnie rozintegrowały. O 14:10 załapałem się na powrót do domu z moim dziadkiem, który już niczego po mnie nie zauważył, a ma szpieg jeden czujne oko.

 

Podsumowując:

Łatwość nabycia tabletek: 7/10
Łatwość konsumpcji: 5/10
Cena: 10/10 (W przeliczeniu efektów do ceny DXM mnie urzeka, podobnie jak gałka muszkatołowa =])
Przebieg fazy: u mnie to 4/10, bo była niekontrolowana i schizowa do granic
Główny efekt fazy: 11/10, bo nigdy czegoś tak niesamowitego (już mniejsza z tym, że równocześnie strasznego) nie przeżyłem
Oryginalność przeżycia: 11/10, bo uczucie to w swojej całej psychotycznośći miało pewien urok. Nierealny urok.
Efekty poboczne: 10/10- bo zupełny brak nieprzyjemnych fizycznych skutków takich jak suchość w gardle (jak przy gałce muszkatołowej) i czerwone oczy (również gałka) albo czerwonego ryja (również gałka xD)

Czy wezmę jeszcze acodin? O ile nie zrobią z niego kolejnego tabu i nie zakażą sprzedaży bez recepty- owszem :) Tylko tym razem bez imbiru. Mam dziwne przeczucie, że to on mnie tak załatwił. Zjadłem go zaprawdę niemało- po każdej konsumpcji czułem gorąco na całym ciele i nieprzyjemne falowanie w żołądku. No nic, za miesiąc, może za dwa, trzeba będzie w innych warunkach dać panu dekstrometorfanowi szansę. Miejmy nadzieję, że tym razem będzie on niósł coś bardziej wesołego.

[PS] Umieściłbym to w kategorii bad-trip, ponieważ mam dziwne wrażenie, że dzisiejsze przeżycie na to zasługuje, ale jestem zdania, że „zło” to pojęcie względne, bo nawet straszne, schizowe i pozornie niemiłe doświadczenie czasem niesie nam pozytywny skutek. Dla mnie na pewno pozytywem jest wkroczenie w wyższy level poznania i zebranie doświadczeń. Dlatego dziękuję producentom acodinu :)

Pozdrawiam i życzę bywalcom neurogroove miłego wieczoru (bo u mnie już 18:30) czy czegoś tam =]

Ocena: 

Odpowiedzi

Pełna podziwu, że udało Ci się dogadac z kobietą na recepcji

No ja sie nie dziwie, ze was thio nie porobil skoro jedno opakowanie zjedliscie xd. Sprobujcie 2 opakowania.

Najlepiej to poczytac co ma w sobie tak zwany "purple drank" i to wszystko sobie ogarnac. Czapa gwarantowana

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media